Cenzura w komunistycznej PRL miała trójszczeblową strukturę: szczebel najwyższy stanowiła            cenzura  państwowa  w postaci państwowej instytucji cenzury prewencyjnej, jaką był Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, z jego terenowymi, wojewódzkimi oddziałami. Dwa niższe szczeble nie miały  już „państwowej” natury. Czy była to natura „społeczna” , „psychologiczna” – czy może właściwsze jest jeszcze inne określenie – to sprawa drugorzędna. Istotne wydaje mi się to, że te dwa  niższe szczeble utrzymują się do dzisiaj i są  ponadustrojowe. Mam na myśli cenzurę wewnątrzredakcyjną i osobistą, więc autocenzurę.

   Cenzura   wewnątrzredakcyjna   to mniej więcej tyle, co blokowanie dziennikarskich przekazów na poziomie kierownictwa redakcji z pozamerytorycznych względów, głównie ze względów politycznych, ale nie tylko i nie wyłącznie. Odgrywała ona mniejszą rolę w PRL, gdyż bieżące zapisy cenzorskie wyręczały tu kierownictwa redakcji. Odgrywa znacznie większą rolę dzisiaj, wzmocnioną przez podporządkowanie kierownictw redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych nowym właścicielom mediów. Wśród tych właścicieli jest zarówno państwo, jak i koncerny wydawnicze, korporacje, grupy kapitałowe oraz indywidualni właściciele prywatni. Sadzę, że siła cenzury wewnątrzredakcyjnej nie zaniknęła, przeciwnie – uległa wzmocnieniu w porównaniu do czasów PRL-owskich -  a dzisiejszą wolność  słowa gwarantowana jest przede wszystkim wielością, pluralizmem mediów – a nie osłabnięciem wewnątrzredakcyjnej cenzury w redakcjach i wydawnictwach.

   Podobnie – sądzę – wzrosło dzisiaj znaczenie cenzury osobistej, autocenzury. Autocenzurą nazywam samoograniczanie się dziennikarza w przekazywaniu prawdy o penetrowanej rzeczywistości powodowane obawą o osobiste  konsekwencje, jakie mogą go dotknąć – czy to ze strony kierownictwa redakcji, podmiotów właścicielskich, czy czynników politycznych.

   W PRL – jeśli dziennikarz nie naruszał zapisów cenzorskich i spełniał oczekiwania kierownictwa redakcji – miał poczucie bezpieczeństwa   zawodowego: poruszał się w nader płaskiej, ubogiej, jałowej, i właśnie dlatego bezpiecznej, przestrzeni informacyjnej, kosztem prostytuowania zawodu. Powiedzieć można: trudno było się o co „potknąć”. Ryzyko zawodowe  redukowało się do  koteryjnych rozgrywek na osiach:  władza partyjna – kierownictwo redakcji,  rozgrywki wewnątrzredakcyjne, wątpliwa (bo ograniczona wąskim i płaskim polem działania) konkurencja zawodowa. Pod  ciasną „czapą” państwowej cenzury prewencyjnej wraz z niewielkim ryzykiem zawodowym degenerowały się te cechy, które przesądzają o dobrym dziennikarstwie, bo odróżniają dziennikarstwo (w jego różnych formach, gatunkach i rodzajach) od  propagandy. Odwaga osobista, wiedza, niezależność osądu – mają swe znaczenie bez względu na to, jaki rodzaj dziennikarstwa jest uprawiany. Obserwując dzisiejsze media w III RP nie trudno przecież zauważyć, że i dzisiaj jakże często zaciera się różnica między dziennikarstwem a propagandą.

   W strukturze społeczeństwa bardziej wolnorynkowego niż socjalistycznego, jakim jest III RP, bardziej rośnie  osobiste ryzyko zawodowe dziennikarza, który własnej niezależności nie chce sprzedać i zamienić na propagandę. W PRL – wobec obowiązywania państwowej cenzury prewencyjnej – uprawianie dziennikarstwa, w odróżnieniu od propagandy, możliwe było tylko na szalenie szczupłym polu niewiele znaczącej informacji trzecio czy czwartorzędnych (lecz i tu z ograniczeniami…) – albo poza cenzurą, więc w „samizdatach”. 

   Oczywiście – to zwiększone dzisiaj, osobiste ryzyko uczciwego dziennikarza stroniącego od uprawiania propagandy wymaganej – via kierownictwa redakcji  - przez właściciela danego medium  łagodzi nieco fakt, że ma on do wyboru wiele redakcji, wiele mediów o zróżnicowanych profilach, gdzie może poszukiwać większej niezależności zawodowej. Nie sposób jednak nie zauważyć, że mimo pluralizmu mediów w III RP – i mimo braku cenzury prewencyjnej – są tematy traktowane niemal przez wszystkie media tak, jakby gdzieś… ukryta w splątanym gąszczu zależności „demokratycznego społeczeństwa” i „wolnorynkowych” interesów… przesłonięta właśnie propagandowym ciągle jeszcze traktowaniem dziennikarstwa – tkwiła jakaś „niewidoczna ręka niewidzialnego cenzora”.

   Podam trzy, bardzo różne od siebie niedawne przykłady.

   Pierwszy: w związku z procedowaniem ustawy JUST w USA  (które trwało ponad pół roku!), a która kładzie się wielkim cieniem nad przyszłością kraju – tylko jedno (niewielkie) medium dostrzegło ten wielki problem dla Polski, chociaż tylko ślepiec mógł tego problemu nie zauważyć. Jak to możliwe?...(Później poruszały go, owszem, ale tylko niektóre społeczne media internetowe…).

   Drugi: kilka miesięcy temu pojawiła się w przestrzeni medialnej krótka informacja o przyznaniu się kogoś osadzonego w więzieniu do udziału w zabójstwie Jaroszewiczów. Oczywiście – mógł przyznać się każdy, rzecz wymaga sprawdzenia… Jednak perfekcja tego morderstwa, sposób zacierania śladów przez ekipy „przybyłe na miejsce” i wszystkie inne okoliczności towarzyszące  wymagałyby od nieocenzurowanego centralnie „dziennikarstwa” drążenia tej informacji, zamiast medialnej kompletnej ciszy trwającej do dzisiaj.

   Trzeci: wiemy już, że poza nagraniami „u Sowy” jest jeszcze 700 godzin nagrań z samej rezydencji premiera Tuska w okresie jego urzędowania… Kelnerzy siedzą, pan Falenta jest „pod wyrokiem” ( ale nie siedzi) – lecz pozostaje otwarte pytanie: kto nagrywał premiera w samej jego rezydencji, w samym sercu władzy?! Wolne od cenzury prewencyjnej dziennikarstwo jakoś nie może się dowiedzieć ( a przecież nie jest to tajemnica państwowa); co gorsza: nawet nie docieka…

   Gdzież więc jest ten „niewidzialny cenzor”, który zakneblował w tych sprawach usta niemal całemu dziennikarstwu III RP w niebagatelnych w końcu sprawach??

Marian Miszalski

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl