Nie wiem, czy tytuł będzie się podobał bohaterowi opowieści. Ale może jednak to przesłanie zaaprobuje. On i czytelnicy.

   Zacznijmy ab ovo. Mariusz Walter (nazywany przez żonę Bożenę Markiem) – znają go wszyscy. No prawie wszyscy, przynajmniej ci starsi. Wprawdzie wycofał się już – chowa wnuki, karmi ptaszki i podlewa kwiatki w swoim ponoć pięknym domu. Odciął się od polityki i panującej paplaniny całkowicie. Jednak była to firma – instytucja cała – był to twórca ważny dla kultury kraju. Przez to co zrobił i zostawił po sobie. Bojowe ma nazwisko – Walter. Kojarzy się ono z generałem, który zafascynował Hemingwaya, a potem spity wódą doprowadził do śmierci wielu tysięcy żołnierzy. To rodowe nazwisko pasuje do reżysera prezesa – oligarchy. Walter nie popisywał się odwagą, ale naprawdę to odważny był.

fot. YouTube

   Skoro było już o piciu wódki, to teraz takie oto wspomnienie. Zostawił mnie kiedyś w gabinecie, a byłem na koniec wspólnej pracy jednym z jego zastępców w redakcji Studio 2. Gabinet ów mieścił się na parterze bloku F Telewizji Polskiej na Woronicza. Od wejścia, w korytarzu, „my” byliśmy po stronie prawej, po lewej Janusz Rolicki ze swoimi (publicystyka kulturalna) – czyli Nina Terentiew – teraz „caryca” najbardziej wpływowa w Polsacie, Tadeusz Kraśko - ojciec dzielnego dziś triathlonisty Piotra, chłopaki zatrudnieni jako sekretarki, Tadeusz Pikulski uśmiechnięty człowiek pojednania i kilku jeszcze innych mniej zdolnych.

- Idę do „Kaprysu” – rzekł naczelny – waruj!

   Po kilku minutach – mimo że była to niedziela – odezwał się telefon.

- Z Walterem – warknął ktoś.

- Ale kto mówi?

- Łukaszewicz!

   Był to kierownik wydziału prasy KC, podlegał tylko Gierkowi.

- Szef na chwilę wyszedł, zaraz go…

- Czekam! - I to była cała rozmowa.

   Biegnę do kawiarni telewizyjnej nazywanej „Kaprysem”. A tam balanga aż huczy. „Siwy”, tak nazywaliśmy osobistego kelnera prezesa Szczepańskiego, do mnie: - Czego?

- Ja po szefa.

- Ha ha ha – leży tam, gębą na panierowanym.

   Patrzę i oczom nie wierzę – co to? Przecież on nigdy, nawet na redakcyjnych imieninach i oblewaniach nawet kieliszka nie wypił.

   Wracam, noga za nogą, bo co ja mam teraz zrobić. Usiadłem w redakcji ciężko. Aż tu otwierają się drzwi i Walter do mnie:

- Funiek, czyś ty zgłupiał? Położyłem łeb w talerzu, by nie pić.

   Po cichu z Jackiem Grelowskim, z którym wojażowaliśmy po kraju, szukając kandydatów do programu „Progi i Bariery” (był to oczywiście pomysł M. W.) – nazywaliśmy Waltera baleronem, bo mocno ściągał paskiem brzuch, w efekcie i górą, i dołem coś tam się wylewało. Mimo tego sprawny był. Grali regularnie w tenisa na kortach „Mery”. Na pewno za darmo, bo był barter i telewizja klub chwaliła. Jerzy Ambroziewicz, który dowodził całą publicystyką w telewizji i był nad Walterem, Tomek Hopfer, Andrzej Zaporowski - redaktor pracowity i jeszcze lepszy producent, Maciej Wierzyński, który w TVN nadal objaśnia, kto jest kim w polityce za granicą.

   Ambroziewicz wielki i łysy kłócił się o każdą piłkę, mimo, że jako okularnik chyba nie najlepiej wszystko widział. Ale nie był to szef dyktator. Szorstki, ale sprawiedliwy, wysłuchał każdego. Najsprawniejszy był Tomek. Nie tylko propagował w telewizji bieganie,  ale wspólnie z córką pokonywał maratony. Walter na korcie był mniej ruchliwy. Braki szybkości i kondycji nadrabiał precyzją uderzenia. Rzeczywiście trafiał w rogi i linie, co strasznie denerwowało Ambroziewicza.

   Mariusz Walter, gdy patrzył na rozmówcę, przechylał nieco głowę, co sugerowało, że nie do końca wierzył w to, co mu się mówiło. Myślę, że jedno oko miał po prostu lepsze, ale ponieważ się uśmiechał, nie sugerowało to, iż wątpi albo po prostu nie wierzy rozmówcy. Walter na pewno starał się każdego rozgryźć i miał w tym wprawę, no i pod ręką niektóre nasze koleżanki, które paplały więcej niż się wydarzało. Ale tak to już jest. Plotka, donoszenie to w końcu dość istotna część zawodu żurnalistów. Wtedy jednak bractwo bardzo się pilnowało, a szczególnie ci, którzy pracowali w telewizji, bo szkoda by było taką okazję zmarnować. Nikt nikomu nie ufał. Tak oczywiście jest i teraz. Taka praca!

   Zacznijmy jednak od początku. Skąd Mariusz Walter się wziął. Studiował na wydziale wodno-kanalizacyjno-hydraulicznym, czy jak to się tam nazywało, na politechnice. Widziałem kiedyś zdjęcie Waltera z tamtych czasów- wysoki, ale i gruby. Buzia jak pączek w maśle. Tacy to mają dobry rezonans. I stało się, że usłyszał go spec prawdziwy – „sportu blaski sportu cienie” – Konrad Gruda na antenie. Mistrz radiowo-sportowy wybrał Waltera i strzelił w dziesiątkę. Uczeń wkrótce przerósł mistrza. Sam zresztą też był zarażony sportem, szczególnie piłką nożną. Aż tak bardzo, że kupił potem (oczywiście w spółce z kolegami), będąc już bogatym, warszawską „Legię”. Były zresztą z tego kłopoty i żale, wzloty i upadki. Bardzo to przeżywał. Chamstwo kibiców – choć to niby normalka – miłe nie było. Były za to wielkie emocje.

   Step by step. Tak z dziennikarzami być powinno. Całe życie się starają, żeby dochrapać się funkcji, ale przecież najpiękniej jest być tylko reporterem. To podobnie jak z politykami: kto za młodu nie był socjalistą – na starość jest świnią.

   Walter reporterem, reportażystą, dokumentalistą, wreszcie reżyserem był bardzo dobrym. Gdyby nie to, że tylko Pan Bóg jest doskonały – to bym taką właśnie ocenę mu dał. Zresztą Mariuszowi Walterowi pochwały są zbędne. Ma kupę dyplomów i nagród międzynarodowych. Potrafił sam o siebie zadbać. Był oczywiście sprytny, ale i mądry, jak to mówią życiowo. W kraju ułanów i kultu rzucania się na wroga bez broni budował swój wizerunek a potem i mit. Krok za krokiem, naprawdę niezwykle pracowicie. „Slalomował” między mądrymi a głupimi. Pamiętam taki mały kryzys. Wrócił z narady na owym piętrze dziewiątym ciężko usiadł i mówi: - Mam dość tego slalomu. Pomyślałem, że za chwilę mu przejdzie. Tak też się stało. Mieć rację, a doprowadzić sprawę do finału to nie zawsze to samo. Trzeba być upartym i wytrwałym. Lawirowanie między opcjami aktualne jest zawsze i wszędzie. W telewizji to nie był zwykły slalom, to był prawdziwy gigant.

   Do Warszawy Waltera ściągnął Jerzy Ambroziewicz, jeden z czołowych reporterów-reportażystów, a nawet pisarzy lat 60. Dla dobrego tekstu dał się na przykład zamknąć w mieście ogarniętym zarazą, konkretnie ospą, w 1963 roku. Walter może by tego nie zrobił, ale czasem też i fizycznie ryzykował. Na przykład kręcąc reportaż na Bałtyku w sztormie, na kutrze rybackim. Było o śledziach i beczkach. Pozornie. Naprawdę to było o ludziach ciężkiej pracy i dla tych którzy nie rozumieli – zresztą tak jak i dzisiaj - jak ważne dla Polski jest morze. Największy sukces przyniósł mu reportaż-relacja o najgorszym kolarzu Wyścigu Pokoju. Wymyślił sobie, że będzie śledził losy kolarza lądującego jako ostatni na etapach. Mariusz Walter i Jacek Żemantowski, którego zaprosił do współpracy jako sprawozdawcę martwili się, czy blondyn dojedzie. Ale dojechał. Jacek na końcu każdego etapu robił wywiad z kolarzem. Tamten sapał, ale coraz większą sympatię zyskiwał u telewidzów. Żemantowski był wówczas najpopularniejszym w tamtym czasie sprawozdawcą sportowym. Przystojny niczym Redford, dźwięcznym głosem nawijał. Znał się na sporcie bo sam prawie zawodowo uprawiał szermierkę. Outsider dojechał. „Autobus z napisem koniec” (tak się to dziełko nazywało) zdobył dla Waltera liczne nagrody na międzynarodowych festiwalach telewizyjnej sztuki.

   Po wielu latach, gdy pracowałem w Studio 2, Walter polecił mi odszukać sportowca. Nie było internetu, ale jakoś go znalazłem w zapadłej wioseczce duńskiej. Były kolarz zaproszony został do programu i ten punkt widowiska bardzo się podobał. Podobnie jak całe Studio 2, które okazało się naprawdę najlepsze w Telewizji Polskiej. Pchali się do nas ludzie drzwiami i oknami. Oczywiście sporo było i takich, którzy przyszli tu urzędowo. Czy Walter musiał ich przyjmować? Ba! Ciekawe, czy znalazłby się ktoś w kraju, kto odmówiłby SB. Na przykład pojawił się program policyjno-kryminalny i rzeczywiście bardzo ciekawy, naturalnie nie o więźniach politycznych. Dwaj oficerowie, jak domyślaliśmy się z Rakowieckiej, bardzo szybko opanowali warsztat. Jeden był nawet bardzo przystojny, z dobrą dykcją. Były też różne córeczki wpływowych facetów. Okazało się, że jedna z nich, córeczka ważnego ministra, była bardzo zdolna, znała języki, co wówczas było rzadkością i szybko przyjęła się w zespole. Druga, córka wysoko postawionego generała, była tytanem codziennej mrówczej pracy, bardzo koleżeńska i lubiana. Wyszła potem za mąż za solidarnościowca.

   My, pracownicy, uwijaliśmy się jak w ukropie. Popularność programu uskrzydlała. W siermiężnej rzeczywistości studio było dźwięczne i wdzięczne, barwne i mądre. Tego dziś nikt nie doceni, ale to właśnie w Studio 2 po raz pierwszy w Polsce wystąpiła ABBA, śpiewała Pugaczowa. Wspaniałym producentem, który potrafił sobie zjednać światowe gwiazdy był Andrzej Dębski. W stanie wojennym poszedł sobie gdzieś w świat. Wiem, że handlował ryzykując życie na dalekim wschodzie. Nie wiem, czy żyje, a może jest gdzieś tam miliarderem.  Tak jak Pugaczowa, ulubienica Jelcyna, która otrzymawszy wysokie honorarium za występ nawet nie policzyła pieniędzy i dala wszystko Andrzejowi, by kupił za to ileś tam kartonów szampana dla redakcji.

   Walterowi zazdrościli wszyscy. Rzeczywiście mieli czego. Zagryzali jednak zęby i gratulowali. Walter miał oko i ucho, umiał ludzi wybierać. To on dostrzegł talent Wojciecha Manna, Wojciecha Pijanowskiego. W Łódzkiej regionalnej telewizji odkrył Marka Markiewicza, który uczył tam jak posługiwać się elegancko widelcem i nożem. Z Krakowa przybył do nas Andrzej Urbańczyk, który na koniec swojego tragicznie zakończonego życia był posłem lewicy, choć pamiętam jak rozmawialiśmy kiedyś w nocy na wyjazdowej balandze dziennikarzy Studia 2 o Katyniu. Andrzej chyba jako jeden z pierwszych złożył na grobach pomordowanych kwiaty uzyskując zgodę miejscowego dowódcy wojskowego przebywając tam w ramach młodzieżowych hufców pracy. Potem pojawił się Bronek Cieślak. Późniejszy komisarz „07 zgłoś się”. Ten to dopiero był super zdolny i miał rzeszę fanek.  Uruchomiono STUDIO 8, które pokazywało dorobek ośrodków. Prowadziła je między innymi Zdzisława Guca, wyróżniana potem przez radiosłuchaczy. Niezwykle popularne były programy „Progi i bariery” (19 jurorów wybierało człowieka miesiąca) oraz „Świadkowie” – z zakamarków historii wydobywający ciemne strony naszej rzeczywistości. Autorami byli Jerzy Szotkowski, Dariusz Baliszewski i Tadeusz Sznuk – inżynier elektronik, potem radiowiec.  Można rzec radiowiec wszechczasów obdarzony niezwykłym głosem, a dziś prowadzący najbardziej popularny teleturniej w Telewizji Polskiej.

   Ja przez wiele lat robiłem reportaże o wrakach Bałtyku, organizując i bezpośrednio uczestnicząc w podwodnych eskapadach. Dostawałem do dyspozycji statki ratownicze Polskiego Ratownictwa Okrętowego, a także okręty-bazy nurkowe Marynarki Wojennej. Dawali mi, bo byłem ze Studia 2. Robiłem też, raz na miesiąc, kilkunastogodzinne programy, przeglądy twórczości pod nazwą „Dni autorskie”. Wymyślił je i zlecił mi przygotowywanie Mariusz Walter. Czasami zaczynały się o 6 rano, a kończyły po północy. Ich zawartość to przypomnienie dorobku najlepszych z najlepszych. Poznałem ciekawych ludzi – Gruzę, Hanuszkiewicza, Antczaka, Przyborę i Wasowskiego, Bardiniego, Hübnera, Łapickiego, Świderskiego, Wojtyszkę, Surdela, Olgę Lipińską, Bogusława Kaczyńskiego i wielu innych.

   Profesor Aleksander Bardini był wówczas po zawale. Odprowadzałem go i przyprowadzałem do studia biorąc pod ramię. Kiedy tak sobie chodziliśmy, profesor opowiadał o aktorach, reżyserach i muzykach. Znał wszystkich.

   Przypominam sobie taki epizod: oto weszliśmy do największego studia telewizyjnego, by nagrać program o profesorze prowadzony przez Bożenę Walter. I co my widzimy. Przed nami wielka góra zrobiona z czarnego połyskującego wybranego specjalnie materiału. Na wierzchołku dwa siedziska. Prawdziwy szczyt Olimpu. A oni mają tam usiąść jak bogowie. Popatrzyłem na profesora. Zamarł. I nagle obudził się w nim lew. Rzucił się prawie z pięściami na scenografa, który chciał jak najlepiej - był uczniem profesora i jego wielbicielem. – Marcin coś ty mi zrobił?! - krzyczał czerwony ze złości Bardini. Stajewski, bo o nim mowa, jeden z najlepszych scenografów teatralnych i telewizyjnych, zaczął się trząść ze strachu. Bardini zapytał: – Kto tu jest szefem studia. I rozkazał: - Rozwalić to wszystko w drebiezgi. Będziemy rozmawiali z panią Bożeną siedząc na dwóch zwykłych krzesłach przy stoliku w zupełnie pustym studio. I tak się stało. Stajewski schował się w mysią dziurę, Bożena Walter popłakała ze śmiechu. Rozgrzani awanturą wspaniale wszystko nagrali, co jeszcze raz potwierdza regułę, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

   Na początku Studia 2 jego pomysłodawca bezbłędnie postawił na trójkę prowadzących: Bożenę Walter, Tomasza Hopfera i Edwarda Mikołajczyka. Gospodyni powalała urodą i elegancją, kochało się w niej przynajmniej pół Polski, Tomek – prawdziwy miłośnik sportu – emanował żywiołowością, Edi był redaktorkiem-mądralką w okularach, takim mózgowcem, złośliwcem, protoplastą tych, którzy dziś na okrągło siedzą przy komputerach. Teraz pisze felietony u redaktora Jerzego Domańskiego w „Przeglądzie Tygodniowym” (na internetowym profilu pisma czytam: tygodnik niezwiązany jest z żadną partią polityczną ani grupą kapitałową, ma charakter lewicowy, świecki i proeuropejski). Podobno to prawda.

   Dziś wielu wystawia cenzurki innym. Najbardziej srodzy w ocenach są ci, którzy w trudnych dniach, miesiącach i latach, gdy trzeba było dokonać wyboru siedzieli jeszcze na nocnikach. Bardzo wielu dziennikarzy odmówiło współpracy z wojskową juntą, inni wstydliwie opuścili wzrok i starali się pracować gdzieś tam na marginesie żurnalistyki.

   Szukano też innych dróg wyjścia. Ratunkiem stały się inicjatywy prywatne. Kończył się slalom między władzą a społeczeństwem. Zaczął się prawdziwy zjazd na łeb i szyję, ryzykowny i niebezpieczny. Aby dojść drogą niezależną do czegokolwiek trzeba było zdobyć środki, czytaj – pieniądze. Dziennikarze – tak zawsze było – to golce. Zaczęli więc wchodzić w różne układy. Najzdolniejsi zostali wybrani przez tych, którzy mieli jakiś tam kapitał. Firma Jana Wejcherta – Konsuprod aktywność medialną zaczęła od wypożyczenia jednej profesjonalnej kamery, z Hamburga od pana – jeśli dobrze pamiętam – Grabowskiego. Ale nie sprzęt decydował. W pierwszej siedzibie (cztery pokoje) na Saskiej Kępie przy ulicy Aldony patrzyłem jak mój były , tak ważny przecież szef, stał grzecznie w korytarzu i czekał cierpliwie na właściciela – właśnie biznesmena Wejcherta.

   Nieprawdą jest, że ludzie zdolni i pracowici zawsze wygrywają. Prawdą natomiast, że ci którzy pieniędzy nie mają, nie zawsze są głupi. Długo się nie przyglądają zanim wybiorą, jeśli propozycja wydaje się być interesująca. Jednak w tym wypadku nie Walter wybrał Wejcherta, choć mogło się tak wydawać – ale było odwrotnie.

   Wybitny twórca telewizji publicznej stworzył od podstaw telewizję komercyjną prywatną. Frymarczono nią i sprzedawano, ale ciągle, choć krytykowana, jest w Polsce ważnym medium. Jak to potem było z TVN, z kolejnymi programami stacji, wędrówką ludów dziennikarskich, zwalnianiem brutalnym i przyjmowaniem, z podstępnym zachęcaniem – to już wielu opisało. Są to sprawy co najmniej dyskusyjne, choć bardzo znane. I cały ten cyrk trwa nadal. Bo takie są media. Tych których wybierał Walter – Olejnik, Lis, Miecugow to ważne postacie w świecie dziennikarskim. Na razie nie mam jeszcze ochoty o nich pisać. Wolę wrócić do zamierzchłych lat.

   Przypomina mi się taka oto scena: siedzę w studio z Bożeną Walter i profesorem Aleksandrem Bardinim nagrywając opisywany już program z cyklu Dni Autorskich. Nagle, mimo iż pali się czerwone światło zakazujące wstępu, rozwarte zostają drzwi i wpada bystry i wszędobylski kierownik produkcji z redakcji sportowej Zygmunt Wojnar i krzyczy: - Wojtyła został papieżem. Nikt do niego nie miał pretensji, przerwaliśmy nagranie. Szał radości.

   Przypominały mi się słowa Eugeniusza Pacha, któremu zawdzięczam wybranie do prowadzenia wielkich transmisji „Banków Miast”. Gienio był u Ambroziewicza zawsze po Walterze. Kiedyś współpracowali ściśle przy turniejach, transmisjach z wyścigów samochodowych, ale potem już z pewnym dystansem. Po jakiejś tam kolejnej drace z władzą, gdy Walter spadł jednak na cztery łapy, Gieniu powiedział: - To jest to cholerne szczęście Mariusza (może też powiedział Marka) znowu wyszedł z kłopotów. Ale szczęście sprzyja mądrym i zapobiegliwym.

   Z biegiem lat, szczególnie wobec ostatniego podziału społeczeństwa na „my” i „oni” przyjaźń między obu panami pogłębiła się. Dowodem może być fakt, że tylko Walterowie i Edward Mikołajczyk zostali zawiadomieni i zaproszeni, by wziąć udział w cichym pogrzebie zmarłego niedawno Eugeniusza Pacha. Podobno tak sobie życzył.

   Mariusz Walter miał na pewno szczęście. Wybrała go – a do wyboru miała wielu – jedna z najładniejszych, a może i nawet najładniejsza kobieta Telewizji Polskiej – Bożena z domu Bukraba, córka oficera artylerii, zamordowanego w Charkowie, orientalistka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, rodem spod Gór Świętokrzyskich. To było bardzo dawno, gdy „Brama Krakowska zamykała się na zatrzaski, a młoda staruszka siedziała na drewnianym kamieniu”. Udane małżeństwo, rodzicielstwo i dziadkowanie – to wszystko trwa do dziś. Ludzi jednoczy miłość, praca, a czasem stawianie czoła przed ludźmi złymi.

   Tak to już jest. W Studio 2 oczywiście wszyscy uważnie przyglądaliśmy się tej parze. Walter z natury wścibski – nigdy nie zdradził się z odruchem zazdrości o żonę. No może raz to tylko zauważyłem, gdy pytał dlaczego jego zdaniem zbyt długo wracała samochodem z Gdańska. Małżonka była zawsze świetnie ubrana, naturalnie pogodna i otwarta dla rozmówców. Owszem, konsultowała się z mężem, ale wybierała sama. Z Tomkiem i Edwardem stanowili świetne trio. Walter, pracuś i fanatyk telewizji mógłby wymyślać i realizować dalej. Szkoda że odpoczywa. To marnotrawstwo talentu, potencjału doświadczenia i wrodzonej pracowitości.

   W swoim czasie – oczywiście w Studio 2 Mariusz Walter zrealizował z udziałem Andrzeja Wajdy film dokumentalny o Maksymilianie Kolbe. Oglądałem go, gdy był pierwszy raz emitowany w gabinecie szefa. To nie jest film jednoznaczny. Gdy się skończył, zadzwonił telefon z kurii. Przekazano autorowi gratulacje. Ciekawe, jak dziś ten obraz zostałby przyjęty?

   Stan wojenny zrobił w naszym kraju wiele zła. Wtedy to zaczął się dzisiejszy podział społeczeństwa. Poprzednio też byli „my” i „oni”. Ale „oni” byli jednoznacznie źli i obcy. Dziś już tak nie jest. Niestety podział społeczeństwa postępuje. Nie można powiedzieć by się oddalał.

   Kto zasypie rów, by nie stał się przepaścią?

   Mamy pisarzy, ale niewielu ich czyta, a jeszcze mniej rozumie. Wychodzi dużo książek, ale są drogie i w małych nakładach. Tytułów prasowych jest też dużo, ale ilość drukowanych egzemplarzy każdemu wydawnictwu spada. Internet ułatwia, ale i ogłupia. Wszystko to-to nasza kultura. Tylko twórcy gdzieś się zapodziali.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl