To pytanie stawiają sobie od kilku dni dziennikarze i medioznawcy. Moja teza brzmi: tak zwane „taśmy Kaczyńskiego” nie są dziennikarstwem śledczym. A teraz dowód.

   Dziennikarstwo śledcze charakteryzowane jest na ogół za pomocą kilku elementów. Według medioznawców, głównie amerykańskich, jest to eksponowanie ważnych informacji, które miały pozostać w ukryciu, za pomocą metod charakterystycznych dla tego rodzaju dziennikarstwa (np. ukryta kamera, „przebieranki”, korzystanie z anonimowych źródeł), wyjaśnionych przez samodzielne, pochłaniające czas drążenie tematu, w celu zainspirowania reform naprawiających rzeczywistość. W definicjach dziennikarstwa śledczego (m.in. Aucoina, Kovacha i Rosenstiela, Sellersa, Honeymana) medioznawcy kładą nacisk na to, że jest to własny produkt dziennikarza, powstały z jego inicjatywy.

   Czy w świetle tych koncepcji artykuł Wojciecha Czuchnowskiego i Iwony Szpali w „Gazecie Wyborczej”, będący zapisem rozmów prowadzonych przez Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Tomaszewskiego z Geraldem Birgfellnerem w obecności tłumaczki może być potraktowany jako przykład dziennikarstwa śledczego? Tom Kovach i Bill Rosenstiel wyróżniają trzy odmiany dziennikarstwa śledczego, ale tylko jedną z nich uznają za właściwe dziennikarstwo śledcze – jest nim to będące wynikiem pracy własnej. Drugą, w której dziennikarze korzystają z dostarczonych im dokumentów, nazywają dziennikarstwem interpretacyjnym. Trzecią, która jest relacją z przebiegu procesów sądowych, w zasadzie pomijają w swoich analizach, przyjmując, że nie są to śledztwa dziennikarskie.

   Czy artykuł w GW można zaliczyć do pierwszej grupy? Z pewnością nie, bo dziennikarze otrzymali „gotowca” - taśmy, a być może również stenogramy (tego jednak nie wiem) z zapisem podsłuchanych i nagranych rozmów. Pomijam kwestię legalności tych nagrań, bo to jest oddzielny problem, wymagający osobnego wyjaśnienia. Kwestię tę można rozważać dokładnie dopiero wtedy, gdy zostanie ustalony (lub nie) autor czy zleceniodawca tych nagrań. Z pewnością jednak „praca własna” dziennikarzy polegała na przepisaniu rozmowy z „taśmy” i opakowaniu jej w kontekst odnoszący się do działalności Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, historii spółki Srebrna, historii zakładanej „inwestycji” oraz do ludzi (polityków), związanych z całą sprawą. Te kontekstowe informacje można znaleźć na przykład w Wikipedii oraz w artykułach Michała Krzymowskiego, który pisał w „Newsweeku” o „srebrnym układzie”. Z tego też powodu trudno zaliczyć analizowany artykuł z GW do drugiego rodzaju dziennikarstwa śledczego (interpretacyjnego – należały do niego np. tzw. Dokumenty Pentagonu, Pentagon Papers), albowiem dziennikarze dysponowali już informacjami wcześniej opracowanymi. Ponadto, jeśli chodzi o ważkość tematu, to porównywanie treści rozmów Kaczyńskiego z treścią tajnych dokumentów przygotowanych na zlecenie sekretarza obrony USA Roberta McNamary, a zawierających ściśle poufne informacje o amerykańskich operacjach wojskowych w Indochinach, byłoby całkowicie nieadekwatne.

   Jak zatem nazwać ten rodzaj dziennikarstwa, zaprezentowany na łamach „Gazety Wyborczej”? Sądzę, że odpowiednią nazwą byłoby określenie zbliżone do „dziennikarstwa kwitowego”, albowiem oparte jest ono na czymś, co przypomina kwity podrzucane redakcjom w celach kompromitacji przeciwników politycznych, instytucji czy osobistych wrogów. Być może należałoby wprowadzić nową nazwę: „dziennikarstwa taśmowego” (opartego na nagraniach), albowiem zaczyna ono być elementem, a nawet bardzo ważnym elementem, polskiego krajobrazu medialnego i dziennikarskich dokonań. Oczywiście, trudno nie zauważyć, że w tekście artykułów w GW pojawiają się wątki istotne dla polskiego życia politycznego, ale to już powinno być przedmiotem innych analiz, przede wszystkim politologicznych.

Dr Marek Palczewski,  medioznawca, autor książek i artykułów naukowych o dziennikarstwie śledczym.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl