Co jest ważniejsze: polityczna poprawność, walka z dyskryminacją i mową nienawiści czy wolność słowa? Jakie zagrożenia niosą dezinformacja i jak z nią walczyć? Takie tematy dominowały podczas pierwszego dnia międzynarodowej Debaty Dziennikarzy „Wolność (słowa) kocham i rozumiem”.

Dwudniową konferencję odbywającą się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie zorganizowały Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Fundacja Solidarności Dziennikarskiej przy wsparciu Polskiej Fundacji Narodowej. Bierze w niej udział kilkudziesięciu dziennikarzy m.in. z USA, Francji, Rumunii, Chorwacji, Estonii, Litwy, Węgier.

- Tytuł konferencji mówi o wolności, ale nieprzypadkowo użyliśmy w nim także słowa kocham. Uważamy, że bez miłości nie będziemy dbać o wolność. Ci, którzy żyli w systemie totalitarnym wiedzą, że za wolność słowa można było stracić życie. Miłość ma chronić wolność słowa – mówił Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podczas rozpoczęcia konferencji.

Dodał, że druga część tytułu „rozumiem” nawiązuje do tego, ze dziś pojawiają się nieporozumienia czym jest wolność słowa.  - Nie będziemy chcieli jej zdefiniować, ale zastanowić się jakie są zagrożenia dla wolności słowa – powiedział prezes SDP.

Wicepremier, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotr Gliński, witając uczestników konferencji, podkreślił, że wolność słowa jest od wieków elementem polskiej tożsamości. Przypomniał historię „Solidarności”, która się zrodziła jako ruch protestu przeciwko zniewoleniu komunistycznemu.

- Nie posiadając nic, poza wiarą w wolność, można wiele zmienić. Wystarczy mieć ducha wolności – zauważył wicepremier.

Opowiadał o tym jak doszło do przemian 1989 r. Zauważył, że porozumienie Okrągłego Stołu, początkowo oceniane jako dobre, bo doprowadziło do bezkrwawej transformacji, szybko ujawniło swoją skazę. – Transformacja odbyła się bez rozliczenia poprzedniego systemu, bez dekomunizacji, bez lustracji. Nie mogło to prowadzić w pełni do rozwiązań wolnościowych – mówił Piotr Gliński.

Jego zdaniem, ta skaza polskiej transformacji wpłynęła na ład medialny. Ukształtowało go bowiem uwłaszczenie się nomenklatury, dominacja mediów liberalno-lewicowych oraz duży udział kapitału zagranicznego. – Oczywiście, obecność kapitału zagranicznego, to nic złego, ale w większości krajów jest to regulowane. Ale my nie możemy tego zrobić, bo wszelkie próby spotykają się z presją zagraniczną – zauważył wicepremier Gliński.

Podkreślił, że po 2015 r w polskich mediach jest większy pluralizm, przedtem bowiem panował w nich monopol jednej opcji politycznej.

Wprowadzając do tematyki debaty, Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Do Rzeczy”, zauważył, że w latach 80. Zachód dla Polaków był symbolem wolności.  – U nas była wolność, ale socjalistyczna, była demokracja, ale socjalistyczna. Ten przymiotnik zmieniał sens pojęcia. Tym czego pragnęliśmy wtedy, to była wolność bez przymiotnikowa – mówił.

Teraz jednak, jego zdaniem, Zachód zaczął odchodzić od wolności słowa. Nie można tam już bezkarnie głosić tez, które innym się nie podobają, spierać się. Dochodzi już do takich sytuacji, które miały miejsce w systemach totalitarnych.  - Spiker brytyjskiego parlamentu powiedział, że obrona praw homoseksualistów jest ważniejsza niż wolność słowa. Sąd Najwyższy Kanady uznał, że prawa homoseksualistów, są ważniejsze niż prawo do ich krytyki. Możecie krytykować, ale słusznie krytykować. To jest to co znał każdy, kto żył w kraju socjalistycznym – podawał przykłady naczelny „Do Rzeczy”.

Jego zdaniem obecnie głównym zadaniem dla mediów w Polsce i na świecie to jasne określenie, że wolność słowa jest ważniejsze niż walka z dyskryminacją i mową nienawiści. -  Jeżeli media tego nie zrobią, to skończą tam gdzie media komunistyczne, które funkcjonowały, miały swoich czytelników, głosiły jedną słuszną prawdę, ale były skrajnie nieautentyczne, nieprawdziwe,  nie służyły budowie wolności, tylko służyły budowie tyranii – zauważył Paweł Lisicki.

Prowadzący pierwszą sesję konferencji pt. „Destrukcja języka”, publicysta Bronisław Wildstein, zauważył, że polityczna poprawność to dziś wielki system cenzury. - W zeszłym roku MSZ Dani wystąpiło do komitetu praw człowieka ONZ, aby w dokumentach tej organizacji nie używał słów „kobieta w ciąży”, ponieważ dotykają one osoby  transgenderowe – mówił.  

Jego zdaniem próba politycznego, destrukcyjnego zawłaszczenia języka jest pierwszym krokiem do budowy nowego totalitarnego porządku.

Anca Maria Cernea, dziennikarka z Rumunii, zauważyła, że główną intencją nowomowy w komunizmie nie był opis rzeczywistości, tylko pokazanie władzy.  - Teraz mamy podobne zjawiska,  słowa homofobia, islamofobia, to nie jest opis rzeczywistości, tylko narzędzia, które mają nas ograniczać. Nowomowa nie tylko nie opisuje, ale pogłębia też podziały – stwierdziła.

- Nie można mówić o islamie, o integracji, o chrześcijańskich korzeniach Europy. A jeżeli nie możemy mówić o czymś, to jak mamy się komunikować? – pytał Krešimir Čokolić z chorwackiej HTV.

Estoński dziennikarz Ago Gaškov przyznał, że nie możemy pozwolić, aby polityczna poprawność zabiła wolność słowa, ale stwierdził, że w jego kraju jeszcze się nie odczuwa tego zagrożenia.

Podczas dyskusji, Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP, stwierdziła że dziennikarze w krajach postkomunistycznych, mają jakby „szczepionkę”, dzięki której mogą wyczuć, że coś jest nie tak z wolnością. Rację przyznała jej Anca Maria Cernea. - Wiele osób myśli, ze Putin jest ostoją wartości. My zaś nie mamy co do tego złudzeń jak jest naprawdę – zauważyła.

Temat Rosji powrócił podczas kolejnej sesji pt.  „Manipulacja i dezinformacja”. Na początku prowadzący dyskusję Ricardo Gutiérrez, sekretarz generalny Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EJF) z Belgii postulował, aby zamiast słów „fake news” używać określenia dezinformacja. - Pojęcia fake news używają osoby oskarżające media, wykorzystują go politycy, aby osłabić media – twierdził.

Nie zgodził się z tym Paweł Bobołowicz z Radia Wnet. – To jest podejście Zachodu. Ale czym innym jest fake news, a czym innym dezinformacja. Dezinformacja to celowy proces, nie tylko jedna, nieprawdziwa informacji. Za dezinformacją nie mogą stać pojedynczy dziennikarze, tylko o wiele więksi gracze – mówił.

Jego zdaniem największym ośrodkiem dezinformacji jest obecnie putinowska Rosja, a najpoważniejszym jej efektem wojna na Ukrainie. Dodał, że Zachód nie ma dobrej odpowiedzi na takie działania.  - Rosja nie ukrywa, że prowadzi wojnę informacyjną. A my próbujemy się przed tym bronić plastikowymi mieczami i tarczami – zauważył Bobołowicz.

O metodach walki z dezinformacją opowiadała Ieva Pałasz z Akademii Sztuki Wojennej. System bezpieczeństwa informacyjnego należy tworzyć wokół dwóch pojęć: odstraszania i budowania odporności. - Pozytywnych przykładów szukałabym w państwach bałtyckich – mówiła. Na Łotwie wolontariusze z Ligi Obrony stworzyli portal, na którym pokazują przykłady dezinformacji, oraz narzędzie analityczne do skanowania rosyjskich mediów. Na Litwie powstał oddolny ruch tzw. elfów, którzy walczą z trollami, reagują na nieprawdziwe informacje, a także tłumaczą jak reagować na zaczepki typu: „a za sowietów było lepiej”.

- Jest też wsparcie tych działań ze stronu aparatu państwowego, organizowane są szkolenia jak rozpoznawać zagrożenia informacyjne. Specjaliści nie siedzą na uczelniach, tylko jeżdżą po wiejskich bibliotekach i tłumaczą – mówiła Ieva Pałasz.    

 Erping Zhang z Global International Studies z USA jak przykład kolejnego państwa prowadzącego wojnę informacyjną podał Chiny. – Istnieje tam pełna kontrola wszystkiego co się ukazuje w Internecie. Właściwie jest to intranet, sieć wewnętrzna, zamknięta na świat.  W mediach społecznościowych dwa miliony osób piszącą pod fałszywymi tożsamościami. Płaci się im 50 centów za post, który ma ukierunkować opinię publiczną w stronę przychylną władzy. Produkują oni 40 mln postów – wyliczał.

O tematach tabu, których unikają media, dyskutowano podczas trzeciej sesji. Prowadzący debatę Claude Chollet z Observatoire du journalisme z Francja, przyznał, że w jego kraju są nimi:  imigracja, islam, poczucie bezpieczeństwa. - W mainstreamowych media trudno jest poruszać te tematy w sposób negatywny – stwierdził.

Co ciekawe zaznaczył, że takie „wiadomości widma”, czyli fakty które są ukrywane, nie wynikają z interwencji państwa, tylko są wynikiem autocenzury dziennikarzy.

Wojciech Surmacz, prezes Polskiej Agencji Prasowej, jako przykład tematu tabu podał sprawę restytucji mienia należącego kiedyś do gmin żydowskich, którą zajmował się, gdy był dziennikarzem magazynu „Forbes”. Poruszenie tego zagadnienia wywołało ogólnoświatową burzę.

Aleksandra Rybińska, publicystyka tygodnika „Sieci” i portalu wPolsce.pl, opowiadała, że po publikacji artykułu o wydarzeniach sylwestrowych w Kolonii otrzymała setki maili z całego świata, także z pogróżkami.  – Tylko dwa z nich były od muzułmanów. Większość stanowili ludzi o lewicowych poglądach, którzy poczuwali się w obowiązku, aby mi przypomnieć, że o pewnych rzeczach się nie pisze. Nazywam ich strażnikami doktryny – opowiadała Aleksandra Rybińska.

Zauważyła, że to istnienie tematów tabu doprowadziło do powstania partii populistycznych, ponieważ zamknęliśmy się na debatę.  – A te tematy powracają jak bumerang – stwierdziła i jako przykład podała powstanie we Francji ruchu „żółtych kamizelek”, który był m.in. odpowiedzią na brak zainteresowanie problemami zwykłych ludzi.

Rosyjski dziennikarz Alexander Podrabinek opowiadał, że w jego kraju istnieje wiele przepisów prawnych, które ograniczają wolność słowa. Jeżeli np. publicznie stwierdzi się, że Krym powinien wrócić do Ukrainy, można trafić na pięć lat do więzienia za nawoływanie do separatyzmu. Za kratkami możemy się znaleźć także np. za zamieszczenie w mediach społecznościowych karykatury policjanta.

- Trzeba wiedzieć, że kiedy na Zachodzie obniżane są standardy wolności słowa o centymetr, to w państwach totalitarnych o metr. A dyktatorzy mówią: „przecież oni też ograniczają” – zauważył.

O tym, że sprawa wolności mediów wygląda inaczej, w rożnych krajach mówiono podczas ostatniej sesja pierwszego dnia konferencji.  Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, opowiedziała o projekcie podróży studyjnych do krajów Trójmorza, podczas których rozmawiano z dziennikarzami i zbierano informacje o sytuacji mediów w poszczególnych państwach. – Chcieliśmy ją poznać i opisać.  Często wiedzę na ten temat czerpiemy z raportów takich organizacji jak Reporterzy bez Granic czy Freedom House. My, jako SDP, je kwestionujemy, ponieważ naszym zdaniem nie przedstawiają rzeczywistej sytuacji mediów w Polsce.  Stąd pomysł naszych wyjazdów, aby bezpośrednio, podczas rozmów przekonać się jak wygląda sytuacja w innych krajach – tłumaczyła Jolanta Hajdasz. Dodała, że z tych podróży, z których powstanie jeszcze szersze opracowanie, wynika, iż problemy z wolnością słowa w różnych krajach są inaczej definiowane.  W Słowenii dziennikarze narzekają na naciski ekonomiczne, na Węgrzech na koncentrację mediów wokół rządu, a  Czesi żartują, że u nich wolność polega na tym, że mogą wybierać dla jakiego oligarchy chcą pracować.

Goran Andrijanić, dziennikarz z Chorwacji stwierdził, że w jego kraju problemem jest niewielka liczba mediów konserwatywnych. Podobne spostrzeżenia miał George Daniel Rîpă z Rumunii. – Media są prozachodnie, ale wartości europejskie identyfikują z wartościami LGBT, poglądami anty Trumpowymi. Robimy kopiuj - wklej z maszynerii liberalnej zachodu – stwierdził.

Balazs Bende z węgierskiej MTVA opowiedział, że z jego kraju po 2010 r. wycofali się z mediów inwestorzy zagraniczni. - To był początek ery, w której krajowe, konserwatywne ośrodki zaczęły kupować udziały w mediach. Ale to była transakcja biznesowa. Teraz mamy rynek medialny zdominowany przez podmioty krajowe, co moim zdaniem jest zdrowe – przyznał.    

Wojciech Pokora szef oddziału lubelskiego SDP, który uczestniczył w podróży studyjnej do Czech, przestrzegał jednak przed bezmyślnym kopiowaniem  wzorców z innych krajów.

- Nie istnieje uniwersalny przepis na wolność słowa, który sprawdzi się we wszystkich krajach. My toczymy debatę o nacjonalizacji mediów, a w Czechach to nastąpiło. Okazało się, że skutek jest dokładnie odwrotny, dziennikarze teraz mówią, że w mediach należących do zagranicznych właścicieli czuli się bezpieczniej. Teraz pojawili się oligarchowie, a rynek reklamowy jest upolityczniony – zauważył.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl