Z dziennikarzy na świecie, którzy wylecieli z pracy „za tweeta” można by skompletować personel sporego koncernu multimedialnego. Wygląda na to, że żurnaliści mają w mediach społecznościowych mniejsze prawa niż inni użytkownicy, posiadający pełną swobodę ekspresji, zwłaszcza, jeśli chodzi o politykę. Dziennikarzom nie pomoże nawet zastrzeżenie „opinie prywatne” w profilu.

   Te specyficzne „mniejsze prawa” można wyraźnie wyczytać w różnych kodeksach i wytycznych, jakimi korporacje medialne krępują swoich pracowników. Z drugiej strony zapewne niejeden dziennikarz powie, że cieszy się swobodą w tym, co robi na Twitterze czy Facebooku. Mogę go zapewnić, że jest tak prawie na 100 proc. dlatego, że jego pracodawca nie poznał jeszcze dobrze mediów społecznościowych, nie zrozumiał ich roli i znaczenia.

   Liczba korzystających z social media pracowników środków masowego przekazu stale rośnie. Zeszłorocznym badanie Cision Global Social Journalism Study, pokazało, że od  2012 do 2017 r. nastąpił 12-procentowy wzrost liczby dziennikarzy zamieszczających treści na portalach społecznościowych codziennie. Czyli coraz więcej jest w tym środowisku aktywnych, żeby nie powiedzieć, nałogowych społecznościowców.

   Jednak o ile organizacyjne i profesjonalne kanony produkcji treści w mediach, nakładają na emocje autorów i to, co piszą lub mówią, różnego rodzaju filtry i testy weryfikacyjne, o tyle na platformach społecznościowych, nie ma zawodowej presji na weryfikację informacji, drugiego i trzeciego oka redakcyjnego i w końcu struktur konfrontujących treści z szerszymi zasadami redakcyjnymi i edytorskimi.

   Korporacje medialne coraz baczniej zwracają uwagę na poczynania swoich pracowników w społecznościach. Takie przypadki jak meksykańska Televisa zwolniająca dziennikarza Ricarda Alemana za rozpowszechnienie tweeta, który zostały uznany za nawołujący do przemocy i odebrany jako groźba w stosunku do kandydata na prezydenta Meksyku Andresa Manuela Lopeza Obradora, nie są już wcale sensacją i rzadkością.

   Charakterystyczna była nawiasem mówiąc reakcja Alemana, który odniósł się do swojego zwolnienia za pomocą tweeta, w którym twierdzi, że nie zgadza się z decyzją swojego pracodawcy, choć nie może nic na to poradzić. Dodał, że to zwycięstwo „cenzury.”

   Kilka słów do powiedzenia po swoim zwolnieniu miała również była korespondentka CNN z Bliskiego Wschodu Octavia Nasr, która kilka lat temu straciła pracę ponieważ złożyła na Twitterze kondolencje Muhammadowi Husseinowi Fadlallahowi. Po swoim zwolnieniu Octavia Nasr zauważyła w rozmowie z serwisem IJNet, że pracodawcy powinni pociągać pracowników do odpowiedzialności za naruszenia standardów i kodeksów dobrych praktyk w firmie - a nie za to, że skutkiem ich publikacji w mediach społecznościowych jest negatywny rozgłos. Zasugerowała tym samym, że CNN pozbyło się jej nie dlatego, że złamała jakieś zasady, ale dlatego, że zrobił się szum.

Korporacje i bezstronność

   Dziennikarze opierają się więc korporacyjnym rygorom, choć, przynajmniej w krajach demokratycznych, pracodawcy medialni również mają swoje dobrze uzasadnione racje. Korporacje często bronią bezstronności i zasady niezaangażowania politycznego dziennikarzy. Np. przekroczenie w social media granic bezstronności politycznej mediów w USA jest karane, że tak powiem, obustronnie. Świadczy o tym przykład Jemele Hill, dziennikarki stacji ESPN, zawieszonej rok temu za ostre ataki na prezydenta Trumpa na Twitterze.

   Oczywiście przedstawiciele środowisk konserwatywnych zwracają uwagę, że jednak równowagi nie ma i dziennikarze ujawniający swoje prawicowe lub konserwatywne poglądy są karani przez firmy medialne częściej i surowiej. Jednak mimo to, w Stanach Zjednoczonych istnieje pewien teoretyczny ideał obiektywizmu i bezstronności dziennikarza, do którego należy dążyć a odchodzenie od niego powinno być napiętnowane. W Europie Zachodniej, w której kultywuje się model z anglosaska zwany „civilism”, mniejszy nacisk kładzie się na polityczną bezstronność, większy – na odpowiedzialność społeczną wobec różnorodnych grup, co w praktyce oznacza spore ograniczenia w swobodzie wypowiedzi. W Europie Zachodniej napiętnowany jest nie ten dziennikarz, który  sympatyzuje z jakąś partią, lecz ten który obraża jakąś, najczęściej mniejszościową, grupę społeczną.

   Sprowadzając powyższe do Polski, to u nas chyba należałoby mówić o czymś takim jak sprymitywizowany „civilism”. To znaczy zwykle, że dziennikarz ma dużą swobodę w krytykowaniu pewnych grup, jeśli unika atakowania innych. To działa zamiennie – w zależności od obozu politycznego. Kto prześledzi na Twitterze i Facebooku publikacje polskich dziennikarzy, ten od razu zrozumie, jak to działa.

Media społecznościowe przestrzenią wolności

   Wszystkie te gry i zabawy wyglądają całkiem niegroźnie (najwyżej ktoś dostanie naganę lub wyleci z roboty), gdy mówimy o krajach demokratycznych z upartyjnionymi może, ale wolnymi mediami. Racje właścicieli mediów w krajach o kwestionowanej wolności, wyglądają trochę inaczej.

   Kwestię wpływu monopoli medialnych w swoich kraju na swobodę publikacji ich pracowników w social media analizował siedem lat temu tamtejszy medioznawca Ceren Sozeri. Większość rynku mediów jest tam zdominowana przez kilka dużych konglomeratów medialnych. Koncentracja mediów moc i przenikanie interesów komercyjnych i politycznych do mediów, doprowadziły w Turcji do powszechnego przekonania, że treści publikowane w środkach przekazu są od tego całkowicie zależne.

   Sozeri  analizował potencjał mediów społecznościowych. Próbował odpowiedzieć, czy mogą one tworzyć autonomiczne przestrzenie dla dziennikarzy pracujących w ramach wielkich korporacji? Z wypowiedzi w mediach społecznościowych popularnych tureckich dziennikarzy, które obserwowano podczas dramatycznych zaburzeń społecznych, wynikało, że próbowali oni wypracować sobie tam obszar swobody wypowiedzi, którego nie mieli w mediach, z których byli zatrudnieni. Sozeri wykazał, że relacje między dziennikarzami a zwykłymi Turkami używającymi platform społecznościowych stały się inne niż dotychczas panujące na linii media – społeczeństwo w Turcji.

   Z drugiej strony czterech z siedmiu ankietowanych przez Sozeriego dostało od zwierzchnich redaktorów sygnały ostrzegawcze dotyczące ich tweetów lub było świadkami tego typu ostrzeżeń w swoich firmach.

   Władze Turcji nie pozostały obojętne wobec tych zjawisk i tworzenia platform para-medialnych, na które nie miały wpływu. Zablokowały w roku 2014, przed wyborami lokalnymi serwisy Twitter i YouTube, gdy na ich stronach ukazały się nagrania audio sugerujące korupcję w najbliższym otoczeniu ówczesnego premiera, a obecnego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. On sam twierdził wówczas, że media społecznościowe są zagrożeniem dla społeczeństwa, a Twitter w Turcji będzie „wyrwany z korzeniami”. Od tego czasu Turcja wiele razy blokowała czasowo dostęp do tych platform.

   Turecki sąd skazał w listopadzie ubiegłego roku dziennikarza opozycyjnego dziennika „Cumhuriyet”na ponad trzy lata więzienia za szerzenie „terrorystycznej propagandy”. Sprawa dotyczyła wpisu, który przez krótki czas widniał na profilu gazety na Twitterze. Oguz Guven został oskarżony o dyskredytowanie walki Ankary ze zwolennikami mieszkającego w USA kaznodziei Fethullaha Gulena, który według rządu zorganizował zeszłoroczną próbę puczu.

   Są więc kraje, w których za publikację tweeta  dziennikarz może pójść do więzienia. Zbija to zapewnie nieco z tropu zarówno tych dla których social media są niegodną uwagi poważnego człowieka błahostką, jak też tych, którzy chcieliby całkowitego korporacyjnego zakazu społecznościowej aktywności dla pracowników firmy.

Niezależność niszczona przez pieniądze

   Ceren Sozeri zwracał w swoich publikacjach uwagę na występowanie innych niż polityka czynników, znanych także zachodnim dziennikarzom. Lęk o swoje zatrudnienie i powstawanie wielkich konglomeratów medialnych, w których dominuje presja na wynik finansowy, dobre relacje z reklamodawcami, z władzami, prowadzi do autocenzury, nie tylko w samych mediach ale również w aktywności społecznościowej dziennikarzy.

   Najbardziej chyba znanym badaczem wpływu rosnących medialnych korporacji i ich specyficznych interesów na sposób informowania, zawód dziennikarza i wyniki, a co za tym idzie, na samą demokrację jest Amerykanin Robert W. McChesney. Jego prace to wielka krytyka wolnorynkowego idealizmu i demaskowanie politycznych celów właścicieli mediów, którzy trzymają w szachu teoretycznie wolny zawód dziennikarza. Nie ma on złudzeń, że autonomia zawodu dziennikarskiego i niezależność redakcyjna zostały zniszczone

   Z drugiej strony, nowe technologie dały nowe możliwości działań para-dziennikarskich i produkcji alternatywnych kanałów newsowychi. Dziennikarstwo obywatelskie, tzw. profesjonalni amatorzy i korzystanie ze źródeł społecznościowych stały się nowym bogactwem i przestrzenią niezależnych mediów. Amerykański aktywista Dan Gillmor w 2004 r. wierzył, że sieci społecznościowe staną się mediami dla wszystkich i że zaniknie możliwość kontrolowania informacji przez główne media i władze. Czas pokazał, że było w tym sporo racji, ale kwestia kontroli wcale nie jest jeszcze rozstrzygnięta.

Profesjonalny wizerunek cierpi

   Interesującym naukowym ujęciem problemu roli dziennikarzy w social media są badania doktor Jayeon Lee z Uniwersytetu Lehigh w USA, których wyniki i analizę opublikowano w „Journal of Computer-Mediated Communication” w lutym 2015 r.

   Autorka zauważa, że, chociaż działalność dziennikarzy w mediach społecznościowych może być dobrze odbierana przez użytkowników sieci w wymiarze osobistym, to jednak w wymiarze profesjonalnym, z punktu widzenia tzw. teorii niespełnionych oczekiwań, wizerunek dziennikarza (tj. postrzeganie kompetencji zawodowych) może ucierpieć. Inaczej mówią jego aktywność w social media może być odebrane jako naruszenie norm dziennikarstwa zawodowego.  A więc nadmierna otwartość i zbyt osobisty styl wcale nie są dobrym kluczem do nowych mediów, przynajmniej dla tych, którzy zajmują się tzw. poważnymi tematami.

   Doktor Lee nazywa media społecznościowe „mieczem obosiecznym”. W jej ocenie, stanowią one zarówno szansę, jak i zagrożenie. Podaje przykłady dziennikarzy, którzy aktywnie odpowiadali członkom swoich społeczności i dzięki temu byli wprawdzie postrzegani jako bardziej lubiani, to jednak, gdy badanych pytano o percepcje profesjonalizmu, ci aktywni i lubiani oceniani byli słabiej. „Może to wynikać z faktu, że widzowie często widzieli dziennikarzy w roli przekazujących i komentujących wiadomości np. w telewizji, nie widząc zarazem ich roli publicznie rozmawiających ze zwykłymi ludźmi. To w oczach zwykłych użytkowników był sygnał braku profesjonalizmu” - komentuje w swojej publikacji dr Lee.

   W kontekście tematu relacji żurnalistów z korporacjami medialnymi ważne są inne wnioski pracy Jayeon Lee. Pisze ona bowiem, iż percepcja dziennikarzy znacząco wpływa na postrzeganie ich produktów informacyjnych. Badaczka zwraca uwagę, że wielu dziennikarzy i organizacje, które ich zatrudniają, liczą na pozytywne efekty promocyjne korzystania z mediów społecznościowych. Potencjalne minusy są często niedoceniane i mało kto je bierze pod uwagę. Bezkrytyczny entuzjazm wobec mediów społecznościowych i  brak przemyślanej strategii komunikacji w social media mogą szkodzić tak samo jak ignorowanie świata społeczności internetowych.

Nie czegoś takiego jak „prywatne opinie”

   Wiele organizacji medialne podjęło w ostatnich latach działania normalizujące i kodyfikujące aktywność dziennikarzy w społecznościach. W październiku 2017 roku „New York Times”, który w świecie mediów w sprawach dotyczących nowych technologii jest często prekursorem, ogłosił aktualizację i rozszerzenie zestawu wytycznych dla dziennikarzy w dziedzinie korzystania z mediów społecznościowych.

   „Nowe wytyczne (..)  wzywają naszych dziennikarzy, aby nie wyrażali oni stronniczych opinii lub nie recenzowali kwestii, o których Times pisze” - czytamy w preambule tego swoistego kodeksu. Wśród głównych zaleceń i uwag znajdujemy m. in.:

   - „W postach w mediach społecznościowych nasi dziennikarze nie mogą wyrażać stronniczych opinii, promować poglądów politycznych, popierać kandydatów, wygłaszać obraźliwych komentarzy, czy robić czegokolwiek innego, co podważa reputację dziennikarską Timesa.”

   - „Wytyczne te dotyczą wszystkich osób w każdym dziale newsroomu, także tych, które nie zajmują się relacjami z rządu i polityki.”

   - „Uważamy, że wszystkie działania naszych dziennikarzy w mediach społecznościowych wchodzą w zakres tych wytycznych. Choć może się wydawać, że twoja strona na Facebooku, Twitterze, Instagram, Snapchat lub inne konta w mediach społecznościowych są twoimi strefami prywatnymi, oddzielonymi od twojej roli w Timesie, to jednak w rzeczywistości wszystko, co publikujemy lub ‘lubimy’ online, jest w pewnym stopniu publiczne. A wszystko, co robimy publicznie, może być związane z Timesem.”

   Kodeks „NYT” składa się jeszcze z wielu innych punktów i zastrzeżeń. Wymaga od pracowników np. powściągliwości w wyrażaniu opinii o produktach i usługach firm, unikania emocjonalnych dyskusji z użytkownikami mediów społecznościowych, powstrzymania się od tworzenia i przyłączania się do grup niejawnych, z ograniczonym dostępem a także tworzenia fikcyjnych lub anonimowych profili w sieci, i wielu innych rzeczy.

   Ogólny wniosek jest taki, że „New York Times”, jako korporacja medialna, nie uznaje w ogóle żadnej aktywności swoich pracowników w mediach społecznościowych za ich sprawę prywatną. A jest to firma, która z pewnością bardzo dobrze wie, czym są i jak działają social media. Możemy się więc spodziewać, że w miarę wzrostu zrozumienia w kierownictwach firm medialnych roli i znaczenia nowych mediów, to wzrastać będzie tendencja do kontroli tego co „tam” piszą nasi dziennikarze a nie odwrotnie.

Mirosław Usidus

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl