W końcu czerwca i na początku lipca przeszła przez media fala przypomnień i „napomnień” związanych z 70 rocznicą mordu kieleckiego z 4 lipca 1946 roku, w którego wyniku zginęło około 40 Żydów ocalałych z Holokaustu.

                                           

Zwycięstwo propagandy

Napomnień, gdyż tenor wszystkich wystąpień medialnych dotyczących Kielc  (oprócz informacji telewizyjnych i publikacji prasowych o rocznicy, poświęcił temu tematowi swój program  telewizyjny „Warto rozmawiać” red. Jan Pospieszalski, o czym poniżej) był zdumiewająco jednolity, wszystkie one bowiem mówiły o pogromie, o tym, że pod przewodem milicji i wojska to tłum antysemickich Polaków dokonał tej potwornej zbrodni.  Wyjaśniano bowiem, że prokuratorzy IPN odrzucili wszystkie tzw. „teorie spiskowe”, a więc zarówno hipotezę ubeckiej  prowokacji, jak i dokonania mordu przez funkcjonariuszy NKWD i UB, z elementami inscenizacji mającej ukazać  udział cywilów w morderczej akcji, według z góry założonego scenariusza. Mieli oni odrzucić również tezę, że było to dzieło podziemia niepodległościowego (chociaż  była rozpatrywana hipoteza, że zbrodnia została dokonana na zlecenie rządu londyńskiego (sic!). Przesłanką do odrzucenia wszystkich tych hipotez (także tej, że zbrodni dokonać mieli „andersowcy”, co było ulubioną tezą propagandy komunistycznej) był brak potwierdzenia ich w… dokumentach.

Przyjęto natomiast tezę,  że jakkolwiek zbrodnię zainicjowali funkcjonariusze Milicji i UB i oni dokonali pierwszych zabójstw, to później jakoby dopuścili tłum (przedtem podburzony specjalnie kolportowaną wieścią, że Żydzi porwali dziecko „na macę”), który wdarł się do domu żydowskiego przy ulicy Planty 7 i dokonał „dzieła” lub raczej pierwszej jego fazy. Druga nastąpiła bowiem po dwu-trzygodzinnej przerwie począwszy od godziny 14.00, kiedy to przybyli „robotnicy”  z huty „Ludwików”, m.in. niosąc jako narzędzia mordu żebra żeliwnych kaloryferów i, rzekomo razem z „motłochem”, do godziny 17.00 dokończyli krwawej roboty.

Brak dokumentów… Jest to niezwykle częsty argument w tego rodzaju sprawach. Argument powalający. No, bo jeśli nie można jakiejś hipotezy potwierdzić dokumentem, to nie można przyjąć jej za prawdziwą. Cóż, powiedzmy sobie jednak, że i w dokumentach nie ma wielu danych. Czy jest w jakichkolwiek dokumentach spis 49 rodzajów tortur stosowanych przez ubeckich śledczych, opisanych przez Kazimierza Moczarskiego? Nie ma. A czy jest coś o tym, że Luna Brystygierowa uwielbiała podsądnym jądra osobiście przytrzaskiwać szufladą biurka? Nie ma. A są to informacje prawdziwe! Oprócz dokumentów istnieją różne źródła wiedzy, także pośrednie. Na przykład ktoś zauważył w szafce jednego z „robotników” w hucie „Ludwików” rewolwer. Nie mógł to być prawdziwy robotnik, bo ten, gdyby nawet miał broń, na pewno nie trzymałby jej w szafce na ubranie.

Słowem, w 70 rocznicę kieleckiej zbrodni  postarano się w mediach utrzymać relacje w klimacie oskarżeń Polaków o antysemityzm typu niemieckiego, uzasadniający porównania do  Kryształowej Nocy czy nawet do Holokaustu. Fakt, że tego rodzaju klimaty i diagnozy społeczne najwyraźniej przetrwały do dziś dnia, jest wielkim i jakże trwałym zwycięstwem propagandy komunistycznej. A oto jeden tylko przykład: historyk IPN, Marcin Urynowicz opowiada, dowodząc niejako, iż „tłum” uwierzył w bajkę o porwaniu 8-letniego Henia,  że „tu mamy do czynienia [ze społeczeństwem] przesiąkniętym ludowymi zabobonami.” Chodzi o opowieści „o Żydach porywających dzieci”, „wpisujące się także w nauczanie Kościoła” (!). Na dowód pisze o wielowiekowym kulcie trzyletniego św. Szymona z Trydentu, na którym Żydzi dokonali mordu rytualnego, podkreślając, że po Vaticanum II wycofano się już z kultu tego świętego (czy raczej błogosławionego). Abstrahując od prawdy historycznej (wina morderców chłopca –15 Askenazyjczyków została potwierdzona), popularność tego kultu w Polsce lat czterdziestych ubiegłego wieku jest nader wątpliwa. Podobnie jak rzekome ówczesne przeświadczenia (wedle w/w historyka), że Żydzi mieli mordować dzieci już nie na macę, lecz po to, by ich krew wstrzykiwać sobie do żył dla wzmocnienia zdrowotnego wobec wyczerpania wojennego, o czym też pisze wzmiankowany autor. (wszystko to można znaleźć w „Plusie-Minusie” z 2-3 lipca br.) 

 

Było inaczej                         

Charakterystyczne, że w mediach, w których pisano lub mówiono o rocznicy, nie znalazłem nikogo, kto powołałby się na książkę Krzysztofa Kąkolewskiego Umarły cmentarz (I wyd.1996). Jej  autor, jeden z najwybitniejszych i najoryginalniejszych reportażystów polskich, zdobywca Lauru SDP, przez pewien czas (także w czasie kieleckich wydarzeń)  młodziutki mieszkaniec Kielc, zawarł w niej rezultaty ponad 20-letnich, przeprowadzonych przez siebie badań nad tą zbrodnią. To on pierwszy stwierdził, że była to krwawa inscenizacja NKWD-owsko-ubecka, że nie było żadnego motłochu w domu żydowskim przy ulicy Planty 7, i że żaden wolny obywatel nie wziął udziału w mordzie. Pamiętam, jak omawiając tę książkę 20 lat temu w „Naszej Polsce” (jej drugie, „podziemne” – jak mawiał autor – wydanie ukazało się ok. 10 lat później), z dumą i z ulgą zarazem napisałem w tytule: Żaden wolny kielczanin… Z ulgą, gdyż poprzednio żyłem w smutnym i przygnębiającym przekonaniu, że za tę zbrodnię odpowiedzialni są wolni Polacy.

Pójdźmy więc tropem dociekliwego reportera. Czy była to prowokacja NKWD-UB, czy też nie? Owszem, była próba prowokacji, lecz nieudana. Musimy się cofnąć o kilka tygodni. Otóż podobne prowokacje próbowano zorganizować w okresie poprzedzającym lipiec 1946 roku,  m. in. w Budapeszcie, na Słowacji, a także w Krakowie i w Rzeszowie. Próby te nie powiodły się w pełni. Próba kielecka też w gruncie rzeczy spaliła na panewce. Ośmioletniego Henia Błaszczyka przetrzymywano w komisariacie MO razem z ojcem – konfidentem UB. Nie w żadnej piwnicy żydowskiej. W domu przy ulicy Planty 7 żadnych piwnic w ogóle nie było. Mały zresztą plątał się w zeznaniach, nie wiedział właściwie (lub raczej nie mógł powiedzieć), gdzie go przetrzymywano. Jako dorosły, przyznał się do tego w pewnym wywiadzie, który po latach przedrukowała nawet „Gazeta Wyborcza”, przemilczając osobę dziennikarza śledczego, czyli Kąkolewskiego, który ten wywiad przeprowadził.

W obliczu porażki prowokacji, UB, nadzorowane m.in. przez tzw. jewsekcję NKWD z jej szefem Michaiłem Diominem (tę wiedzę też zawdzięczamy dociekliwości autora Umarłego cmentarza), postanowiło działać  w taki sposób, by można było zwalić winę na „motłoch”. Tym bardziej że panowało na ulicach miasta dość duże ożywienie, było to kilka dni po głosowaniu „3 x tak”, pełnia lata, ludzie zbierali się w małe grona, komentowali sytuację polityczną, było wśród nich sporo przedstawicieli prywatnej inicjatywy jawnie niechętnych nowemu ustrojowi i nowej władzy „ludowej”, co pod koniec dnia, jak się okazało, miało wielkie, a nawet śmiertelne znaczenie. Brzmi to tajemniczo, ale za chwilę się wyjaśni.

Tak jak się dzisiaj opowiada i pisze, morderczą akcję rzeczywiście rozpoczęli ludzie w mundurach milicji i „ludowego” wojska. Jedną z pierwszych ofiar był przywódca syjonistów kieleckich, szef Komitetu Żydowskiego, dr Seweryn Kahane, rabin. Miał on plan przywrócenia kieleckim przedsiębiorczym Żydom pozycji społecznej sprzed wojny, co nie mogło, rzecz jasna, podobać się ludowej władzy. Został zastrzelony katyńskim strzałem z rewolweru w tył głowy. Jest prawdopodobne, że mord ten był wykonany przez oficera NKWD.

Potem, wedle powtarzanych do dzisiaj  relacji i po zamordowaniu jeszcze pewnej liczby osób, miał być rzekomo wpuszczony ów wdzierający się do żydowskiego domu tłum. Rzecz w tym jednak, iż wedle relacji licznych świadków na ów placyk przed domem przy ulicy Planty 7 i do samego domu, otoczonego ścisłym kordonem służb mundurowych, nie wpuszczono nikogo! Ani dwóch księży, którzy przybiegli zaalarmowani (nieprawdziwymi) wiadomościami o antysemickim tłumie mordującym Żydów, żeby go uspokoić i powstrzymać, ani nawet prokuratora kieleckiej prokuratury, którego widocznie miejscowe UB nie powiadomiło o akcji. Wkrótce potem ów prokurator, Jan Wrzeszcz  został odsądzony od czci i wiary i skazany przez władzę ludową na śmierć cywilną, za to, że domagał się przeprowadzenia rzetelnego śledztwa w tej sprawie.

Nawiasem mówiąc, w domu przy ulicy Planty 7 mieszkali nie tylko Żydzi syjoniści, w dużej części wybierający się na emigrację do Izraela, lecz również, w sąsiedniej klatce schodowej, Żydzi – funkcjonariusze kieleckiego UB, nb. kierowanego przez etnicznego Polaka, majora Władysława Sobczyńskiego. Jest zatem prawie pewne, że gdyby to wolni kielczanie – „morderczy antysemici” dokonywali tej zbrodni, nie wybraliby syjonistów, którzy byli im obojętni, ale Żydów-ubeków i tych by zaatakowali przede wszystkim. Tymczasem Żydom-ubekom włos z głowy nie spadł, mordercy bowiem wiedzieli dobrze, jakie są ich cele.

Jednym z nich było zastraszenie Żydów (szczególnie tych, których ok. 250 tys. właśnie przyjechało do Polski w drodze repatriacji z ZSRS), by czym prędzej ich się pozbyć. I to się wkrótce potem właściwie udało, choć komuniści nie chwalili się tym publicznie (prasa na ten temat milczała zupełnie, w myśl zasady, że o czym się nie pisze, tego nie ma), aby nie drażnić Polaków, z których niejeden skorzystałby z podobnego prawa do opuszczenia „ludowej” ojczyzny. A co by wówczas robił kat Mokotowa, Piotr Śmietański, gdyby Pileccy, Dekutowscy, Cieplińscy, Szendzielarze, Niepokólczyccy i liczni  inni wymknęli się za granicę?

Inne cele organizatorów zbrodni i ich mocodawców to w wymiarze krajowym „przykrycie” sfałszowania wyników głosowania „3x tak”, sromotnie przegranego przez władze, a w wymiarze międzynarodowym – sprawy Katynia, która następnego dnia miała znaleźć się na wokandzie procesu norymberskiego. Tego, że nie dopuszczą do tego Rosjanie, nie można było przewidzieć. Chodziło też o to, by stawiać i uzasadniać tezę, że antysemiccy Polacy nie mogą być pozostawieni samym sobie, sami się rządzić, lecz muszą mieć nad sobą radzieckiego nadzorcę. Podobnie tezę, iż Polska powinna stać się siedemnastą republiką radziecką, bo inaczej rozpęta się w niej antysemityzm nie do opanowania, stawiał i uzasadniał tuż po wojnie Julian Tuwim w jednym ze swoich listów do znajomego.

To nie była nieudolność kieleckiego UB, które – jak pisze się dzisiaj – nie potrafiło powstrzymać rozpędzających się krwawych zajść. Świadczy o tym m.in. dalsza (po krótkotrwałych perturbacjach) błyskotliwa kariera Spychaja-Sobczyńskiego. Z drugiej strony aż po rok 1947 władze „ukryły” rodzinę Błaszczyków, przetrzymując ich w zamknięciu, żeby tajemnica się nie wydała.  Miało być tak, jak głosiła ówczesna propaganda: polscy antysemici, andersowcy,  „prywaciarze”, polska antysemicka reakcja samorzutnie dokonała tej  ohydnej zbrodni, w taki sposób, że nie można było ich powstrzymać.

Notoryczne pomijanie dzieła Kąkolewskiego (będącego nie tylko wybitną pozycją literatury faktu, lecz czymś więcej, rodzajem czynu, uniewinniającego naród polski od zarzutu popełnienia zbrodni, której nie popełnił!) można wytłumaczyć sobie jedynie chęcią utrwalenia mitu o polskim krwawym antysemityzmie; o książce, dodajmy, nie było mowy także we wspomnianym, niedobrym tym razem programie Pospieszalskiego, poświęconym w większym stopniu rozmaitym wątpliwościom niż relacjom o dokonanych ustaleniach.

 

„Antysemityzm werbalny”

W Polsce w zasadzie nigdy nie było pomysłów morderczych wobec Żydów, antysemityzmu typu hitlerowskiego, niemieckiego z lat 1933-1945. Nie liczymy, oczywiście, działań indywiduów i środowisk przestępczych, wypaczonych moralnie przez wojnę i okupację (szmalcownicy, wśród nich nie tylko Polacy, lecz także Żydzi, Białorusini i Ukraińcy, bezlitośnie tępieni przez Polskie Państwo Podziemne), ani zdarzeń incydentalnych, takich jak napady rabunkowe (dotykały nie tylko Żydów), nader liczne w okresie powojennym, czy niemało poległych w walkach z niepodległościowym podziemiem oficerów żydowskiego pochodzenia z UB czy KBW .

Po wojnie natomiast, jeśli nie liczyć pojedynczych prymitywów, czy środowisk ulegających ideologii jakichś pseudo narodowców, pojawiła się, jeśli tak można powiedzieć, pewna odmiana antysemityzmu (pojęcie to jest wysoce nieprecyzyjne), który Robert Tekieli nader zręcznie nazwał antysemityzmem werbalnym. Po prostu lubimy „gadać na Żydów”, to się utarło w wyniku wielowiekowej tradycji współżycia obu nacji, dosyć szczególnego, bo Żydzi zachowywali swoją odrębność religijną i obyczajową, a nawet więcej niż odrębność (poza jednostkami asymilującymi się), a było ich do czasu zagłady b. dużo, skoro w 1880 roku na ziemiach polskich stanowili ¾ całej światowej diaspory. I przetrwało (owo „gadanie na Żydów) aż po czasy, gdy ich populacja stała się znikoma. Dodać trzeba koniecznie, że owe resentymenty piętnowała i tępiła inteligencja polska, nie unikając pisania prawdy o niekoniecznie chlubnym postępowaniu niektórych postaci świata żydowskiego (patrz  np.  Dzienniki Marii Dąbrowskiej). 

Marek Jan Chodakiewicz, autor i redaktor  m.in. dwóch książek o stosunkach polsko-żydowskich, Po Zagładzie   oraz Złote serca czy złote żniwa, które nazywam odtrutkami na Jana Tomasza Grossa i jego kłamliwe elukubracje, obliczył, że w tego rodzaju incydentach i zdarzeniach zginęło w Polsce w latach 1944-1947 nieco ponad 600 Żydów.

                                           

Nie tylko Kąkolewski

Czym innym był mord kielecki. Zaplanowaną i precyzyjnie przeprowadzoną zbrodnią policji politycznej, z elementami inscenizacji tak wyreżyserowanej, by można było oskarżyć niczego nie przeczuwających kielczan. A jak ich wyłoniono i wyłapano? W bardzo prosty sposób. Oto w owe grupki rozprawiających mężczyzn wmieszali się tajniacy, umiejętnie podtrzymując rozmowy, podsłuchując itp. I kto nieostrożnie powiedział na przykład, że głosował  2xtak, a raz nie, kto pomstował na władzę ludową, kto po prostu był zamożnym rzemieślnikiem czy kupcem, tego tajniak klepał przyjaźnie po ramieniu dłonią pokrytą od wewnątrz warstwą kredy i już był naznaczony. Zgarnąć później takich naznaczonych kilkudziesięciu z ulicy i aresztować to już dla służb była prosta sprawa. Wiadomo, że dziewięciu spośród tak wyłapanych zamordowano w linczu sądowym (bez prawa do obrony), wykonując egzekucję zaledwie w osiem dni po „procesie”. 50 innych skazano (kilku uniewinniono) w różnych późniejszych procesach na kary więzienia, ale nie wiemy, czy w ogóle kary te odbywali, albo czy rzeczywiście mieli coś wspólnego z tą zbrodnią.

O naznaczaniu kredą mówił również sędzia Andrzej Jankowski, długoletni szef  Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Kielcach, potwierdzał także fakt, iż nikogo nie wpuszczano na placyk i do domu przy ulicy Planty 7, a co dopiero „motłochu”! Wyniki badań Kąkolewskiego potwierdzają także: Jerzy Robert Nowak,  ks. Jan Śledzianowski, zmarły dopiero co Iwo Cyprian Pogonowski i inni.

Honor dziennikarstwa ratuje dzisiaj Internet, gdzie znalazłem na przykład „MP Monitor Polski” (i kilka innych publikacji), a w nim obszerny wywiad z sędzią Jankowskim oraz zestawienie: relacji prokuratorów IPN, opartej na dokumentach, a raczej na ich szczątkach, bo większość uległa zniszczeniu w 1988 roku – z opowieścią uwzględniającą dogłębne badania, także te, które przeprowadził Krzysztof Kąkolewski, choć powołują się na niego tylko pojedynczy autorzy.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl