O tym, że "najpierw Bach, a potem Pach" słyszało się w latach siedemdziesiątych wśród telewidzów. Odbiorcami telewizji byli wtedy niemal wszyscy w Polsce. 

Nie piszę Telewizji Polskiej, bo tylko taka – potężna i powszechna była. Najpierw tylko jeden kanał, potem drugi – z najpopularniejszym „Studiem 2”. Równie popularne były wówczas programy - konkursy „Banki Miast”.

Fot. TVP

Eugeniusz Pach był niezależny (na ile w ogóle można było takim być) i samotny. Nie pisał artykułów, tylko występował w telewizji. Ale popularność miał ogromną. Moja żona oglądając dziś jego zdjęcia, które leżą na stole, gdy piszę to co teraz piszę, mówi:

- Piękny mężczyzna, w Stanach byłby gwiazdą.

A ja pamiętam jak szedł korytarzem bloku F przy Woronicza, gdzie mieściła się publicystyka TVP, że nie był to chód sprężysty. Raczej spowolniony. Tak jak redaktor, trochę ospały, wolno mówiący. Był jednym z szefów redakcji, gdy zaczynałem pracować w telewizji w listopadzie 1972 roku.

Mój kolega, a potem i przyjaciel, Marian Bekajło, doświadczony i bardzo zdolny reporter i scenarzysta, nonkonformista, trochę leniwy, ale dziennikarz z krwi i kości, który wszystko wiedział (w tym wiele od pań) powiedział mi, że „Gienio” ranny był w czasie Powstania Warszawskiego. To była seria z automatu, która przeszyła w pół młodego chłopaka. O kłopotach ze zdrowiem w okresie powojennym opowiedział mi również anglista z Uniwersytetu Warszawskiego, szanowny wielce dżentelmen Pan Bronisław Kopczyński. Wierzyłem mu, bo był to żołnierz września, który spędził okupację w oflagu niemieckim, potem był w Anglii, ale wrócił do kraju. Tym bardziej wierzyłem, że Pan Kopczyński pamiętał mojego ojca, z którym byli razem w Podchorążówce Warszawskiej w jednym plutonie. Ganiano ich wówczas, rekrutów, porankami po murku okalającym do dziś teren obecnego URM-u od strony ulicy Bagateli.

Pan Kopczyński powiedział mi, że zgłosił się do niego w biurze przemysłu cukierniczego szukający pracy młody człowiek. Student historii sztuki. Był w kurtce wojskowej. Jasne, że kombatant nie pytał Pacha skąd przychodzi, ale przyjął go do pracy.

Po szczegóły z bardzo bogatego życia redaktora Eugeniusza Pacha odsyłam do internetu. Polecam też film dokumentalny Łucji Klimas o naszym wspólnym szefie. Wiem, że film aprobowany był przez bohatera. Ja napiszę tu tylko to, czego sam byłem świadkiem.

Mam dług wdzięczności. Gdy przyjęto mnie do pracy w telewizji, byłem już – zdawało mi się - bardzo dojrzałym redaktorem, znałem dobrze angielski, niemiecki, francuski, wysyłano mnie za granicę nawet jako korespondenta wojennego. Walczyłem w sądach o swoją prawdę. A jednak „telewizorki”, zarozumiałe jak i dziś lekceważyły na początku prasowego dziennikarza. To „Gienio” dał mi szansę w programach „Banki Miast”, turniejach transmitowanych na żywo z całej Polski jak długa i szeroka. Raz na miesiąc miasteczko „X” walczyło z miasteczkiem „Y”. Bezpardonowo rywalizując na wizji w różnych wymyślnych konkurencjach od bojów między drużynami ochotniczych straży pożarnych, po ściganie się w przeganianiu i ładowaniu do samochodów wielkich byków. Mieszkańcy licytowali się na dokonane czyny społeczne. Młodzież walczyła sportowo i muzycznie.

Turnieje objęły kilkadziesiąt miast w Polsce (według kolejności programów jak to pamiętam): Ciechanowiec – Siemiatycze, Głuchołazy – Kowary, Mława – Lidzbark Warmiński, Stary Sącz- Nowy Tomyśl, Kamień Pomorski – Tuchola, Olesno – Pleszew, Busko Zdrój, Człuchów, Sztum, Głogówek, Goleniów. Były też przedbiegi przed zasadniczym konkursem, w których startowały między innymi Międzyrzecz, Szydłowiec, Poniatowa i Koluszki. Mieliśmy także robić turnieje PGR-ów, ale jakoś do tego nie doszło.

W studio warszawskim dyrygował wszystkim Nadredaktor Pach. Punktowali miasta Dziedzicowa, Ambroziewicz, różne gwiazdy estrady i sportu, no i oczywiście politycy – mądrzy i mądrzy inaczej.

Redaktor Pach był królem wizji i fonii. Pięknym, niskim głosem z jeszcze wspanialszą dykcją, w której słychać było każdą literkę, prowadził program dowcipnie i po ojcowsku. Szanował tych z terenu, a nas beształ i poganiał. Ale dobrze płacono za te programy i nikt się nie obrażał. Raz tylko moim zdaniem Pan „Gienio” się nie popisał. Było to w czasie konkursu między Mławą a Lidzbarkiem. Przeżyłem to okropnie. Byłem odpowiedzialny za Mławę i miasteczko tuż przed zakończeniem programu prowadziło punktowo, ale redaktor Pach uznał, iż trzeba dopieścić tak zwane Ziemie Odzyskane, czyli Warmię i w ostatniej chwili, gdy było w studio głosowanie naczelników różnych miast, uczestników poprzednich programów, przydzielił im nagle nie po pięćdziesiąt, ale po sto punktów. A przed głosowaniem przekonał, że mają poprzeć Lidzbark Warmiński. Szef podał w ostatniej minucie wynik, Lidzbark wygrał z Maławą, a ja zostałem sam osłupiały na podeście z mikrofonem w ręku wśród dwudziestotysięcznej rzeszy mieszkańców Mławy. Zamarli z zaskoczenia, a potem rozpoczął się straszny wrzask i protest. Ale werdyktu  nie cofnięto. Chciałem wówczas to wszystko rzucić w cholerę, ale tego nie zrobiłem.

Tak z nami reporterami czasem bywało. My – tam w miastach – to Halina Miroszowa, Ryszard Bójko, Andrzej Skarżyński, Marek Grot, Teresa Grabowska, wspomniana już Łucja Klimas, Stanisław Mazurkiewicz, Ciechan (czas płynie, niestety zapomniałem imienia kolegi); a także reżyserzy – Teresa Krzyżanowska, Bogdan Kryspin, Wojciech Wilanowski, scenografowie – Marek Karwacki, Jerzy Huk, kierownicy produkcji – Tomasz Polaski, Alicja Markowicz. Wszyscy wychodziliśmy ze skóry by „nasze” miasto wygrało. Zapraszaliśmy najpopularniejszych aktorów teatru, filmu i estrady – byli między innymi Hanka Bielicka, Józef Nowak (wspaniały, a dziś zapomniany), Daniel Olbrychski, Maryla Rodowicz, Wanda Polańska, Bernard Ładysz, profesor Stefan Kamasa – najwybitniejszy polski altowiolista. W „Bankach Miast” brały udział wybitne zespoły muzyczne, duże i małe. Między innymi bardzo popularny zespół cygański „Terno” prowadzony przez Edwarda Dębickiego, kompozytora i wirtuoza akordeonu.

Oj łza się w oku kręci i należałoby wspomnieć wielu innych.

Wróćmy do naszego mistrza ceremonii „Banku Miast”. Eugeniusz Pach swoją telewizyjną pracę też rozpoczął od konkursu. W szranki przed wielu laty stanęło dziesiątki chętnych. Wygrała Irena Dziedzic, Jan Suzin i właśnie Eugeniusz Pach. Wedy jednak jurorzy mieli dobre oko i ucho. Potwierdziły to dziesiątki lat kariery wymienionej trójki.

Pach od zawsze zafascynowany był motoryzacją. Bo i wtedy był czas motorowych sukcesów Polski: Polski Fiat, duży i mały, wreszcie Polonez. Dziś wypasieni oligarchowie w importowanych jeszcze bardziej wypasionych brykach uśmiechają się na te słowa z politowaniem. A przecież jeszcze przed wojną, rodzime moto sokoły zbudowały wspaniały motocykl, potem prawdziwi junacy „Junaka”. Wreszcie mieliśmy FSO i „małolitrażową”, ale bardzo ważną dla ludzi tęskniących za własnym samochodem Bielsko Białą. Dziś lekceważy się tamtych inżynierów i menadżerów. Zdejmuje się tabliczki uliczne z ich nazwiskami. Mądre narody tak nie robią. Może wnuki się ockną.

Pach spiknął się z Kubicą tamtych czasów – Sobiesławem Zasadą. Na ekranach pojawiły się moto-transmisje, bito rekordy na resztkach ocalałych z pożogi autostrad. Pięknie to wszystko rwało do przodu, ryczały silniki, piszczały z zachwytu panienki – ale nie byłoby to wszystko gorąco przyjmowane, gdyby nie talent sprawozdawczy i głos właśnie przede wszystkim Eugeniusza Pacha. Wspaniali byli chłopcy rajdowcy – fiatowcy, ale sam obraz byłby niewystarczający gdyby nie mądry i ekscytujący komentarz.

Wymyślał redaktor Gienio różne programy. Niestety jeden z nich był głupi, a nawet podły. Ten o Irenie Kirszenstein. Jakoby celowo zgubiła pałeczkę w biegu sztafetowym. Sama miała już medale i ponoć nie chciała, by dostały je koleżanki. Tak niestety powszechnie to odebrano. Pamiętam jak Wiech w „Ekspresie Wieczornym” napisał, by autor reportażyku puknął się w głowę. Człowiek niestety bywa czasami głupi, nawet bardzo. Ale dość o tym smutnym wydarzeniu. Niech w naszej pamięci Eugeniusz Pach zostanie jako żołnierz Powstania Warszawskiego, popularyzator motoryzacji, niezwykle lubiany dziennikarz telewizyjny, spiker, prowadzący programy publicystyczne.

Warto wspominać „Banki Miast” – to jego najważniejsze dzieło. Otwierały one naprawdę drogę prowincji na ogólnokrajowy ekran, aktywizowały ludzi w mniejszych i większych miasteczkach – do pracy za darmo. Rozumieli, że robią to dla siebie. Owszem, w prezydiach zasiadali mniej lub bardziej mądrzy bonzowie. No i co z tego? Jak świat światem zawsze są tacy co wepchną się wyżej. Zasłużenie lub zupełnie bez sensu i kompetencji. Bo kto nawet dziś pamięta wszystkich premierów ostatniego trzydziestolecia. Nie mówię już o ministrach i tłumie tych wszystkich wice. Ujeżdżających Polskę nie na Kasztance, ale bardzo często za szybko i nie wiadomo po co.

Bonzowie ówcześni przychodzili na „Banki Miast”. Dla Pana Gienia i dla konkurujących ze sobą społeczeństw przynosili nagrody. Dla redaktora dyplomy, a dla miast wspaniałe śmieciarki – wtedy nowość, spychacze i dźwigi. Miasto, jego mieszkańcy byli obdarowywani. Ale naprawdę to cieszyli się przede wszystkim dlatego, że ich nieznaną szerzej małą ojczyznę oglądała cała Polska. W czasie programów przemycanie były również pewne zdjęcia i ludzie. W Ciechanowcu w czasie transmisji z rynku w tle głównej trybuny przeszła banderia miejscowej parafii – chłopi na koniach z kościelnymi sztandarami procesyjnymi zorganizowani przez miejscowego proboszcza, powstańca warszawskiego. W Pińczowie reporter prowadzący - Wiesio Czubaszek - wspomniał i pokazał ruiny synagogi. Nie wiem co powiedziano Pachowi telefonicznie z Białego Domu, ale Wiesio pracy nie stracił. W Starym Sączu reporter w czasie objazdu terenu usłyszał, że przydrożna – wiekowa kapliczka ma być usunięta. Powiedział, żeby tego nie robiono i poprowadzono w końcu drogę kilka metrów dalej. Wtedy władza bardzo bała się, by w czasie transmisji na żywo ktoś „nie wyskoczył” i coś tam przeciwko władzy nie krzyknął. Jednak ludzie uczestniczący w programach autentycznie cieszyli się z tego, że są w telewizji. Głośnych protestów nie było ani milicji na planie. Ludzie zresztą reagują różnie, gdy podtyka się im sitko mikrofonu. Przede wszystkim chcą ładnie wypaść. Być może czasem było i za klawo. Ale tak było. Zresztą wraz z upływem lat, gdy gierkowe nadzieje malały, „Banki” też przestały cieszyć.

Odszedłem z telewizji z wieloma po 13 grudnia. Pamiętam, że potem jeszcze raz jedyny widziałem Pana Gienia na małym ekranie. Była to jakaś studyjna dyskusja – bierna, mierna i smutna. Najwyraźniej zdał sobie sprawę, że telewizja stanu wojennego to już nie jego TVP. Zaczął pracować u nowych prężnych przedsiębiorców, wyprowadził się z Warszawy. Podobno lubił powozić bryczką. No to wio… siwek!

Niech pozostanie w dobrej naszej pamięci. Zmarł trzy lata temu. Cicho. Ale podobno nie chciał, by ogłoszono o jego pogrzebie. Żegnali go na Bródnie tylko Bożena i Mariusz Walterowie oraz Edward Mikołajczyk.  Przyjaźnili się do końca. Może oni coś napiszą o redaktorze Eugeniuszu Pachu – telewizyjnym gwiazdorze z prawdziwego zdarzenia.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl