Niestety. Wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z 30-09-2015 r. sygn akt I ACa-403/15 od strony praktycznej, to jest dziennikarskiej, niczego nie załatwia. Mało tego. Sąd II instancji twardo trzyma się jednego (podpowiadamy: jednego z wielu) prawniczych poglądów jak należy rozumieć „naruszenie dóbr osobistych”. Czyli w jakim konkretnie stanie faktycznym można mówić, że do nich doszło i osobie, która poczuła się urażona należy się ochrona.

Sąd Okręgowy w Olsztynie w I instancji nie przyznał racji dr nauk med. Janinie Luberdzie-Zapaśnik z Olsztyna, byłej więźniarce obozów w Thorn (Toruniu tzw. szmalcówka) oraz w Lebrechsdorf (Potulicach). Celowo używamy właściwych dla okresu II wojny światowej niemieckich nazw, by od razu było wiadomo o jakie obozy chodzi i w jakim czasie. Polska była okupowana przez III Rzeszę i już, chociażby z  tego powodu, nie może być mowy, i nigdy nie było „o polskich obozach zagłady” w okresie II wojny światowej. Posługująca się tym określeniem DPA-Niemiecka Agencja Prasowa powinna mieć elementarne pojęcie o historii własnego państwa, chyba... No właśnie to chyba. Chyba, że chodzi o celową niemiecką politykę historyczną, doskonale przeinaczoną, która niemieckie (a nawet nie nazistowskie, co wyjaśnimy poniżej) winy tak w sposób oczywisty zmienia, że bezsporne winy Niemców... stają się winami ich ofiar, czyli Polaków.

I co gorsza za Niemcami powtarzają to inne gazety i media, choćby jak niedawno, bo w sierpniu 2015 r. gazeta norweska („Avisa Sør-Trøndelag“) i amerykańska „Rolling Stone” (pisząca przede wszystkim o muzyce) - tak daleko można innych zmanipulować.

Sądy w Olsztynie i Białymstoku trzymają się tego, że by można było dać ochronę dobrom osobistym, konieczna jest konkretyzacja. Czyli, gdyby w komunikacie najpierw DPA, a później powielonym przez portal focus.de pojawiło się nazwisko skarżącej z Olsztyna, to wtedy można by mówić o konkretyzacji. Czyli, że można się było odnieść do artykułów 23 i 24 polskiego kodeksu cywilnego. A to nie do końca jest właściwy pogląd. Trzeba tu przyznać, że wymienione sądy podeszły do sprawy niezwykle formalistycznie. Bowiem doktryna prawnicza mówi jeszcze o tym, że: „naruszenie dobra osobistego rozpatrywać należy tylko w granicach przeciętnych ocen społecznych, a nie indywidualnego odczucia osoby domagającej się ochrony”.

Nie trzeba chyba wskazywać, że oceny społeczne zdecydowanie potępiają kłamstwo Auschwitz 2015.

Na szczęście linia obrony portalu focus.de i jego wydawcy ukazała w jaki sposób faktycznie dochodzi do takiego oczywistego przekłamania. Jak utrzymywali w trakcie procesu polscy adwokaci z kancelarii w Warszawie (oczywiście reprezentowali swojego niemieckiego klienta, ale jednocześnie-być może w sposób nie bezpośredni-przeciwstawiali się polskiej racji stanu) focus.de przedrukował jedynie informację zaczerpniętą od agencji DPA, która jest - jak utrzymywali - wiarygodnym źródłem, jako czołowa agencja prasowa. Czy to nie groźny chichot historii wobec tej „czołowej” i „wiarygodnej” agencji, która pisze oczywistą nieprawdę? Nikt w redakcji niemieckiego portalu nawet nie czytał, co napisała DPA, gdyż przedrukowali to „jak leci”. Już to fatalnie świadczy o rzetelności dziennikarskiej niemieckich dziennikarzy. Ale to jeszcze nie wszystko. Bo kto naprawił błąd. Nie sama redakcja portalu focus.de, ale dopiero po interwencji osób trzecich, w tym także rzecznika prasowego polskiego ambasadora w Niemczech.

Czy to nie szyderstwo z własnej dziennikarskiej roboty, że taki poważny błąd, obraźliwy dla wschodniego sąsiada Niemiec, dla wszystkich Polaków, poprawia się, gdy ktoś „szturchnie” niemieckiego dziennikarza i pokaże mu palcem: „nie masz pojęcia o najnowszej, tak straszliwej historii II wojny światowej, dziejów Niemców i Polaków i wypisujesz ewidentne bzdury”. Tak, przyznajemy, że ukazywały się sprostowania, nawet obszerne, ale dopiero po pokazaniu błędu przez Polaków i zdecydowanej interwencji. Od  razu to skomentujmy. Gdyby osoby z zewnątrz nie pokazały tego błędu niemieckim dziennikarzom, to te „polskie obozy zagłady”, czy „polskie obozy śmierci”, czy „polskie obozy koncentracyjne” lub „polskie obozy eksterminacyjne” tkwiły by cały czas, gdyż: sami dziennikarze niemieckiego portalu nie czytają artykułów, które tam zamieszczają, a przedrukowują je - jak sami się na to powołują - z „czołowej” i „wiarygodnej niemieckiej agencji DPA. Ciśnie się pytanie: co to jest za dziennikarstwo, jaki jest jego poziom? W jaki sposób informowane jest bogate społeczeństwo, które uchodzi za bardzo nowoczesne?

Niestety przebieg powyższych procesów dobitnie pokazał, że taka jest utrwalona praktyka działania niemieckich mediów i ni w ząb nie zamierzają jej zmienić. Nie przedstawiono żadnego dowodu, że focus.de interweniował w DPA i alarmował agencję „co wy wypisujecie”? Poza przeprosinami w procedurze „produkowania” i przedrukowywania takich oszczerczych informacji nic się nie zmieni!

Ten fakt wyraźnie unaocznił przebieg procesów, zakończonych wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Białymstoku w dniu 30 września 2015 r. A to oznacza wprost, że jeszcze dziś, gdy to czytasz czytelniku, jutro, w tym tygodniu, czy miesiącu pojawią się publikacje z „polskie obozy zagłady”, „polskie obozy koncentracyjne”, „polskie obozy śmierci”, ”polskie obozy eksterminacyjne”. I tak będzie na pewno. Dlatego piszemy na początku, iż wyrok sądu II instancji praktycznie nic nie daje w sposobie rażącego naruszania uczuć polskiego narodu i bezczelnego ich obrażania.

Trzeba za to koniecznie napisać, iż m.in. portal focus.de obowiązują Burda Statuten, czyli wewnętrzne regulacje mówiące, że: stanowią o staranności wykonywania zawodu dziennikarza pracującego dla pozwanego oraz określają główne linie ideologiczne wydawnictwa, do których należy kategoryczne powstrzymywanie się od publikowania treści o charakterze rasistowskim czy znieważającym narody”.

Kategoryczne powstrzymywanie się? Czy praktyka niemieckich dziennikarzy nie świadczy o tym, iż zdecydowanie bezpardonowo naruszają obowiązujące ich wewnętrzne przepisy?

Jak widać formalistyczne pojmowanie prawa prowadzi wprost na manowce. Musi nam wystarczyć to, że sami polscy adwokaci pokazali jak fatalnie informowane jest niemieckie społeczeństwo, jak złe są praktyki niemieckiego dziennikarstwa. I z całkowitym zaprzeczeniem tego, co można znaleźć w art. 12 polskiego prawa prasowego mówiącego, iż dziennikarz ma wykazać: „szczególną staranność i rzetelność”. Akcentujemy „szczególną”, co zawiera w sobie to, że dziennikarz przynajmniej przeczyta dokładnie artykuł, zanim go umieści na swoim portalu.

Niemiecka polityka historyczna opiera się także na tym, że pisze się o „nazistowskich obozach”, a nie jak było naprawdę „niemieckich obozach zagłady”, „niemieckich obozach koncentracyjnych, „niemieckich obozach śmierci”, „niemieckich obozach eksterminacyjnych”. Bo to była realizacja niemieckiej polityki niemieckiego państwa, niemieckiego prawa, za którą niemieckie państwo ponosi: całkowitą i wyłączną odpowiedzialność. Określenia "nazistowskie" używano w czasach NRD, by nie urażać naszych niemieckich czerwonych braci zza Odry. A co samego Auschwitz, to ta nazwa była używana wyłącznie w czasach niemieckich 1939-1945. Nawet pod  zaborem austriackim miasto to było po prostu Oświęcimiem.

Dziennik „Die Welt” po ogłoszeniu wyroku przez Sąd Okręgowy w Olsztynie określił, iż wyrok będzie miał znacznie precedensu. Nie chcemy by ponownie niemieckie gazety odwoływały się do „precedensu” i to w najgorszym znaczeniu tego słowa. Lepiej niech się zajmą własną, tak fatalną niemiecką praktyką dziennikarską.

Wskazać należy, iż przeciwnie do Niemiec, przyczyną takiego swawolnego działania niemieckich mediów, jest niemal zupełny brak polskiej polityki historycznej. Jej początek zapowiadał w swoim expose prezydent Andrzej Duda. Kiedy naprawdę zacznie ona oddziaływać na polskie i nie tylko na nasze media?

Andrzej Dramiński

Wiceprzewodniczący Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl