Po referendum w sprawie Brexitu użytkowy charakter polskich mediów w Wielkiej Brytanii jeszcze się pogłębił. Widać, że ogromną rolę w kształtowaniu zawartości pism odgrywa lęk środowisk polonijnych związany z przyszłością.

   W powojennej historii polskiej prasy na Wyspach – radio, portale i TV internetowa pojawiły się dopiero po 2004 roku – wielkimi cezurami były daty: 1940, 2004 i, w pewnym sensie, 2016 rok. Pierwsza data, to powołanie do życia „Dziennika Polskiego. The Polish Daily”. Druga, to wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, a trzecia, wiadomo, referendum ws. Brexitu.  Oczywiście, największe zasługi w integracji środowiska polskiego, informowania, organizowania opinii rodaków na temat  zdarzeń w kraju i Zjednoczonym Królestwie, organizowaniu akcji i kontrakcji, miał „Dziennik Polski”. Który zresztą przez kilka dekad był organem polskiego rządu na uchodźstwie, i do dziś jest związany ze wspólnotą polskiej emigracji politycznej.  Pojawił się w Londynie w 1940 roku, w cztery lata później został połączony z „Dziennikiem Żołnierza”, organem I Korpusu Polskiego. Przez kilka dekad bezwzględny monopolista, czytywany przez starą emigrację (nowa jeszcze nie napłynęła), dawne sfery rządowe, generalicję, dyplomację,  byłych żołnierzy.  Wysoki prestiż, newsy komentowane na gorąco w kawiarni POSK, w „Orle Białym”, a jeśli można było dostrzec jakieś podziały, to na „sikorszczyków” i „piłsudczyków”. Choć wszyscy razem tworzyli zwarty antykomunistyczny front, z tą różnicą, że jedni chodzili do polskiej ambasady, a inni ją sabotowali.  Troszczył  się o dorobek emigracji, był forum wymiany myśli dla tego segmentu czytelniczego. A potem coraz mniej prenumeratorów, generacja żołnierzy odchodziła, coraz więcej kłopotów finansowych, niekompetentne prowadzenie,  konkurencja.  Dziś „Dziennik Polski”  walczy o przetrwanie. Dostosowując się do sytuacji,  przynosi wprawdzie wieści z Polski, ale wiele miejsca zajmują także newsy z angielskiego podwórka, informujące o polityce Downing Street i Westminsteru. A więc polityka, wiele historii, kultura, dużo ogłoszeń i reklamy.

   Od  początku lat 90. pojawiał się przez ok. 5 lat,  finansowany przez polskiego businessmana, a przygotowywany przez zespół Joanna Frazer, Elżbieta Królikowska-Avis, Irena Perkins, magazyn „Nasze Porozumienie”.  Bezpłatny, kolportowany na terenie Wielkiej Brytanii, a potem także w Polsce. Profil – emanacja programu Porozumienie Centrum. Ognisko myśli konserwatywnej w polskich środowiskach, a tytuły artykułów mówiły same za siebie: „Nasi sąsiedzi – Rosja” ministra ostatniego rządu na uchodźstwie Tadeusza Drzewieckiego,  „27 Wołyńska Dywizja AK”, „Mozaika polska 1994”.  Akcje informacyjne przed wyborami parlamentarnymi w 1993 i prezydenckimi 1995, bywaliśmy także mężami zaufania w punktach wyborczych Londynu. Po pięciu latach sponsor wycofał finansowe wsparcie i „Nasze Porozumienie” przestało się ukazywać.

   Mijały lata. Wielka cezurą był rok 2004, data wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.  Wielka fala Polaków zalała Wyspy, głównie uciekinierzy z prowincji, gdzie trudno o pracę. Jeśli przedtem język polski słyszało się na ulicach miast raczej rzadko, teraz znacznie częściej – choć mówiąc  delikatnie, nie była to polszczyzna kulturalna. Zapełniły się polskie ośrodki, kościoły katolickie zaczęły „pękać w szwach”, i te polskie i te dzielone z katolikami angielskimi.  Obowiązującym mottem – przypominam, że była to wierząca polska prowincja – było motto „módl się i pracuj”.  A na rynku prasowym – studia radiowe i telewizyjne były zbyt drogie – jak grzyby po deszczu zaczęły ukazywać się pisma, głównie tygodniki, dwutygodniki i miesięczniki. W 2006 roku pojawił się „Nowy Czas”, najpierw tygodnik, dziś miesięcznik.  Wiadomości  ze świata oraz wiele komentarzy,  forum wymiany myśli dla czytelnika bardziej wyrobionego, który szukał czegoś więcej niż tylko porad językowych i informacji o imprezach  środowiskowych. Sporo wydarzeń kulturalnych „z miasta”,  dyskusji, coraz mocniej  eksponowane potrzeby kulturalne i społeczne Polaków.

   W 2004 roku na rynku pojawił się, najpierw jako dwutygodnik, teraz jako weekly magazine, „Polish Express”, poświęcony głównie poradnictwu i sytuacji Polaka na Wyspach. Zasięg – Wielka Brytania i Irlandia, aktualny nakład – 60 tys.,  dobry papier, niezła grafika, poręczny format. W Londynie bezpłatny, poza – 1 funt. Zespół „The Polish Express” zajmuje się także organizowaniem spotkań informacyjnych o różnorodnej tematyce, rynek pracy, wynajem mieszkań i domów, jak korzystać z pomocy socjalnej, dla dorosłych i dla dzieci, etc.  W tym samym 2004 roku narodził się także inny tygodnik, już wyspecjalizowany, „Cooltura” - sygnał rosnących aspiracji Polonii.  Nakład 55 tys. egzemplarzy, także bezpłatny. Tytuł mówi wiele o zawartości pisma, a więc informacje o wydarzeniach kulturalnych, o filmach, wystawach, spektaklach teatralnych, koncertach muzyki młodzieżowej i klasycznej, w Londynie i w innych większych miastach. Często, choć nie zawsze, powiązanych z Polską, polskimi artystami, plastykami, reżyserami, kompozytorami czy wykonawcami. A więc informacje, reportaże, felietony, recenzje, ale też – a jakże! – porady praktyczne i ogłoszenia drobne. Niezły papier, druk, dobra szata graficzna.

   Potem, w 2007 roku, doszlusowała „Panorama”, z podtytułem „tygodnik Polaków w Wielkiej Brytanii”. 40 tys. egzemplarzy, z dodatkiem dla dzieci, wydanie papierowe i on-line, w Londynie bezpłatny, poza – 1 funt.  Jest, także bezpłatny, „Goniec Polski”, kolportowany głównie w Londynie.  Reklamuje się jako „forum dyskusyjne, artykuły, newsy i informacje o Londynie i Polonii”, a znaleźć go można m.in. pod dworcem Charing Cross, gdzie w specjalnych drewnianych pojemnikach widać różne gazety mniejszości etnicznych stolicy, głownie z „Nowej Europy”.  „Goniec Polski” ma także swoje wydanie internetowe. Warto dodać, że  Polacy rozsiani są po terenie całego Zjednoczonego Królestwa, nie brak ich nawet na Orkadach i Szetlandach. Tworzą tam społeczności niewielkie, o małym potencjale organizacyjnym i finansowym, ale i tam doliczyłam się trzech lokalnych periodyków, dwa  w języku polskim, jeden w angielskim. To miesięcznik „Emigrant”, adresowany  do wspólnoty, zamieszkującej północną Anglię i Szkocję. To „Kurier”, także miesięcznik, publikowany w hrabstwie Northampton oraz  „The Polish North Zone” - anglojęzyczny miesięcznik, drukowany w uniwersyteckim mieście Hull. Wszystkie – jedynie w wersji  on-line.  

   W sumie Polacy na Wyspach dysponują 19 różnymi tytułami, jeden dziennik, tygodniki, dwutygodniki i miesięczniki, dostępne w Londynie, Edynburgu, miastach Midlandów, we wszystkich większych skupiskach rodaków.  Plus portale internetowe nie powiązane z prasą w liczbie 9 (m.in. Londynek,net, MojaWyspa.co.uk, Polemi.co.uk  itd.) oraz 7 rozgłośni radiowych (Polskie Radio Londyn, Radio HeyNow, Radio South, Radio Star), także rozsianych po całym Zjednoczonym Królestwie. Charakterystycznym rysem nowych mediów, tych powstałych po 2004 roku, jest ich użytkowy, czysto pragmatyczny charakter. Ich sponsorzy i dziennikarze, najczęściej pół, lub zgoła, amatorzy, dobrze wiedzą, czego szuka na ich łamach czy falach Polak – emigrant. To „manual of survival”, „podręcznik przetrwania”.  A więc informacje z zakresu pośrednictwa pracy, poszukiwanie niedrogiego mieszkania, porady prawne w zakresie zasiłków – social, housing i child benefits – oraz ulgi  podatkowe. Adresy ważnych dla nich instytucji jak  polska ambasada czy konsulat w Londynie, Home Office, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych,  urząd miasta czy Job Centre, biuro pośrednictwa pracy. Zdarza się, że centra polonijne i parafie wydają swoje skromne gazetki, zawierające wieści z życia lokalnej wspólnoty czy parafii. A więc od 2004 roku najbardziej typowa cecha polskich mediów na Wyspach Brytyjskich, to użyteczność i pragmatyzm.

   Po roku 2016, a więc referendum ws. Brexitu, ten użytkowy charakter polskich mediów w Wielkiej Brytanii jeszcze się pogłębił. Widać, jak ogromną rolę w kształtowaniu zawartości pism odgrywa lęk środowisk polonijnych, związany z przyszłością. Pilnie śledzą każde głosowanie w Izbie Gmin, każdy zakręt negocjacji  rządu Theresy May z Brukselą, każdą wiadomość z Home Office’u. Wprawdzie władze obu zainteresowanych krajów, zapewniają, że prawa Polaków będą zagwarantowane na dotychczasowym poziomie, panuje dezorientacja i zamieszanie. I tu, jako wieloletnia korespondentka w Londynie, chcę zwrócić uwagę na dwa ważne fakty, które z pewnością będą kształtować sytuację po rozwodzie Zjednoczonego Królestwa z UE. Po pierwsze, w przypadku hard Brexitu,  wyjścia bez umowy, kwota imigrantów, dziś 300-350 tys. rocznie, zostanie zmniejszona, a brytyjski budżet na cele socjalne  okrojony. Wielka Brytania, to wciąż państwo opiekuńcze i wydatkuje wielkie kwoty na cele socjalne,  zbyt duże, aby utrzymać dobre standardy podupadających dziś służb publicznych. I nie po to Brytyjczycy głosowali na Brexit, aby ten budżet na cele   społeczne powiększać czy choćby utrzymać.  Więc cięcia będą.  Ale – i to jest dla Polaków informacja pozytywna – dziś partia torysów nie ma wiele wspólnego z konserwatystami spod znaku Margaret Thatcher. To „modern compassionate conservatists” Theresy May, którzy w swoim programie mają potężny segment socjalny. Tak więc ta redukcja wydatków na socjal nie będzie chyba zbyt duża. Z informacji, które już do nas dotarły, widać, że ci Polacy, którzy będą pracować legalnie i odprowadzać podatki, nie mają się czego obawiać. W przeciwieństwie do tych, pracujących „na czarno” i kryminalistów.

   I wszystkie te wątpliwości znaleźć dziś można w polskich mediach, rozsianych po Brytyjskich Wyspach. Co się dzieje na Downing Street i w Westminsterze, co będzie z  prawem do swobodnego przekraczania granicy,  jakie warunki nabycia praw do pobytu stałego,  dostęp do usług socjalnych, etc. To są tematy, które dziś  zaprzątają ich uwagę.

Elżbieta Królikowska-Avis

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl