Rocznik 1931. Dziennikarz – reporter, publicysta, redaktor, organizator zespołów i manager. Dla mnie BIG BOSS.

Wspomnienie pracy w TVP między listopadem 1972 a 13 grudnia 1981. Pracowałem u Niego, dla Niego i myślę, że – jakby to górnolotnie nie zabrzmiało – dla naszego kraju. I oczywiście - dla siebie z wielkim zadowoleniem. Ambroziewicz miał zaufanie do ludzi, miał też dla nas propozycje zawodowe. Dzięki temu stworzył zespoły, w których wiele można było zrobić. Dlatego ludzie się Doń garnęli i dobrze Go wspominają.

I dlatego też piszę teraz to, co piszę. Zacznę od słów samego Redaktora umieszczonych na okładce autobiograficznej książki „Znam was wszystkich” – BGW 1993. Jest tam sześć punktów.

Fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

PUNKT PIERWSZY:

„Z Bronkiem Geremkiem siedziałem w jednej ławce szkolnej”

No cóż B.G. nastał nam wówczas jako minister Spraw Zagranicznych. Ważny gość. Z dobrymi kontaktami w Stanach Zjednoczonych. Mówił dość cienkim głosikiem i dlatego, gdy przemawiał lub udzielał wywiadu, rozwlekał sylaby. Był to sprytny, techniczny pomysł. Nie wiem, czy profesor sam to wymyślił, czy doradził mu logopeda. Fakt, że negocjatora porozumień sierpniowych ze Stoczni Gdańskiej słuchaliśmy uważnie. Był najmądrzejszym z ekipy rządowej, która nadeszła. To on miał być premierem. Jeszcze w nocy przed decydującymi obradami Krajowej Komisji Koordynacyjnej Solidarności zażądał ode mnie (a byłem szefem telewizyjnego Studia Solidarność, właśnie wtedy, przed wyborami 4 czerwca 1989r.) dwóch kamer, żeby zarejestrować głosowanie. Wywiązałem się. Ale i tak nie wpuszczono nas na salę. Długo to nie trwało. Najpierw wyskoczył wściekły historyk, znany z opisów średniowiecznego Paryża. Potem chyłkiem pobiegł do windy Wałęsa z kierowcą – ochroniarzem „Złotówą” (nie było jeszcze przy wodzu Wachowskiego). Wreszcie dostojnym krokiem wymaszerował z sali, już jako premier, Tadeusz Mazowiecki (premier – bo wówczas to KKK decydowała). Przejęty został natychmiast przez Helenę Łuczywo, zastępczynię Adama Michnika.

Tak było. Profesor Bronisław Geremek – mimo że go wykolegowali na wstępie – to był naprawdę ważny gość.

Ambroziewicz opowiadał, że w czasie trwania studiów, a i potem pan Bronisław był z młodymi bojowymi dziennikarzami w jednej sportowej paczce. Regularnie grali w siatkówkę. Ale po pewnym czasie te znajomości ustały. Geremek poszedł w profesory i pracę w organizacji partyjnej. Ciekawe, że lata mijają, a jakoś nie możemy się doczekać porządnych, uczciwych biografii nie tylko zresztą o profesorze, ale i o wielu innych. Ot, choćby wyjaśniających gwałtowne odejścia z życia niektórych panów. A to w końcu już mija ćwierć wieku.

PUNKT DRUGI:

 „Z Janem Olszewskim pisałem artykuły w <Po prostu>”

Nie tylko. Pisali też ponoć wspólnie o Powstaniu Warszawskim, w czasie którego na warszawskiej ulicy zginęła matka Ambroziewicza, a  ojciec i dwaj bracia byli zaangażowani bojowo.

W telewizyjnej redakcji był wśród nas starszy od Bossa jego krewny. Opowiadał o rodzinie żyjącej w trudnych warunkach na warszawskim Marymoncie. Mówił też o Powstaniu Warszawskim. Słuchaliśmy z zapartym tchem. Pamiętam, że kuzyn mówił o listonoszowaniu młodego. Ambroziewicza już o to nie zapytam, podobnie jak i Eugeniusza Pacha - przyjaciela Pana Jerzego, który sam wtedy został ciężko ranny, postrzelony serią karabinową.

W książce Aleksandra Rowińskiego (też przyjaciela J.A.) wydanej w roku 2000 przez Oficynę Literatów „RÓJ” pt. „Zawód reporter: Ambroziewicz” jest zdjęcie harcerza w czapce z lilijką, ale to już z 1947 roku.

Ludzie odchodzą. Pozostają po nich szczątki wypowiedzi. Od czasu do czasu mówi się, że trzeba – dla potomności – nagrywać rozmowy, wywiady, ale długie i wyczerpujące. Niestety reporterzy z kamerami i „sitkami” (chodzi o mikrofony) biegają obalając się niemal za tzw. „politykami”, którzy niewiele mają do powiedzenia, więc klepią na okrągło komunały.

Właśnie zmarł wspaniały człowiek Jan Olszewski. Teraz podłączają się pod niego różni. Wolelibyśmy słuchać premiera, którego usunięto w wyniku zmowy wystraszonych elit. Telewizja ma dużo nagrań. Ale dużo w tym szmelcu.

Jan Olszewski był wysoki. Podobnie jak i Ambroziewicz. Chyba nieźle im się gadało. Może podsłuchały i nagrały to służby. W końcu one były zawsze, są i będą. Jeśli istnieją takowe nagrania – założę się – że nie ma tam mowy o ośmiorniczkach. Po prostu.

PUNKT TRZECI:

Z Maciejem Szczepańskim spotykałem się codziennie przez 8 lat w TV, byłem też przez trzy godziny w sądzie na jego pokazowym procesie”.

Podobno prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Ale gdy idioci wmawiali ludziom, że „krwawy Maciej” trzymał konia na jachcie „POGORIA” – Ambroziewicz mógł najwyżej smutno przysłuchiwać się w sądzie bezkompromisowym i „odważnym” niezwykle przedstawicielom palestry. Jaruzelski zglajszaltował odpowiedzialność wszystkich swoich przeciwników: internowany Gierek jęczał z powodu bólu kręgosłupa na drzwiach wyjętych z zawiasów przez Szydlaka, Wałęsa specjalnie tuczony był w Arłamowie, a pomocnicy - właśnie Maciej Szczepański i pomocnik pomocnika Jerzy Ambroziewicz wyrzuceni zostali z pracy z hukiem.

Jaruzelski nienawidził Ambroziewicza szczególnie. Być może pamiętał mu, że redaktor rzeczywiście podlizywał się do I-go sekretarza KC w sposób dość bezczelny, a nawet groteskowy. Pamiętam jak Karol Małcużyński (wówczas idol niezależnie myślących, który odmówił występów przed kamerą TVP w czasie naszego napadu na Czechosłowację) z oburzeniem opowiadał, że Ambroziewicz na spędzie naczelnych w KC mówił bez żenady: „towarzyszu sekretarzu powinniście częściej występować w telewizji, bo naród chce was słuchać”.

No tak. Tak niestety było. Potem mówimy, że to „dla sprawy”, że trzeba się podlizać, by coś ważnego przeprowadzić. CZY TERAZ NIE JEST PODOBNIE? To tylko kwestia, czy koledzy są przy władzy, czy w opozycji.

Nas, maluczkich na dole hierarchii redakcyjnej nie obchodził Szczepański. Panisko siedziało na „olimpie” TVP na IX piętrze. Stamtąd wszystko spływało, ale było filtrowane przez naczelnych. Ambroziewicz dobrał sobie ludzi zdolnych. Zawodowców. Ludzi z pasją, wierzących. Nie zawsze w Pana Boga, ale w tzw. sprawiedliwość społeczną. Dla ludzi biednych to nie jest bzdura. Stąd też programy nawołujące społeczeństwo do aktywności. Zarobki były nędzne, a partia rządziła niepodzielnie. I to za pomocą agentury – w której ponoć zamieszanych było aż 50 proc. ludzi mediów, artystów i wszelkich innych wątpiących czy da się pozbyć zasady: „ze Związkiem Radzieckim na czele”. Przepoczwarzało się to wszystko. Od zrywu do zrywu. Ale wówczas nie oddawano za darmo obcym fabryk, nie zatapiano floty handlowej i nie zasypywano kopalń. 3,5 miliona wykształconych za nasze – społeczeństwa – pieniądze nie wyemigrowało za chlebem.  

Było jak było. Ludzie uczciwi starali się jak mogli. Odważni podejmowali różnorakie formy sprzeciwu, szli do więzień. Jedni żyli nadzieją, inni już nie. Po grudniu 1970 hasło POMOŻECIE przez pewien czas przyciągało. Być może naiwnych.

PUNKT CZWARTY:

„Ze Stanisławem Kanią spierałem się w jego gabinecie”

I chyba tak było. W końcu to Kania sprzeciwił się stanowi wojennemu. A potem i tak wiele godzin spędził na ławie oskarżonych w sądach. Przypomnijmy też, że wcześniej Stanisławowi Kani poświęcono następujący wierszyk – zagadkę:

- Kania? Czy to grzybek, czy to ptaszek?

- Nie! To nowy złodziejaszek.

Ale nie słyszałem, by ten Pan miał konto w „raju podatkowym”, rezydencję na Florydzie lub choćby basenik jaki taki w ogródku.

Ambroziewicz był dopuszczony do medialnej władzy. Znali go ludzie czytający książki i periodyki. Był uznanym reportażystą. Dał się zamknąć w zakażonym mieście, by napisać o zarazie. Popełnił dziesiątki tekstów, które czytano. Prowadził wywiady i ludzie do niego przychodzili. Grał namiętnie w tenisa z Hopferem, Walterem i Wierzyńskim. Lubił operę i miał niezłą kolekcję płyt w swoi mieszkaniu na 6 piętrze, na Ursynowie. Słuchałem tam kiedyś rozmowy szefa z krytykiem muzycznym. Była fachowa.

O Stanisławie Kani mało kto dziś pamięta. Ale kto wkrótce będzie pamiętał o Bieleckim, Belce, Pawlaku czy Marcinkiewiczu? Może Ewa Kopacz pobędzie w ludzkich głowach dłużej – ale to dzięki jej skandalicznym wypowiedziom, jak ta kłamliwa o przekopywaniu lotniska w Smoleńsku.

Świństw Ambroziewicz nie ma na koncie. Zauroczenie Gierkiem można jakoś tam wytłumaczyć. Ale potem już poszedł w… kapitalizm. Pomógł mu w tym rajdowiec-biznesmen Sobiesław Zasada. Redaktor zresztą nie miał wyjścia. Reklamował i pomagał sprzedawać niemieckie samochody. Tyle, że ładnie się nazywające – MERCEDES. Ale – jak to u kapitalistów bywa – łaska pańska była krótkotrwała. Właściciel firmy uznał, że lepszy dla niego będzie inny kolega z naszej branży – Karol Szyndzielorz. Rzeczywiście jest to omnibus. Ma dużą głowę, nieźle umeblowaną. Zasada zwolnił nagle Ambroziewicza przyjął na jego miejsce Pana Karola, który bardzo dobrze zna się na przemyśle zbrojeniowym. Jak było dalej, nie wiem. Pamiętam tylko, że byłem wkrótce po tych wydarzeniach na pogrzebie Redaktora Jerzego Ambroziewicza stojąc obok Oli Jakubowskiej, która była wówczas telewizyjną gwiazdą lewicy, a dziś po perypetiach redaktorki próbują ją reanimować bliźniacy Karnowscy.

PUNKT PIĄTY:

„Z Papieżem, Janem Pawłem II, oglądałem film w kinie watykańskim, przez wiele lat filmowałem Ojca Świętego wraz z jego gośćmi z Polski w bibliotece Pałacu Apostolskiego.”

Ambroziewicz był korespondentem Telewizji Polskiej w Rzymie. To była oczywiście wspaniała nagroda dla dziennikarza. Być może władza coś tam kombinowała? Ale może jednak ktoś, gdzieś tam zrozumiał, że w Rzymie powinien być naprawdę dobry dziennikarz. I tak się stało. Dowodem może być życzliwe przyjęcie redaktora przez watykańskich najpierw urzędników, a potem dostojników. Wywiady Ambroziewicza były ciekawe. Nie uprawiał polityki. Relacjonował. I tak się stało, że to on w godzinach grozy i wielkiego smutku relacjonował przebieg wypadków po zamachu na Jana Pawła II. Cała Polska tego słuchała – oczywiście z wielkim bólem, ale dzięki tym właśnie relacjom dobrego korespondenta wiedzieliśmy i widzieliśmy co się działo w Rzymie.

A teraz sobie uczciwie powiedzmy: czy mamy obecnie kogoś takiego w Rzymie, Londynie, Paryżu i Berlinie? ”Nasi”, „wasi”! Dlaczego nie wypełniają obecnie kryterium zawodowstwa?

Dzięki Ambroziewiczowi i jego kontaktom w Watykanie przyjmowali Polaków-dziennikarzy dostojnicy kościelni. Wielu skorzystało. Powinni koledzy o tym pamiętać. Zostały zdjęcia w książkach wspomnieniowych. Warto wnikliwie tym zdjęciom się przyglądać. To byli – są nasi koledzy. Historia dziennikarstwa polskiego.

Czasem jeden o drugim mówi źle lub nawet bardzo źle. – To czub – słyszę. Ambroziewicz też miał swoje antypatie. Nie będę o nich pisał. Ale wystarczy przejrzeć wybrane do książek zdjęcia. Jest na nich wielu. Ale wielu – zdawałoby się ważnych – nie ma.

Przystojniaczki na ilustracjach zawsze dobrze robią książce. Choć ładny to nie zawsze mądry. Z-ca Szczepańskiego zorganizował w TVP zastęp asystentek. Były ponoć przydatne – dbały o gości, przeprowadzały ich przez długie korytarze…

W publicystyce TVP, którą „Ambroży” kierował, nie zatrudniano takich panienek.

U ładnych głupoty nie widać.

Zdarzyło się – pamiętam - przekroczenie norm obyczajowych. W czasie programu Bank Miast budowanego na zasadzie rywalizacji między mieszkańcami uczestniczącymi w konkursie. Jedna z koleżanek (bardzo ładna zresztą) poddała się emocjom rywalizacji i przez telefon nakrzyczała do studia w Warszawie uważając, że zgromadzeni tam jurorzy są niesprawiedliwi. Sprawa nabrzmiała. I dziewczynę chciano zwolnić z pracy. Ambroziewicz był zagranicą. Sprawę przejęli jego zastępcy. Byli surowi, choć jak wieść gminna niosła niektórzy z nich wykorzystując swoją pozycję w redakcji zabiegali o względy ładnej a głupiej. Wdał się w to wszystko czynnik społeczny (przedstawiciel SDP, mówiąc wprost to byłem ja, przewodniczący koła). Ale niewiele sam bym wskórał. Poprosiłem o pomoc Matkę Polkę Telewizji Polskiej Halinę Miroszową. Kobietę mądrą i życzliwą. Pomogła. Poszliśmy do Ambroziewicza i powiedzieliśmy o wszystkim, w tym również  jak zachowują się jego zastępcy. Drapał się długo w łysą głowę, bo nieporęcznie było mu decyzję swoich prawych rąk zmieniać. Zwlekał, zwlekał i jak to zwykle bywa sprawa przygasła, a Halinka podjęła się opieki wychowawczej nad naszą blondynką.

PUNKT SZÓSTY:

„Do Pana Boga zbliżyłem się najbardziej podczas dokumentowania konfliktów parafialnych do książki <Plebania na wulkanie>”

Ojcze nasz, który jesteś w niebie, dlaczego tak długo byłem bez Ciebie? – zastanawiają się niektórzy. Czy tak było z Ambroziewiczem? Niech to osądzą wyżej. Mówi się też, że jak trwoga – to do Boga. I to chyba nie jest wyłącznie naganne. Człowiek jest w gruncie rzeczy słaby i podatny na bezkompromisowe ułatwianie sobie życia.

Był czas, gdy Ambroziewicz pracował w piśmie uprawiającym „naukową” agitację antykościelną. W „Argumentach”. Ale chyba nie wysilał się zbytnio, bo odszedł, czy też – jak słyszałem – pozbyli się go. Do wojowania z Panem Bogiem trzeba mieć specjalne predyspozycje. Trzeba odrzucić całą wiedzę o tym, czym w naszych dziejach był Kościół katolicki. Trzeba być ślepym na piękno wiekowej kultury sakralnej. Trzeba nie zważać na wielki trud w niesieniu pomocy przez siostry zakonne i misjonarzy.

Dobry i wrażliwy człowiek tego nie zrobi, a Pan Jerzy był dobrym i mądrym człowiekiem. Myślę, że dobrze wybrał zawód i starał się go wykonywać jak najlepiej. A pisał o tej pracy tak: „Dawno już doszedłem do wniosku, że reporter powinien bronić tam, gdzie oskarżają i oskarżać gdzie bronią. W tym moralnym nakazie mieści się zarazem prosta metoda wydobywania treści z wnętrza, podnoszenia ich z samego dna, jak robi to sztormowe morze”.

Cytat ten pochodzi z książki pt. „Nic Darmo”. Warto do książek, reportaży Jerzego Ambroziewicza wracać. Trochę się zachłystnęliśmy nie wiadomo czym. W dobie SMS-ów i e-maili warto poczytać.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl