Kiedy zaproponowano mi napisanie tekstu o nagrodach dziennikarskich, przez chwilę szczerze zastanawiałam się nad tym, dlaczego akurat ja powinnam to zrobić. Jest przecież wielu zdecydowanie bardziej utytułowanych ode mnie dziennikarzy. Co więcej, moje nagrody… nie mają dla mnie aż tak dużego znaczenia. Nie mam żadnej specjalnej ściany chwały, żadnej specjalnej półki, na której byłyby wyeksponowane. Dyplomy i statuetki, które zdarzyło mi się otrzymać, leżą sobie na dnie szafy, w niebieskiej plastikowej torbie, pochodzącej z popularnego szwedzkiego sklepu meblowego.

   Z drugiej strony jednak przypomniałam sobie pewien wyjątkowy, listopadowy wieczór, trzy lata temu. Jury Konkursu Stypendialnego im. Jacka Stwory postanowiło wówczas uhonorować mnie nagrodą główną – moją pierwszą w życiu nagrodą dziennikarską. Do końca nie byłam pewna wyniku konkursu. Kiedy wraz z pozostałymi finalistami stałam na scenie i usłyszałam, że to ja jestem laureatką – poczułam się bardzo dumna, szczęśliwa i… zestresowana tym, że mam wyjść na środek i przed całą widownią wygłosić kilka słów podziękowania. Do tej pory przy podobnych okazjach nie udało mi się jeszcze nigdy zaprezentować krótkiej, aczkolwiek treściwej i błyskotliwej przemowy. Emocje biorą górę!

Bo one oczywiście zawsze są. Oprócz wymiaru finansowego, który jest przyjemny, pojawia się przede wszystkim radość, że ktoś docenił pracę – zazwyczaj żmudną i długotrwałą. Po trzech latach od tamtego pamiętnego, listopadowego wieczoru w mojej niebieskiej, plastikowej torbie znalazło się jeszcze kilka innych dyplomów i statuetek. Niektóre pochodzą z bardzo prestiżowych konkursów, wśród nich jest jedna o zasięgu międzynarodowym. Mam jednak to szczęście, że pracuję w redakcji wybitnych specjalistów. W Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia jest bowiem wielu reportażystów o ogromnych osiągnięciach. Myślę, że to właśnie od nich naturalnie przejęłam pewien dystans do nagród. Niezależnie od tego, kto ma ile wyróżnień na koncie – nasze obowiązki zawodowe są takie same. Nie zazdrościmy sobie, nie rywalizujemy i szczerze cieszymy się nawzajem ze swoich osiągnięć. Wszyscy wiemy też, że nagroda może być pewnym domknięciem pracy nad danym tematem, wisienką na torcie – ale nie świadczy o tym, że ktoś jest dobrym lub złym dziennikarzem.

   A czy można napisać receptę na to, jak wygrywać nagrody?

   Co roku, jesienią, reportażyści radiowi spotykają się w Warszawie na seminarium reportażu. Przez trzy dni słuchamy prac zgłoszonych do kilku konkursów, a potem o nich dyskutujemy. Pośród nich są zawsze te, które otrzymują nagrody, nie wiemy jednak, które z nich zdobyły jakie wyróżnienia, o wynikach konkursów dowiadujemy się bowiem pod koniec seminarium. Dyskusje pokazują, że odbiór tych prac bardzo się różni, w zależności od indywidualnych preferencji, osobistej wrażliwości, itd. Czasem reportaże nagrodzone wywołują kontrowersje, a czasem te, które nie dostają nagród, podobają się szerokiej publiczności dużo bardziej. Tę zasadę można zresztą odnieść do każdej dziedziny twórczości, co oznacza, że nie można stworzyć jednego, uniwersalnego zbioru reguł gwarantujących, że na naszej półce pojawi się nowa statuetka.

   Myślę jednak, że można pokusić się o stworzenie krótkiej anty-instrukcji dla młodych dziennikarzy: „Co zrobić, aby na pewno NIE dostać żadnej nagrody”. Gotowi? To zaczynamy!

  1. Wybierz nudny, przewidywalny, do znudzenia ograny temat.

Problemy bezdomnych borykających się z głodem, zimnem i brakiem podstawowych środków do życia. Opieka nad ciężko chorym dzieckiem. Walka z nowotworem. Doświadczenia wojenne. Te wszystkie sprawy, chociaż bardzo istotne, są tak często poruszane przez reportażystów (zwłaszcza początkujących), że trudno znaleźć w nich coś, co zaskoczy i zainteresuje odbiorcę. Z drugiej strony, warto mieć w pamięci słowa belgijskiego reportażysty Edwina Brysa: „wszystko zostało już powiedziane, ale nie przeze mnie”.

Warto szukać nawet w oklepanych tematach czegoś, co pozwoli spojrzeć na nie z innej strony. Pamiętam, kiedy pracowałam nad reportażem o wojennej radiostacji na warszawskim Żoliborzu. Zrobiłam na ten temat dwie audycje. Pierwsza przeszła zupełnie bez echa, dotyczyła wyłącznie działania radiostacji i wojennych losów jej twórców. W drugiej przestawiłam akcenty. Wojna stała się punktem wyjścia do opowieści o tym, jak żyło się dzieciom bohaterów. Chociaż niezwykle cenili oni osiągnięcia swoich ojców, opowiedzieli też szczerze o tęsknocie za nimi, byciu na drugim planie, stresie związanym z ich działalnością, co przekładało się na całe ich dorosłe życie.  To było coś zaskakującego, ponieważ rzadko się o tym mówi, a postacie zasłużone dla polskiej walki o niepodległość traktuje się zazwyczaj w sposób pomnikowy. Ten drugi reportaż, zatytułowany „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja” przyniósł mi między innymi Stypendium im. Jacka Stwory oraz Nagrodę im. Adolfa Bocheńskiego, przyznaną przez SDP. 

 

  1. Potraktuj temat pobieżnie. Pilnuj cały czas, aby nie napracować się nad nim nadmiernie, w końcu praca musi się opłacać, a nigdy nie ma gwarancji, że materiał dostanie swoje „drugie życie”.

Nad większością reportaży, za które dostałam nagrody, pracowałam zazwyczaj całymi tygodniami czy nawet miesiącami. Żartuję czasem, że bardziej opłaca się roznoszenie ulotek – stawki za reportaże mieszczą się bowiem w określonym przedziale i jeśli nadzwyczaj długo zdarza mi się zajmować jednym tematem, zapłata w przeliczeniu na godzinę mojej pracy okazuje się wyjątkowo niska. Wynika to jednak z moich decyzji, a ja wierzę, że dziennikarstwo to coś więcej, niż sposób zarabiania pieniędzy.

Czasami, kiedy ktoś pyta mnie, dlaczego zajmuję się reportażem, pół żartem mówię, że robię to z pobudek egoistycznych. Od zawsze uwielbiałam słuchanie i opowiadanie historii, zawsze też chciałam wiedzieć „co było dalej”. Praca nad reportażami umożliwia mi zaspokajanie tej dziecięcej ciekawości. Co więcej, wierzę że dobrze opowiedziana historia ma wielką moc. Potrafi sprowokować do refleksji, zmienić postrzeganie wielu spraw. Dlatego też nie szkoda mi czasu i wysiłku, jeśli mam do czynienia z niezwykłą historią. Poświęcam wtedy dziesiątki godzin na czytanie, zdobywanie wszelkich możliwych wiadomości na dany temat. Spotykam się z wieloma ludźmi, nawet jeśli część nagrań nie zmieści się reportażu. Odwiedzam archiwa.

Kiedy wraz z Beatą Kwiatkowską pracowałyśmy nad tematem o Ostrowicach, czyli najbardziej zadłużonej gminie w Polsce, czekały nas trzy dni bardzo intensywnych nagrań. Pracowałyśmy dosłownie od bardzo wczesnych poranków (wójt gminy wyznaczył nam na przykład termin spotkania na 6.30 rano) do późnych godzin nocnych (po ostatnich nagraniach wróciłyśmy do domu ok. 3 w nocy). Przejechałyśmy prawie 1000 km, aby spotkać się z tymi, którzy mieli coś na ten temat do powiedzenia. Potem przez ponad tydzień codziennie montowałyśmy, pracowałyśmy nad realizacją i doszlifowaniem tematu. Stawką za audycję (która nosi tytuł „Śmieszno i straszno”) podzieliłyśmy się oczywiście po połowie, przy czym naprawdę nie była to zawrotna kwota... A jednak bardzo lubię ten reportaż. Został on nominowany do jednej z najbardziej prestiżowych nagród w Polsce – Grand Press, i chociaż ostatecznie nie został nagrodzony, mam poczucie, że warto było podjąć ten wysiłek, a przy okazji opowiedzieć nie tylko o problemach jednej małej gminy, lecz o specyfice polskiej władzy samorządowej, której realne prerogatywy często wykraczają poza te określone przez ustawę.

  1. Nie dbaj o formę. W końcu najważniejsze jest to, co się mówi, a nie jak!

Jednym z najciekawszych wyzwań, z jakimi miałam do czynienia, była praca, którą przygotowałam na konkurs o międzynarodowe stypendium Ake Blomstrom Award. Organizatorzy zastrzegli, że zgłoszenie powinno być dźwiękową prezentacją na własny temat.

Teoretycznie mogłam się ograniczyć do przeczytania tekstu, który byłby przedstawieniem moich dotychczasowych dokonań i mojej wizji tego, co chciałabym zrobić w ramach stypendium. Wiedziałam jednak, że to za mało. Zrobiłam więc minireportaż radiowy na własny temat. Podeszłam do tego tak, jakbym pokazywała jakiegokolwiek innego bohatera. Nagrałam sceny (między innymi w lesie, po którym lubię chodzić lub biegać, kiedy mam ważne sprawy do przemyślenia, czy z moją mamą, która pokazywała stare zeszyty – były w nich zapisane historie, które wymyślałam w wieku kilku lat, a które moja mama skrzętnie notowała). Dodałam fragmenty reportaży, które były istotne dla mnie z powodów emocjonalnych – pozwoliły mi przeżyć coś ważnego z moimi bohaterami, coś dzięki nim zrozumieć. Opowiedziałam o swoich doświadczeniach radiowych tak, jakbym opowiadała komuś historię – starałam się znaleźć w niej punkty zwrotne i kulminacyjne, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem teraz.

Udało się, zostałam jednym z trojga laureatów konkursu. Dzięki temu przez rok mogłam pracować nad wybranym tematem pod czujnym okiem uznanych europejskich reportażystów radiowych oraz brać udział w międzynarodowych konferencjach. Dziś widzę, że było to  jedno z moich najważniejszych zawodowych doświadczeń.

Chociaż wierzę, że najistotniejsza jest treść przekazu, nie można bagatelizować jego formy. Na przykład źle dobrana muzyka potrafi rozdrażnić odbiorcę, a w skrajnych sytuacjach – wypaczyć sens treści. Z kolei piękna, interesująca forma może dodawać znaczeń, wywołać u słuchacza konkretne skojarzenia, emocje.

  1. Nie słuchaj rad innych, bardziej doświadczonych od siebie. Bądź swoją własną wyrocznią.

Praca reportażysty radiowego zdecydowanie nie należy do kategorii gier zespołowych. W zdecydowanej większości przypadków wszystko musimy zrobić sami – znaleźć temat, zdobyć wszystkie potrzebne materiały, pojechać na nagrania, zmontować reportaż, zadbać o jego realizację, dobranie odpowiedniej muzyki, itd. W niektórych mediach wygląda to inaczej (na przykład przy produkcji telewizyjnej potrzebny jest większy zespół). Niezależnie jednak od tego, jakim rodzajem dziennikarstwa się zajmujemy, warto gotowy materiał pokazać przed emisją ludziom, którym ufamy i których opinię cenimy. Czasami przy długotrwałej pracy nad jednym tematem pewne rzeczy umykają. Dla nas są już oczywiste, a dla osoby z zewnątrz – pozostają kompletnie niezrozumiałe. Istotne jest to zwłaszcza przy skomplikowanych sprawach, reportażach śledczych czy historycznych, gdzie natłok dat, nazwisk i faktów powoduje, że łatwo się pogubić.

Kiedyś wydawało mi się, że jeśli ktoś skrytykuje mój reportaż, to znaczy że zawiodłam, że nie poradziłam sobie z zadaniem. Potem zaczęłam wyjeżdżać na międzynarodowe spotkania, rozmawiać z reportażystami z innych krajów europejskich. Zrozumiałam, że w krajach, w których są na to środki, reportażyści pracują w zespołach. Jedna osoba odpowiedzialna jest za nagrania, druga za realizację, trzecia pisze bądź dobiera muzykę, a nad wszystkim czuwa redaktor. Od tej pory znacznie chętniej korzystam z rad innych, bardziej ode mnie doświadczonych osób, a ich uwagi staram się traktować jako szansę zrobienia lepszego reportażu, a nie osobistą krytykę.

  1. Traktuj swój udział w konkursie jak sprawę życia i śmierci, a porażkę – jako ostateczny dowód na to, że do niczego się nie nadajesz.

Niezależnie od naszych dobrych chęci i pracy, jaką włożyliśmy w przygotowanie danego materiału, może się zdarzyć, że nie dostaniemy za niego żadnej nagrody. Chociaż moja niebieska, plastikowa torba z dyplomami i statuetkami jest już prawie pełna – tylko ja wiem, ilu innych konkursów nie wygrałam, chociaż w nich startowałam, czasami z konkretnymi oczekiwaniami.

I co z tego? Nie oznacza to przecież, że ze swojej pracy miałam mniej radości czy satysfakcji.

Podczas ostatniej Gali Reportażystów „Melchiory” jedna z laureatek odebrała złotą statuetkę – prestiżowe wyróżnienie przyznawane za całokształt pracy. Dorota Jaśkiewicz-Łebek, bo o niej mowa, pracuje w radiu od wielu lat. Jest autorką dziesiątek znakomitych reportaży. Pracowała jako dziennikarz śledczy i korespondent zagraniczny, a jej pomysły na realizację nowych tematów ciągle są świeże i zaskakujące. Mimo to w mieszkaniu Doroty trudno byłoby pewnie znaleźć dyplomy zdobyte w konkursach dziennikarskich. Dlaczego? Z prostego powodu – Dorota nigdy w tych konkursach nie startowała. Nie miała takiej potrzeby. Za to kiedy w końcu spróbowała, od razu sięgnęła po najwyższe wyróżnienia. 

Warto więc pamiętać o tym, dla kogo i z jakich powodów zajmujemy się dziennikarstwem. Jestem przekonana, że większość z nas pracuje z poczucia misji, chęci robienia czegoś istotnego, pomagania tym, których głos jest słabo słyszalny. Niektórzy z nas chcą się w ten sposób realizować, mieć do czynienia z ciekawymi ludźmi, wyjeżdżać, poznawać nowe miejsca, odkrywać i ciągle się uczyć. To wszystko można przecież robić niezależnie od tego, czy za swoją pracę dostajemy nagrody, czy nie! Warto pamiętać o tym, że gdzieś tam po drugiej stronie radia, telewizora czy komputera jest nasz odbiorca. To dla niego przede wszystkim robimy nasze reportaże i to jego satysfakcja powinna być naszą największą nagrodą.

Olga Mickiewicz-Adamowicz

O autorce:

Olga Mickiewicz-Adamowicz - absolwentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Z Polskim Radiem związana od 2010 roku. Od 2014 roku na stałe pracuje w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia.

Jest laureatką kilku nagród dziennikarskich, wśród nich najważniejsze to: nagroda główna w Konkursie Stypendialnym im. Jacka Stwory, Ake Blomstrom Award, nagroda im. Adolfa Bocheńskiego, przyznana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Srebrny Melchior, nagroda specjalna KRRiT. W 2016 roku była też nominowana do nagrody Grand Press (wraz z Beatą Kwiatkowską).

W 2017 roku jej reportaż, przygotowany pod opieką brytyjskiego dziennikarza Simona Elmesa i opowiadający o Ukrainkach pracujących w Polsce, był prezentowany podczas międzynarodowej konferencji reportażystów radiowych IFC w Sztokholmie. Kilkukrotnie jej prace reprezentowały Polskę w międzynarodowych konkursach dziennikarskich.

Od 2017 roku jest też polskim reprezentantem w Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl