Skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać. Takie podsumowanie narzuca się po szczegółowej analizie przewidywanych skutków kontrowersyjnej eurodyrektywy zwanej nie bez sensu ACTA2, która na razie została zablokowana, ale niewykluczone, że wróci w lutym lub później.

   Jej pozytywne rezultaty, o których chętnie mówią zwolennicy nowych przepisów, są wątpliwe. Natomiast lawina negatywów i zagrożeń każe zapytać: po co, na miły Bóg, po co to forsować?

   W styczniu, według planu, „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” miała wrócić do Europarlamentu, w celu wypracowania i przegłosowania jej ostatecznego brzmienie. Jednak przedstawiciele państw członkowskich w Radzie Europejskiej, którzy zebrali się 22 stycznia, aby zatwierdzić nową wersję dyrektywy przygotowaną przez Rumunię nic nie postanowili. Dlaczego? Według nieoficjalnych informacji, jedenaście krajów sprzeciwiło się temu tekstowi, niektóre, powołując się na znane już obawy dotyczące dwóch kontrowersyjnych artykułów, inne mają nowe zastrzeżenia. Przeciwko były: Niemcy, Belgia, Holandia, Finlandia, Słowenia, Włochy, Polska, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg i Portugalia. Jak łatwo zgadnąć, tak różnorodna grupa miała też różnorodne powody, aby brzmienie dyrektywy odrzucać. Niezależnie od nich efekt jest taki, że ACTA2 jest na razie odłożona, powiedzmy, „ad acta”.

   Atmosfera wokół Dyrektywy targana jest nieustannie wystąpieniami różnych grup nacisku, które z jednej strony ponaglają organy europejskie, aby przyjęły korzystne dla nich rozwiązania – to wydawcy, koncerny i inne podmioty zarządzające dużymi zasobami copyrightu; z drugiej – mniejsze podmioty domagają się również swoich praw. Tuż przed głosowaniem w Radzie Europejskiej grupa organizacji z branży muzycznej IFPI i grupa niezależnych wytwórni IMPALA podpisały list z 17 stycznia, w którym alarmują, że projekt ustawy wymaga „pilnych” i „znaczących” poprawek. Wielu przedstawicieli branży muzycznej postrzega Art. 13 Dyrektywy jako sposób na poprawę zarządzania prawami autorskimi na YouTube i podobnych platformach, jak również na zwiększenie przychodów z tych kanałów. Jednak mniejsze podmioty i freelancerzy boją się ACTA2.

   Owe wichry lobbystycznych namiętności wieją każdy w swoją stronę w warunkach inaugurowanej kampanii wyborczej przed eurowyborami, więc deputowani mogą zacząć zwracać większą uwagę na to co sądzą o tym wyborcy. Nie pozwólmy im zapomnieć, że ich działania dotyczące ACTA2 pilnie obserwujemy.

   Najbardziej skrajne wersje artykułów ACTA2 mogą prowadzić do wielu nieoczekiwanych i niekoniecznie przyjemnych konsekwencji dla Europejczyków. Jennifer Bernal, kierownik ds. polityki społecznej w firmie Google, powiedziała, że firma rozważy możliwość wycofania swojego serwisu Google News z całego kontynentu. A to dopiero początek.

   Jeśli przyjmiemy smutny scenariusz, że dyrektywa zostanie przyjęta w kształcie takim jak we wrześniu 2018 r., to państwa członkowskie UE będą mieć dwa lata na uchwalenie przepisów i zmian w prawie, które dostosują je do niej. Dyrektywy UE nie są same w sobie prawem, ale nakładają na rządy krajów wymogi uchwalania własnych przepisów zgodnych z ich treścią. Na dobrą sprawę państwa członkowskie mają sporo swobody w tych szczegółowych regulacjach, gdyż dyrektywa nazywana ACTA2 ma charakter dość ogólnikowy. To wiadomość zarazem dobra i zła. Jeśli u władzy w kraju są siły szanujące wolność, w tym wolność słowa, to Internetu raczej nie skrzywdzą. Jeśli w rządzie zasiadają miłośnicy cenzury i wrogowie wolnego Internetu, to, owszem, mogą z tej dyrektywy wyinterpretować daleko idący zamordyzm.

Etos prowadzący do rąbania siekierą

   22 października ub. roku prezes YouTube Susan Wojcicki opublikowała na korporacyjnym blogu pod hasłem #SaveYourInternet ostrzeżenie przed szykowanym w PE prawem. „Artykuł 13 w tej formie grozi zamknięciem milionom ludzi - od twórców, amatorskich, półamatorskich, półprofesjonalnych czy w pełni profesjonalnych, aż po zwykłych użytkowników - możliwości tworzenia i udostępniania treści na platformy takie jak YouTube” - alarmowała. - „Jeśli zostanie wdrożony, zgodnie ze znaną nam propozycją, Artykuł 13, to zagraża setkom tysięcy miejsc pracy, europejskim twórcom, przedsiębiorcom, artystom i wszystkim, których zatrudniają”.

   W kolejnym wpisie, zauważyła dodatkowo, że podejście autorów Artykułu 13 jest „nierealistyczne, ponieważ właściciele praw autorskich często nie zgadzają się sami ze sobą co do tego, kto jest właścicielem jakich praw”. „Jeśli właściciele nie mogą tego uzgodnić, to nie można oczekiwać, że otwarte platformy, na których znajdują się te treści, podejmą trafne decyzje dotyczące praw autorskich” -  kontynuowała.

   Susan Wojcicki jest oczywiście również lobbystką, przemawia w interesie swojego serwisu YouTube, należącego do Google’a. Jednak trudno się nie zgodzić z jej oceną, że praktyczna realizacja postulatów ochrony praw autorskich może być ekstremalnie trudna, jeśli w ogóle nie niemożliwa w Internecie. A to prowadzi, o czym piszemy niżej, do prostego rąbania siekierą wszystkiego, co budzi najmniejsze wątpliwości.

   Jednak argumentacja racjonalna może mieć trudności z przebiciem się do europarlamentarzystów. „Tak naprawdę mamy do czynienia z polityczną deklaracją, taką mianowicie, że Europa chce być inna niż Stany Zjednoczone i mieć europejskie podejście do praw autorskich, inne niż Stany Zjednoczone” - mówi w serwisie „The Hollywood Reporter”, Christopher Beall, partner w nowojorskim Fox Rothschild i ekspert w dziedzinie prawa autorskiego. - „To zasadniczo inny etos. UE mówi: Nie podoba nam się sposób, w jaki Amerykanie radzą sobie z Internetem - i chcemy odzyskać kontrolę nad tym, jak działa Internet.”

Rumak pogalopuje wami lub bez was

   W ocenie dużej części europejskiego przemysłu medialnego, stan trwający obecnie umożliwiła amerykańskim gigantom internetowym „plądrowanie” praw autorskich Europy. Pozwalać na to mają luki z w prawie pochodzące jeszcze z epoki przed-internetowej, zaś amerykańscy potentaci zarabiają, w tej optyce, głównie na piractwie swoich użytkowników, których nie ścigają. Ten tok myślenia może być wyrażony i tak: korzystanie online z treści takich jak teledyski, programy telewizyjne i inne treści medialne w ostatnich latach gwałtownie wzrosło, natomiast dochody z opłat za licencje cyfrowe od platform internetowych dla posiadaczy praw autorskich, nie dotrzymują kroku cyfrowej konsumpcji.

   Przekonanie, że „Internet okrada” i tylko czeka, aby za darmo korzystać z dóbr wypracowanych przez media, nie jest nowe. Teraz „stare” media i ogólniej branża będąca w posiadaniu dużych zasobów praw autorskich, zamiast nauczyć się jeździć na ognistym koniu zwanym Internetem, będą próbować zakazywać jazdy innym, wszystkim, którzy dosiadają rumaka nie tak jak sobie życzą zwolennicy ACTA2. Ale, zapewniam państwa, sama jazda jest znacznie bardziej atrakcyjna niż zasady, których chcą pilnować tradycyjne media, a rumak będzie galopował  dalej, z nimi, czy bez nich.

   Tak jak pisałem kilka miesięcy temu na portalu SDP, po przyjęciu dyrektywy ACTA2, można sobie wyobrazić tysiąc metod i technik obejścia wielkiego muru internetowego, który wokół Europy mogą zbudować przepisy wynikające z dyrektywy. Z tej w gry w zakazami może powstać zupełnie nowa branża, subkultura startupowa i nowe ciekawe rozwiązania. Tak już bywało z innymi zamordystycznymi regulacjami.

   Ogólnie, artyści tacy jak Paul McCartney, Placido Domingo, Adele i europejscy twórcy filmowi, np. Mike Leigh, Paolo Sorrentino i Margarethe von Trotta poparli dyrektywę o prawie autorskim. U nas też są takie inicjatywy znanych wykonawców. Znamienne jednak, że ludzie z zupełnie innego pokolenia i z innej bajki, są po drugiej stronie barykady. Haitański raper Wyclef Jean powiedział niedawno, że europejscy politycy powinni raczej próbować „zrozumieć i ulepszyć Internet, niż próbować go blokować”. To jest głos bliższy pokoleniu, które nadaje ton w cyberprzestrzeni.

   W Parlamencie Europejskim opozycja wobec dyrektywy o prawie autorskim to przede wszystkim  Julia Reda, młoda posłanka do PE i członkini niemieckiej Partii Piratów. „Prawodawcy patrzyli na prawa autorskie przede wszystkim przez pryzmat interesów dużych firm medialnych, które odczuwają boleśnie słabnącą kontrolę nad kanałami dystrybucji” - komentowała po wrześniowym głosowaniu. -„Nasza wolność wypowiedzi w Internecie jest zbyt cenna, aby miała stać się ofiarą korporacyjnych wojenek.”

   Czy można sobie wyobrazić sytuację, w której Internet funkcjonuje bez treści pochodzących od uznanych od lat środków masowego przekazu? Ja mogę sobie wyobrazić. Myślicie że, aby tworzyć memy, internauci koniecznie potrzebują zdjęć prasowych objętych copyrightem? A jeśli wydawca, który nie podpisze odpowiedniej umowy z Google czy Facebookiem (a te na bank mu w rzeczywistości rządzonej przez ACTA2 taki cyrograf podsuną), zostanie usunięty z tych serwisów? Myślicie, że Internet odczuje stratę? Przypuszczam, że wątpię, jak to mawiają młodzi.

   Stratę poniesie wydawca, bo Internet jest m. in. platformą generowania przychodów z treści. Ale może tym się nie przejmuje? W ogóle trudno oprzeć się wrażeniu, że forsujący ACTA2 nie przejmują się dość łatwymi do przewidzenia rezultatami realizacji dyrektywy, o których pisałem i piszę po raz kolejny. Nie jest to wiedza tajemna i wiele osób, znających Internet, może łatwo zauważyć, że biznesowe jej skutki dla branży medialnej będą w najlepszym wypadku żadne, jeśli nie negatywne. Więc jeśli nie chodzi o pieniądze, to o co?

Hm, chyba o politykę…

   Z artykułu trzynastego Dyrektywy wynika nieubłaganie prawo wymagające od właścicieli i wydawców serwisów internetowych nałożenia filtrów na określone treści. Nawet jeśli explicite nie będzie takiego wymogu, to raczej nie będzie innego wyjścia. „Prawdą jest, że, choć Artykuł 13 nie odnosi się wyraźnie do technologii filtrującej, to praktycznie jedynym sposobem na przestrzeganie tego prawa będzie wprowadzenie filtrów” -  mówi w serwisie „The Hollywood Reporter” Siada El Ramly, dyrektor generalna EdiMA, korporacyjnej grupy lobbystycznej, której członkami są Google, Facebook, Apple i Amazon. Albo, jak mówi Gus Rossi, dyrektor ds. polityki globalnej w thinktanku Public Knowledge w Waszyngtonie: „Mówienie, że prawo nie wymaga filtrów treści jest jak zapewnienia tego rodzaju: <Możesz mieć jakikolwiek napój, ale musi być słodki, musi zawierać kofeinę, musi być gazowany, a także musi być wyprodukowany w Atlancie>. Dla większości platform jedynym rozwiązaniem będzie zastosowanie filtrów automatycznych”.

   A wraz filtrowaniem treści nadchodzą jego konsekwencje. „Technologia filtrowania treści jest wciąż bardzo niedoskonała. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że nastąpi nadmierne blokowanie treści” - przewiduje El Ramly.

   Istniejące już wersje copyrightowych filtrów treści, na platformach takich jak YouTube i Facebook, są podatne na błędy i na zagrożenia związane z interpretacją prawa autorskich. Na przykład w 2012 r. filtr treści YouTube Content ID zdjął film wideo użytkownika z instrukcjami robienia sałatek, ponieważ materiał zawierał dźwięk świergotania ptaków. Zautomatyzowany algorytm uznał, że wideo naruszyło prawa autorskie do pewnego utworu muzycznego, który zawierał dźwięki śpiewu ptaków. Niedawno z kolei YouTube uniemożliwił pianiście Jamesowi Rodosowi zamieszczenie własnego filmu, w którym gra Bacha, muzykę od dawna nie objętą majątkowymi roszczeniami autorskimi. Takie błędy są codziennością funkcjonowania YouTube, o czym wie dobrze wielu właścicieli kanałów.

   Narzędzia automatyczne, nawet te oparte na sztucznej inteligencji, są bardzo dalekie od doskonałości. Praca nad ulepszeniem ich działania to niezwykle kosztowna sprawa. Ogromnie prawdopodobne jest, że obawiający się o to, że zostaną zalani roszczeniami, właściciele platform operować będą nie precyzją a toporem. Bezpieczniej będzie na wszelki wypadek usunąć czy wręcz nie dopuścić do publikacji materiału budzącego wątpliwości, niż kalibrować filtry, które i tak w końcu mogą zawieść. A potem niech twórca się odwołuje i kłopocze dowodzeniem, że nie naruszył praw autorskich.

   Dalsze możliwe konsekwencje dyrektywy to usankcjonowanie prewencyjnej cenzury, w tym także politycznej. W Internecie, jak wiadomo, powszechne jest posługiwanie się w debacie linkami, zdjęciami, screenshotami artykułów, cytatami. Przewidywany w Artykule 11 „podatek od linków” plus drakońska, ale przecież dopuszczana przez ACTA2, wersja prawa, prowadzi do świata Kononowicza, w którym „niczego nie będzie”. Tylko, że nie będzie on zabawny. Najczarniejsze scenariusze kreślone przez przeciwników dyrektywy przewidują, że wszelkie próby wysyłania przez obywateli europejskich komentarzy politycznych, wysyłania sobie nawzajem zdjęć pocztą elektroniczną lub oglądania „nieprawomyślnych” filmików, będą blokowane przez obowiązkowe algorytmy filtrujące, działające na wszelki wypadek (a może całkiem celowo) na zasadzie zamordystycznej siekiery odrąbującej każdą treść, odbiegającą od pożądanego nurtu myśli politycznej.

   Tak, oczywiście, na te czarne wizje, zaraz odzywa się legion obrońców dyrektywy, z ustami pełnymi górnolotnych haseł o „ochronie praw” lub „ukróceniu hejtu” itd. Pomysły wprowadzenia cenzury sieci zawsze miały za sobą całą gromadę szczytnych argumentów i uzasadnień. Projekt rządu Donalda Tuska z 2010 r. wprowadzający rejestr stron niedozwolonych miał walczyć z nielegalnym hazardem i chronić dzieci, pierwsza ACTA miała chronić prawa autorów, dyrektywa europejska zwana ACTA2 też staje w obronie praw autorskich i ich właścicieli.

   Tymczasem nie trzeba być genialnym znawcą Internetu, aby przewidzieć, że prawa te zapewne nie będą skutecznie chronione. Wynika to tego co napisałem wyżej i z wielu innych względów. Ochrona prawie na pewno wciąż będzie kulała, natomiast bat, czyli restrykcje i filtry cenzorskie, może się znakomicie przydać tym, którzy marzą o ukróceniu wolności słowa w sieci.

   W liście otwartym skierowanym do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Antonio Tajaniego ponad siedemdziesięciu pionierów Internetu i działaczy na rzecz otwartego dostępu ostrzegło przed złowieszczymi skutkami Artykułu 13. Ostrzegają, że dyrektywa to „bezprecedensowy krok w kierunku przekształcenia Internetu z otwartej platformy wymiany i innowacji w narzędzie do automatycznego nadzoru i kontroli jego użytkowników”.

Walka z monopolem, która wzmocni monopol

   Wielu obrońców dyrektywy w przypływie szczerości wyjaśnia, że ma ona tak naprawdę jeden zasadniczy cel – ukrócenie monopolu (a raczej oligopolu) GAFA, czyli wielkiej amerykańskiej czwórcy Google-Apple-Facebook-Amazon, jego samowoli i czerpania zysków z naruszania praw innych. Po co jednak taka gruba armata? Np. YouTube i Google mają już system licencjonowania treści za pomocą filtrów, które identyfikują treść i dzielą się przychodami z reklam z właścicielami treści, którzy się u nich rejestrują. Czy nie wystarczyłoby proste prawo nakazujące zmianę tego systemu z modelu „opt-in” na „opt-out”, wprowadzające obligację prawną w miejsce obecnych dobrowolnych regulacji korporacyjnych?

   Niektórzy w komentarzach zauważają, iż prawdziwe niebezpieczeństwo wynikające z Artykułu 13 dyrektywy, poza tym, że jest „zbyt ogólny”, polega na tym,  że implementacja tych zasad będzie zbyt kosztowna dla nowych i mniejszych graczy, aby mogli skutecznie konkurować z Google, Facebook i pozostałymi potentatami. „To utrwali pozycję wielkich, likwidując konkurencję” -  uważą Beall. - „Ironia losu polega na tym, iż, choć giganci internetowi protestują przeciwko nim, rozwiązania te w rzeczywistości wzmacniają ich pozycję.”

   Warto dodać, że nie tylko GAFA lobbuje przeciw ACTA2. 12 czerwca ub. roku duża grupa znanych postaci Internetu, w tym założyciel Wikipedii Jimmy Wales i twórca WWW, Tim Berners-Lee, podpisała list otwarty, w którym opowiedzieli się przeciwko ydrektywie. Wales protestuje, choć dyrektywa zawiera wyjątek, który wyraźnie wyklucza Wikipedię i GitHub z przepisów. Berners-Lee z kolei znany jest z ostrej krytyki praktyk GAFA. Obaj, mimo to, są przeciw dyrektywie.

Twórcom będzie lepiej? Czyżby?

   A co z tego wszystkiego wynika dla dziennikarzy? W opublikowanym pod koniec października ubiegłego roku wspólnym oświadczeniu odnoszącym się do dyrektywy Federacje Dziennikarzy, Międzynarodowa i Europejska (IFJ i EFJ) powtórzyły swoje poważne obawy dotyczące szalejącego powielania i niewłaściwego wykorzystywania utworów dziennikarskich w Internecie przez osoby trzecie bez zezwolenia lub wynagrodzenia. Takie praktyki doprowadziły, jak czytamy w dokumencie „do osłabienia branży medialnej i stworzyły poważne zagrożenia dla niezależnego dziennikarstwa, a tym samym dla demokracji na całym świecie”.

   Jednak IFJ i EFJ wyrażają również obawy dotyczące osłabienia pozycji negocjacyjnej autorów oraz nieuczciwych praktyk licencyjnych wobec dziennikarzy, którzy zbyt często byli zmuszeni do zaakceptowania kiepskich warunków, by w ogóle móc zarabiać na życie.  „Prawo do publikacji prasowych, jeśli zostanie sprawiedliwie wdrożone, może pomóc w przeciwdziałaniu zagrożeniom dla niezależnego dziennikarstwa i masowej reprodukcji dzieł dziennikarskich" - stwierdzają federacje. Wzywają instytucje UE do zajęcia się tymi kwestiami i „zapewnienia, że sprawiedliwy i proporcjonalny udział w dochodach dotyczyć będzie autorów (Art. 14 dyrektywy)”.

   Co to oznacza? Że organizacje dziennikarskie są świadome, że ACTA2 to lobbing wielkich korporacji medialnych, a ze względu na słabą pozycję dziennikarzy, autorów, mogą oni z nowych regulacji mieć niewiele albo wręcz nic.

   Twórcy w rozumieniu szerszym mogą mieć pod rządami dyrektywy gorzej a nie lepiej. „Nowe przepisy mogą uniemożliwić artystom dzielenie się swoimi pracami w mediach społecznościowych” - ostrzegał redaktor serwisu Artsy.com, Benjamin Sutton, w listopadzie 2018 r.

   Opisuje on pewną hipotetyczną historię z przyszłości: „Wyobraźmy sobie, że jest lato 2021 roku i artystka z Berlina zamieszcza na Facebooku stworzoną przez siebie kreację wizualną, aby za jej pomocą wyrazić swoje poparcie dla kandydatki walczącej, by zostać następnym kanclerzem Niemiec. Kreacja jest utrzymana w stylu plakatu Sheparda Fairey'a z 2008 roku powstałej dla Baracka Obamy. Zanim obrazek artystki trafi do kanału informacyjnego, filtr uploadu na Facebooku sprawdza obraz porównując z do wielką bazą materiałów chronionych prawami autorskimi i ujawniając podobieństwo do plakatu Fairey'a i niezliczonych innych obrazów w podobnym stylu. Artystce odmawia się udostępnienia plakatu. Może ona odwołać się od decyzji, ale proces ten może trwać tygodnie, aż miną wybory i obraz może być nieistotny. Rezygnuje z dzielenia się swoimi pracami.”

   Kenneth Mullen z londyńskiej firmy prawniczej Withersworldwide, specjalista w dziedzinie technologicznej własności intelektualnej w komentarzu internetowym potwierdza, że dyrektywa może mieć takie właśnie skutki, utrudniając lub nawet uniemożliwiając artystom zamieszczanie swoich prac w mediach społecznościowych i innych platformach wymiany treści. „Prawo to może wprost zaszkodzić artystom, którzy czasami współpracują lub używają treści znajdowanych w Internecie do tworzenia nowych dzieł” -  mówi.

   Krytycy Artykułu 13 dyrektywy ACTA2 obawiają się, że zmuszanie platform do wdrażania filtrów treści mogłoby ograniczyć swobodny przepływ oryginalnych dzieł parodiujących, wcielających się, remiksujących, kolaży lub satyry w specyficznych internetowych odmianach, obrazowych lub filmowych. Jak wspomnieliśmy, bardziej prawdopodobne, że filtry te będą toporne a nie subtelne i precyzyjne. Wiele więc obecnie nas zachwycających, poruszających i rozweselających treści tworzonych prze internetowych artystów może zostać potraktowanych siekierą ACTA2.

   Jest jeszcze jeden niszczący aspekt dyrektywy, odnoszący się do specyficznie internetowych rozwiązań. Wynikający z Artykułu 11 tzw. „podatek od linków”, jeśli zostanie wprowadzony, może uderzyć w autorów, którzy chcą dzielić się utworami bez dodatkowych opłat, na zasadzie otwartych licencji. Może to być szczególnie szkodliwe dla licencjodawców i biorców Creative Commons. Jeśli, co wydaje się wynikać z brzmienia dyrektywy, wynagrodzenie musi być przyznawane niezależnie od warunków licencji, to niszczy to specyficzną infrastrukturę niekomercyjnego udostępniania dzieł w Internecie.

   W projekcie jasno stwierdza się, że właściciele praw powinni otrzymywać rekompensatę finansową od dostawców wyszukiwarek internetowych, w szczególności, gdy zamieszczają oni linki do stron internetowych wydawców. Wprowadzanie takiej zasady może wykluczyć (choć nie musi) praktyki wydawców udostępniających swoje utwory na licencji Creative Commons. Zmuszanie wydawców korzystających z CC do zaakceptowania dodatkowych niezbywalnych praw do otrzymywania płatności narusza literę i ducha licencji Creative Commons oraz pozbawia wydawców wolności prowadzenia działalności gospodarczej i udostępniania treści zgodnie z ich życzeniem.

   Na przykład, hiszpański serwis informacyjny eldiario.es udostępnia wszystkie swoje treści online za darmo na licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike. W ten sposób przyznają publiczną, globalną, bezpłatną licencję na korzystanie z utworu na określonych warunkach. Inni wydawcy wiadomości w Europie korzystający z licencji CC, którzy również mogliby „podpaść” pod nowe przepisy, to „La Stampa”, „20 Minutos” i „openDemocracy”. Serwisy te podjęły świadomą decyzję o bezpłatnym udostępnianiu swoich dzieł na licencjach Creative Commons. Jeżeli Artykuł 11 zostałby uznany za niezbywalne prawo, to czy przypadkiem nie uniemożliwiłby on tym wydawcom udostępnianie na zasadzie CC? 

   Jeśli przyjąć, że dyrektywa nie musi być koniecznie rozumiana jako wykluczenie licencji typu CC, to i tak ze względu na jej ogólne sformułowania infrastruktura wolnych internetowych licencji zdana będzie na łaskę lokalnych prawodawców, którzy mogą jednak tak właśnie ją chcieć rozumieć. Creative Commons to system alternatywny i konkurencyjny wobec zasobów praw autorskich w rękach korporacji medialnych, dlaczego więc ich lobbing ma go oszczędzić?

   Zwykłemu twórcy, autorowi, który chciałby się w Internecie, np. w serwisie społecznościowym podzielić swoją pracą, ACTA2 może to skutecznie uniemożliwić. Jeśli np. wydawca jego gazety nie zawarł porozumienia z Facebookiem, to ze względu na „podatek od linków” platforma nie pozwoli mu na opublikowanie linku do jego własnego artykułu. Nie będzie mógł też opublikować obrazka czy screenshota strony, bo Artykuł 13. Jego komentarz do wypowiedzi polityka z cytatem może zostać uznany za naruszenie praw jakiekolwiek innego medium, gdzie wypowiedź ta została opublikowana. Nie będzie mógł potępić „mowy nienawiści” w memie, gdyż mem zostanie zablokowany. Można by mnożyć kolejne przewidywalne paradoksalne konsekwencje ACTA2.

   Perspektywa, że dziennikarze skorzystają na dyrektywie jest iluzoryczna, co pośrednio da się wyczytać ze stanowiska IFJ i EFJ. Mogą za to wiele stracić, gdyż blokowanie swobody publikacji i cenzura, ani w ogóle, ani w szczególe, niczego dobrego mediom i ich pracownikom, w ostatecznym efekcie, nie przyniesie.

Mirosław Usidus

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl