„W lipcu będą ofiary i wielki wstyd dla Polski” – straszą w poważnym dzienniku. W innym, mniej poważnym, całkiem niedawno przedstawiono scenariusz ataku terrorystycznego do jakiego ma dojść w ostatnim dniu ŚDM. Materiały dziennikarskie o najważniejszym wydarzeniu tego roku mają właśnie taki charakter. Jak nie zamach, to potop. Paraliż komunikacyjny, chaos i ogromne wydatki na kaprys Kościoła.

Łukasz Gibała, krakowski polityk kawiorowej lewicy uznał ten ostatni wątek za najbardziej obiecujący. I wylicza, że za pieniądze wydane na obsługę pielgrzymów mogłoby powstać w Krakowie: „50 siłowni na wolnym powietrzu, 40 placów zabaw dla dzieci, dwie ogólnodostępne plaże miejskie, 4 przedszkola i 200 punktów darmowego dostępu do bezprzewodowego internetu”. Główny medialny doradca Gibały Przemysław Orcholski (tak, tak, ten sam) w specjalnym opracowaniu przedrukowanym przez „Wyborczą” zachęca by tę wyliczankę kontynuować. „Światowe Dni Młodzieży spadają nam jak z nieba. Wystarczy, że wykorzystamy oburzenie mieszkańców i delikatnie je podgrzejemy” – pisze laureat jednej z naszych hien roku.

O delikatności nie ma tu co dyskutować. Ot, impreza kościelna, która nie wzbudza niczyjego entuzjazmu, jest jedynie źródłem problemów i wydatków. Fatalnie przygotowana, nieudolnie organizowana, kosztowna, niepotrzebnie ściągająca na nas ryzyko zamachów. To pewien „standard” narracji na temat ŚDM, któremu mało kto się już dziwi. Mało kto też się wstydzi, że ma taki, a nie inny stosunek do lipcowego spotkania. Szukając odpowiedzialnych za (nieunikniony rzecz jasna) blamaż do jakiego wówczas dojdzie,  jedne media wskazują na stronę kościelną, inne na rządową. Nikomu nie przychodzi do głowy, że każdy z nas, po części będzie miał wpływ na udany lub nie przebieg ŚDM.

Młodzież ze 170 krajów świata nie przyjeżdża bowiem do Polski by spotkać się z biskupami czy ministrami. Oczywiście, najważniejsze będą msze z papieżem Franciszkiem, ale młodych interesuje także nasz kraj: zabytki, kultura, wiara, ludzie. To dla nich jedyna i niepowtarzalna szansa by zweryfikować stereotypy i fałszywe mity. Zastąpić je własnym doświadczeniem. Nie było i pewnie długo nie będzie podobnej ekspozycji naszego kraju. Dostajemy niepowtarzalną szansę, by się światu pokazać. Goście już się pakują, patrzą, gdzie na mapie leży Polska.

I co na ten temat mają do powiedzenia media szczycące się swoją otwartością na wszystko, co do nas dociera ze świata, dla których dzień bez rozdzierania szat nad polską ksenofobią, to dzień stracony? Media, które domagają się przyjmowania imigrantów bez jakichkolwiek warunków wstępnych i w każdej liczbie, zapewne zachęcają i przy tej okazji, by otwierać drzwi swoich mieszkań dla młodzieży chrześcijańskiej z całego świata? Otóż niekoniecznie. Są raczej zajęte publikowaniem tekstów obrzydzających ŚDM, straszących ryzykiem, jakie będą one nieść ze sobą. Teksty i programy przypominają poradnik „jak przetrwać te Dni”. W mniej lub bardziej zawoalowany sposób zachęcają, by zaryglować drzwi i wyjechać wtedy z kraju. Gdzie woda czysta, trawa zielona. I święty spokój.

ŚDM to dla prasy, radia i telewizji ideowego frontu poważny problem. Bo oczywiście chcemy się otwierać, ale nie na TAKĄ młodzież. Zapraszamy chętnie, ale nie na modlitwy, czuwania i drogi krzyżowe. Toż to sama kwintesencja ciemnogrodu! I taki obraz Polski mamy pokazywać światu? W dodatku nie w wydaniu moherowych beretów, tylko kolorowej, radosnej młodzieży? W głowie się nie mieści! Coś z tym trzeba zrobić….

Tak też można czytać tytuły w rodzaju „Będzie wielki wstyd”. Zależy dla kogo.

Piotr Legutko

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl