Czy dekoncentracja mediów stanie się czymś więcej niż powracającym co jakiś czas mirażem – tego nie wiadomo. To plan ze wszech miar ryzykowny politycznie, więc być może rządzący nie zdecydują się na jego realizację. O tym, dlaczego ten pomysł uważam za zły, pisałem już wielokrotnie w różnych miejscach, ale warto wskazać związane z nim zagrożenia i tutaj, na portalu dziennikarskiej organizacji. Sprawa ma przecież wymiar uniwersalny – skutki takiego posunięcia będą się ciągnęły przez lata i będą dotykały samych dziennikarzy, ale także zakresu wolności słowa, dla mediów sprawy pierwszorzędnej.

   Wydaje się, że nie wszyscy rozumieją, iż żadne państwo UE nie może wprowadzić na swoim terytorium zasad, blokujących jedną z czterech podstawowych wolności Unii, czyli przepływu ludzi, usług, kapitału lub towarów. Dlatego nie ma prawnej możliwości – i nie ma takiego prawodawstwa żaden kraj UE – zablokowania inwestycji medialnych (lub jakichś innych) jakiegokolwiek państwa unijnego w innym państwie unijnym. Owszem, można by to teoretycznie zrobić względem kraju spoza UE, choć i tutaj na przeszkodzie mogą stać innego rodzaju umowy, wielostronne bądź dwustronne.

   Jeśli zatem ktoś sobie wyobraża, że Polska mogłaby uchwalić prawo, zakazujące Niemcom (bo przecież tak naprawdę właśnie o złowrogie, zdaniem niektórych, niemieckie oddziaływanie medialne tu chodzi) czy nawet bardziej ogólnie – obcemu kapitałowi posiadania w Polsce mediów, to stracił kontakt z rzeczywistością. Nic takiego nie jest możliwe.

   Możliwe jest natomiast takie manipulowanie prawem antymonopolowym, żeby ograniczyć gromadzenie w jednym ręku przez właścicieli większej liczby medialnych biznesów. Trzeba jednak pamiętać, że byłoby to prawo identyczne dla wszystkich i musiałoby dotyczyć również polskich właścicieli.

   Idea dekoncentracji medialnej sama w sobie nie musi być zła. Państwa mają swoje antymonopolowe ustawodawstwa, obejmujące również media. Walka z monopolizacją segmentów rynku jest wręcz niezbędnym warunkiem dobrego działania gospodarki wolnorynkowej. Już dziś w Polsce, gdy chce się kupić kolejną firmę z rynku medialnego, konieczna jest zgoda UOKiK. Wszystko powyższe dotyczy jednak regulacji, których celem jest walka z monopolizacją rynku i tylko to, a nie realizacja jakichś mniej lub bardziej ukrytych celów politycznych. A o to, jak się wydaje, miałoby chodzić w dekoncentracji w Polsce.

   Co do tego, jakie ustawodawstwo antymonopolowe jest dobre i potrzebne, jak to powinno wyglądać w segmencie mediów i dlaczego – można by dyskutować. I zawsze będzie to kwestia sporna. Szczególnie że w dzisiejszych czasach, ciężkich dla mediów finansowo, realne korzyści daje wyłącznie skupienie w ręku jednego właściciela różnych rodzajów mediów, które wzajemnie się uzupełniają – jak w przypadku choćby Rignier Axel Springer czy Agory. Gdyby chodziło jedynie o kwestię zapobieżenia nadmiernej monopolizacji rynku, wprowadzeniu nowych przepisów antykoncentracyjnych musiałaby towarzyszyć debata, uwzględniająca właśnie te czynniki, czyli korzyści z medialnej synergii oraz znacznie trudniejszą dziś niż jeszcze dziesięć lat temu sytuację mediów w ogóle. Elementem debaty powinny być również symulacje tego, jak zmieni się sytuacja poszczególnych mediów w razie wprowadzenia nowych zasad. Z uwzględnieniem skutków dla samych dziennikarzy. Taka debata jednak się nie odbyła, choć Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sygnalizuje, że projekt odpowiedniej ustawy jest gotowy.

  Problem leży bowiem w tym, że w polskim przypadku „dekoncentracja” (tu pisana w cudzysłowie) miałaby być ersatzem „repolonizacji”, a więc jej głównym celem nie miałoby być zapobieganie nadmiernej monopolizacji rynku medialnego, ale – to wydaje się dość oczywiste w kontekście wypowiedzi polityków rządzącej partii – uderzenie w te media, które mają działać „wbrew polskiemu interesowi”.

   I tu zaczyna się prawdziwy problem. Po pierwsze dlatego, że inaczej konstruuje się ustawę, której celem jest jedynie zabezpieczenie swobodnej gry rynkowej poprzez zapobieganie monopolizacji, a całkiem inaczej, gdy ma ona na celu realizację ledwo ukrytego, ściśle politycznego celu. W pierwszym przypadku pod uwagę bierze się względy rynkowe. W drugim nie one grają główną rolę. To zaś może oznaczać, że firmy medialne, nie będące faktycznym celem działań władzy, oberwą rykoszetem i zostaną poddane restrykcjom ściślejszym niż wynikałoby z kalkulacji czysto ekonomicznej.

   Po drugie, bo kategoria działania „wbrew polskiemu interesowi” jest bardzo groźna z punktu widzenia wolności słowa i kontrolnej roli mediów. Jeśli odejdziemy od retoryki czysto wiecowej i zadamy sobie pytanie: czym jest działanie wbrew polskiemu interesowi w sferze mediów, okaże się, że poza przypadkami absolutnie oczywistymi, które i dziś podlegałyby sankcjom na podstawie istniejących przepisów (jak nawoływanie do secesji części państwa), reszta jest szarą strefą, w której wszystko zależy od definicji. Istnieje obawa, że dla sporej grupy polityków interes państwa choćby podświadomie jest utożsamiany z interesem partii rządzącej. Zatem krytykowanie rządu będzie wystarczającym powodem, aby wymierzyć działania dekoncentracyjne w dane medium.

   Trzeba podkreślić, że w żadnym momencie zwolennicy repolonizacji, a potem dekoncentracji, nie przedstawili żadnego systemowego, przekonującego zestawienia dowodów na domniemaną działalność mediów, niebędących polską własnością, w obcym interesie. A pamiętać trzeba, że żadne medium nie ma obowiązku wspierania władzy, ba, każde ma prawo ją atakować, a sam fakt takich ataków to o wiele za mało, aby kogokolwiek oskarżać o działanie w obcym interesie. Zwłaszcza że to oskarżenie śmiertelnie poważne.

   Po trzecie, nawet jeśli krytyka władzy, uprawiana przez część mediów, jest niesprawiedliwa, a czasem opiera się wręcz na manipulacji, to nie jest to powodem, żeby systemowo uderzać w opozycyjne media.

   Celowo nie posługuję się tutaj konkretnymi nazwami mediów, partii ani nawet orientacji politycznych, bo problem i jego rozwiązanie będą mieć uniwersalne znaczenie. To znaczy, że niezależnie od tego, kto by takie rozwiązania wprowadził, z pewnością chętnie skorzysta z nich każda władza, odpowiednio tylko dostrajając mechanizm.

   Łatwo sobie wyobrazić, że tak jak dziś obiektem krytyki są media, rzekomo realizujące niemieckie interesy, tak za parę lat, w odmiennym układzie politycznym, pod pręgierzem będą media dziś wspierające rząd, które zostaną napiętnowane jako sprzyjające rosyjskim interesom, bo prezentujące „antyzachodnią” narrację.

   W przypadku wejścia przepisów dekoncentracyjnych, wymuszających sprzedaż części aktywów przez niektóre koncerny, skutki będą dwojakie: część wydzielonych firm się nie utrzyma, zostaną zamknięte, dziennikarze stracą pracę, a ludzie – swoje media. To może dotyczyć choćby gazet lokalnych. Część zaś zostanie przejęta przez „polski kapitał”. Tyle że ów polski kapitał jest tak ograniczony, a biznes medialny tak dziś niepewny i mało dochodowy, że najpewniej przejmujący będą musieli korzystać z pieniędzy spółek skarbu państwa (o jednej takiej hipotetycznej transakcji jest nawet ostatnio głośno). Nie łudźmy się: jeśli SSP wyłoży kilkaset lub przynajmniej kilkadziesiąt milionów na jakieś medialne przedsięwzięcie, to nie po to, żeby następnie umyć ręce, zainstalować w danym medium niezależnego redaktora naczelnego i pozwolić, żeby kierował się swoimi poglądami i sumieniem. Skutkiem takich ruchów będzie po prostu powstanie grupy mediów uzależnionych od władzy, tak jak uzależnione od niej jest mianowanie zarządów SSP. Równie oczywiste jest, że gdy władza się zmieni, przejmie także z dobrodziejstwem inwentarza te właśnie media. Ci, którzy dziś opowiadają się za dekoncentracją z politycznych powodów, obudzą się z ręką w nocniku: nagle okaże się, że bilans medialny, gdy idzie o kwestie polityczne, jest dla nich jeszcze bardziej niekorzystny niż przed dekoncentracją (i oczywiście przed zmianą władzy). Każdy, komu zależy na wolności słowa, na utrzymaniu i tak już bardzo w Polsce słabej kontrolnej roli mediów, wreszcie na zachowaniu wciąż kurczącego się pola dla normalnej, niezaangażowanej partyjnie w tę czy inną stronę pracy dziennikarskiej – powinien rozumieć to ryzyko.

   Pomijam tu kwestię tak drobną jak pytanie o zasadność wydawania pieniędzy spółki energetycznej czy paliwowej na działalność medialną. Pomijam też gigantyczne ryzyko polityczne, gdy idzie o nasze relacje z Unią czy nawet z USA, gdyby takie przepisy weszły w życie – bo to nie należy do istoty tego tekstu.

   Czy zatem ze wzmocnienia przepisów dekoncentracyjnych należy w ogóle zrezygnować? Niekoniecznie. Ale trzeba mieć świadomość, że próba wykreowania w Polsce takiego stanu właścicielskiego mediów jak we Francji czy Niemczech musi się skończyć katastrofą, jest bowiem zasadnicza różnica między utrzymywaną przez lata blokadą, która nie pozwoliła w większości zagranicznym właścicielom na przejmowanie mediów krajowych, a próbą odwrócenia już istniejącego ładu medialnego. Mówiąc prościej: w krajach podawanych jako przykłady niczego nie trzeba było zmieniać, bo tam stan rzeczy był zawsze taki jak teraz. My mielibyśmy zaś dokonywać głębokiej interwencji w rynek.

   Gdyby chodziło jedynie o stworzenie dobrych zasad dla rynku mediów, nic ponadto, ograniczenia nie powinny obejmować mediów już istniejących, a jedynie powinny dotyczyć każdej transakcji od chwili wejścia w życie nowych przepisów.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl