Prowadzący program w TVN24 Andrzej Morozowski przerwał audycję, w której występowała znana feministka. Internet huczy od pochwał dla redaktora, bo Anna Zawadzka próbowała w studiu protestować, nie rozmawiać. Czy jednak dziennikarze powinni zapraszać gości zamierzających wywoływać zadymy na wizji?

 Anna Zawadzka wzięła udział w niedzielnym proteście w warszawskim kościele Św. Anny. Grupa kobiet opuściła „z hukiem” nabożeństwo w trakcie czytania listu Episkopatu dotyczącego ochrony życia poczętego. Tyle że z doniesień mediów po owym proteście wynika, że nie była to spontaniczna akcja wzburzonych treścią listu religijnych pań, lecz ustawka, na którą feministki umówiły się za pośrednictwem facebooka.

 Akcja się udała, bo media, w tym „przypadkowo” obecna na miejscu „Wyborcza” nagłośniły protest. Czy jednak po nim warto było zapraszać do dyskusji na temat aborcji wojującą feministkę? Wolność wypowiedzi nie oznacza, iż w telewizji każdy i w każdej sprawie może wygłaszać oświadczenia. A o to najwyraźniej chodziło Annie Zawadzkiej. Zaś dziennikarz prowadzący audycję powinien wcześniej przewidzieć, jak może skończyć się próba dyskusji z tak radykalnym rozmówcą. Nie odrobił lekcji, więc zamiast rzeczowej debaty usłyszał np. pytanie, czy Polska złożyła hołd lenny Watykanowi. Taki poziom dyskusji nie może widzom przynieść niczego wartościowego. Na pewno może ich natomiast zirytować.

 Jasne, przeciwnicy feministek się cieszą – zachowanie pani Zawadzkiej kompromituje to środowisko. Tylko czy mediom na pewno o taki rezultat chodzi? Awantury w studiu utwierdzają u widzów czy słuchaczy przekonanie, iż rzeczowa rozmowa z osobami o innych niż oni sami poglądach nie jest możliwa ani pożądana. Zatem dyskutować warto tylko we własnym gronie. Kółko się zamyka.

 Czasem być może chodzi też o to, że głośna awantura podnosi słupki słuchalności i oglądalności. Bo przecież doświadczony prowadzący audycję powinien umieć zapanować nad rozemocjonowanymi gośćmi w studiu. A jednak regularnie słyszymy o „awanturze w programie Moniki Olejnik” czy – rzadziej - w studiu RMF. Dzieje się tak także dlatego, że część dziennikarzy chętnie zaprasza polityków o skrajnie odmiennych poglądach na kontrowersyjne zagadnienia właśnie po to, by do ostrego spięcia w trakcie rozmowy doszło. Co z tego wynosimy my, słuchacze? Nierzadko przekonanie, że z niektórymi nie ma sensu rozmawiać, a goście, którzy nam się nie podobają, są agresywni lub niezrównoważeni. Zatem słuchać medialnych debat nie warto. I tak media przyczyniają się do utwierdzania uprzedzeń, stereotypów i wzmagają złe emocje.

 Nie chodzi wcale o to, byśmy wszyscy trzymali się za ręce i wygłaszali w studiu peany pod adresem interlokutorów. Jednak przygotowując program warto zastanowić się, czy mocno kontrowersyjnego gościa nie trzeba czasem „wymienić” na kogoś o podobnych poglądach, ale zdolnego do ich wypowiadania bez podjudzania do awantury. Inni – „komicy” i zadymiarze – niech raczej występują w programach satyrycznych. I tak przecież kompromitują sprawy, którym służą.

 Tylko tyle i aż tyle prowadzącym popularne programy do sztambucha.

 Ewa Łosińska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl