Pragmatyzm ławo zdefiniować, wszak mierzy się go miarą skuteczności; co skuteczne, to dobre, ot chociażby w celu zawładnięcia narodem skuteczne było zagłodzenie ok. 4 milionów ludzi z najbardziej żyznej ziemi Europy albo wymordowanie ok. 20 tys. polskiej elity, ażeby skuteczniej i łatwiej wkrótce opanować ich ojczyznę. Przykłady skuteczności politycznej i historycznej można mnożyć w nieskończoność czasową i przestrzenną. Dlatego w pojmowaniu Kłopotowskiego („Plus Minus” 5-6 marca) Andrzej Wajda to „Filar III Rzeczypospolitej”. Wprawdzie, autor przyznaje trochę dobrodusznie, że słynny reżyser deformował nieco prawdę albo dorysowywał do niej, czego nie miała, ale inaczej nie dało się w PRL podejmować tematów patriotycznych, które miałyby niby utwierdzać Polaków w poczuciu niby polskiej tożsamości. Słowem, Pan Andrzej, jak z atencją pisze pan Kłopotowski, „tworzył filmy, które pozwalały nam wznosić się ponad nędzę i nudę PRL. Już zapomnieliśmy, jak bardzo PRL był nudny”. Nudny! To perwersja nazwać tak państwo niszczące mieszkańców duchowo i fizycznie. Autor jest jednak z gruntu dobrym człowiekiem, jedynie ugrzązł w szczelinie między własną karierą a sumieniem, które każe mu być patriotą, przeto dziedzicem i polskiej dumy, i niepolskiej skuteczności. Ktoś powiedział, że z jego pisarstwa wyziera bezideowość, jakby siedział okrakiem na śliskim walcu i przechylał siłę raz w jedną stronę, gdzie oportunizm (pragmatyczny, za to skuteczny), raz w drugą, gdzie cicho pobrzmiewają jeszcze echa duchowej, narodowej niezawisłości i godności

Publicysta pisze pozornie tajemniczo: „Usłyszałem (nieprawda: przeczytał – J. W.) od patriotycznego, starszego kolegi, że pewne moje artykuły  są na granicy zdrady (...). Bóg zapłać, dobry człowieku…”. Odkrywam tedy, że mój Szanowny Adwersarz pisze tu o mnie, lecz z ironiczną, protekcjonalną pobłażliwością i nie wymienia mojego nazwiska, no bo po co je wpuszczać na łamy szacownego „Plusa Minusa”. Szeroka, doprawdy, jest paleta polemiczna Kłopotowskiego. Ale mniejszy z tym. Najgorsze, że upiera się znowu, iż naiwnością i głupstwem jest sądzić, jakoby w historii i polityce głównie wartości duchowe są motorem postępu.

Podobne przekonanie, jeśli dobrze zrozumiałem, wyraził kilka dni później Jędrzej Bielecki (18 marca w wydaniu głównym dziennika „Rzeczpospolita”). Ceniłem jego pisarstwo, właściwie w sensie warsztatowym cenię nadal, ponieważ autor należy do tego nielicznego i kurczącego się już w zastraszającym tempie środowiska dziennikarzy, którzy dbają o piękną frazę i konstrukcję swych wypowiedzi. Cenię go nadto za zrównoważone, uczciwe metody publicystyczne: jeżeli krytykuje, to zawsze rzetelnie uzasadniając konkretnymi faktami. Nie potępiał dotychczas obecnych władz politycznych a priori, tendencyjnie. Teraz jednak opublikował artykuł „Kaczyński mógł być politykiem wielkiego formatu”, bo „silnej pozycji Polski nie da się zbudować w opozycji do Zachodu. To fundamentalny błąd prezesa PiS” - jakby zapisał echo zniekształconej idei Aleksandra Wielopolskiego, że nie liczby a marzenia tumanią umysł tego  narodu.   

        Prawda. Ale „liczby i „marzenia” nie są w historii i polityce pojęciami-wartościami przeciwstawnymi. Czego nie rozumieli i nie rozumieją politycy polscy pokroju margrabiego oraz naszych publicystów Kłopotowskiego i Bieleckiego. Bez marzeń wyrastających z głęboko przeżywanych imponderabiliów nie ma żadnego czynu niezawisłego, żadnej skuteczności dziejowej, jest tylko dostatnie życie na kolanach. Gdyby nie ofiary Powstania Styczniowego nie byłoby legionów  Piłsudskiego, gdyby nie było Powstania Warszawskiego, sowieci doszliby zapewne do Mozy. Mielibyśmy się z pyszna, jeżeli w ogóle bylibyśmy. Gdyby nie zrazu, jak się wydało, bezmyślnie strajki robotnicze lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, nie byłoby dzisiejszej Polski, nawet takiej ułomniej, jaką jest. Powstańcy i robotniczy nie mierzyli swych celów miarą doraźnej skuteczności, a podświadomie kierowali się dumą, godnością, poczuciem tożsamości i tradycji narodowej, tym wszystkim, co mieści się w pojęciu imponderabiliów. I to one ostatecznie okazały się skuteczne, a nie wyrachowania mędrców otumaniających publicystką umysły opinii publicznej.

        Czy Kaczyński lub ktokolwiek z jego partii dąży do zerwania z Unią? Bielecki sugeruje implicite (insynuuje?), że Kaczyński chce wyprowadzić Polskę ze Wspólnoty. Dowodem na to ma być wypowiedź Kaczyńskiego: „Nie zgodzimy się na upokarzanie Polaków. Sami będziemy rozwiązywać polskie sprawy, ale bez obcej interwencji”. Gdzie tu postulat zerwania z Unią Europejską, z Zachodem?

        Tymczasem Bieleckiego ponosi pióro i mnoży zaprzeczenia. Odwołuje się do polityki gen. de Gaulle’a, który na początku swych rządów wiązał się ściśle z Wielką Brytanią i Niemcami, stawał się nawet prekursorem tworzenia wspólnot europejskich. Później wszakże, gdy generał odbudował prestiż polityczno-moralny swego kraju, „wyprowadził Francję - wbrew  potęgom europejskim, wywodzi Bielecki – z zintegrowanych struktur woskowych NATO (…).  Ale znał granice, poza które lojalny sojusznik USA wyjść nie może”. A więc upokorzona z własnej winy, osłabiona Francja odzyskawszy godność i siłę dzięki przymierzu z silniejszymi od siebie, powiedziała im jednak non servam i poszła własną drogą.       Niech się więc Bielecki decyduje: jest miejsce na suwerenność w ścisłych układach politycznych, czy go nie ma? Przykład politycznych gier de Gaulle’a przemawia za racją Kaczyńskiego – może prezes PiS chce dokonywać podobnych wolt? W moim widzeniu wszystko na to wskazuje, czego Bielecki ogłuszony wrzaskliwą propagandą PO tudzież jej planktonu oraz zachodnich „poprawnościowców” nie może – nie chce? - usłyszeć. I dlatego wyraża się w czasie przeszłym dokonanym, że Kaczyński „mógł być politykiem wielkiego formatu”. Nie – Kaczyński po 25 października ub. r. pędzi drogą, po której  szli Piłsudski i de Gaulle  - wierności imponderabiliom,  które jedynie prowadzą polityków do wielkości. Bo właśnie one stanowią imperatyw działań politycznych, są więc, choć brzmi to paradoksalnie, o wiele bardziej pragmatyczne i skuteczne aniżeli mniej czy bardziej wstrętne szachrajstwa polityczne, na przykład PO z przybudówkami - rodzimym i zachodnim, wpatrzonymi  w złotego cielca.  

        Najpierw musi być moc ducha pozwalająca wiązać się suwerennie – nie na klęczkach! - z kim wymaga racja stanu, a potem mozolnie i cierpliwie – n i e p o d l e g l e – budować z kapryśnymi i wyrachowanymi współpartnerami siłę gospodarczą państwa własnego i państw sprzymierzonych. Na jakiej podstawie Bielecki mógłby twierdzić, że tak właśnie nie postępuje Jarosław Kaczyński?

        Publicysta albo go nie rozumie, albo nie chce rozumieć. Bo że polityki wywiedzionej nie z ciasnego pragmatyzmu, a z siły duchowej nie pojmuje pragmatycznie prostolinijny kolega Kłopotowski, to już wiemy od dość dawna z napisanych przezeń artykułów i książek, teraz  potwierdza to jego nieprzyzwoicie chwalebny stosunek do „Pana Andrzeja”. Publicysta zakończył swą laudacją: „Sto lat, Panie Andrzeju, i tyle, ile dusza  zapragnie wiekuistego zwycięstwa”.

Czy Kłopotowski pamięta, że w wyborach prezydenckich po tragedii smoleńskiej reżyser, miał wówczas 79 lat, publicznie nawoływał nas do wybrania na prezydenta… Jerzego Owsiaka? Wajda wykazał się tu nie mniejszą fantazją polityczną niż nasz szanowny kolega Krzysztof, znawca sztuki filmowej i różnych, oprócz rodzimego, geniuszy narodowych? A szkoda też że Jędrzej Bielecki nic wtedy nie napisał o tym postulacie Wajdy; może doszedłby do wniosku, że Owsiak mógłby być „politykiem wielkiego formatu” - skutecznym, umiejącym zdobywać pieniądza dla… potrzebujących.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl