Dziennikarze stali się głównymi winnymi stanu polskiego dziennikarstwa i odnoszę wrażenie, że prawie wszystkim z tym dobrze.

Obrazek z porannego kolegium. ­ To jest ostatni tydzień mojej pracy w firmie – obwieszcza młody reporter. ­ Zmieniam miasto, przenoszę się do Warszawy, do portalu – dodaje.

­ Ale jak to? ­ słychać pomruki, kręcenie głową, niedowierzanie. Jednak po kilku minutach temat nie istnieje. Każdy wrócił do swoich zajęć.

Niedługo potem, na stronie Stowarzyszenia Gazet Lokalnych czytam, że lokalni wydawcy mają problemy z zatrudnieniem dziennikarzy. Ponoć ci doświadczeni nie garną się do tej pracy, a młodzi, nie chcą przyjść nawet na staż.

Ach ci dziennikarze. Nie chcą pracować w lokalnych mediach, które – jak niedawno donosiła branżowa prasa – są ostatnią deską ratunku dla dziennikarstwa śledczego. Gonią – w domyśle – za pieniędzmi i sławą do stolicy.

Spadek etosu

Dziennikarze już dawno stali się głównymi winnymi stanu polskiego dziennikarstwa i odnoszę wrażenie, że prawie wszystkim z tym dobrze. Jednak prawda jest też taka, że i my dziennikarze sami dajemy czasem pretekst do tego, by brak szacunku dla tego zawodu, był czymś normalnym. Choćby taka sytuacja. W jednym z lipcowych wydań tygodnika Wspólnota (Wydawnictwo Wspólnota Mateusz Orzechowski), wójt gminy Firlej (powiat lubartowski, województwo lubelskie) Sławomir Cieszko użył wobec dziennikarza i reprezentowanej przez niego redakcji sformułowania „Nie róbcie z siebie już szmatławca!” i zażądał, by nie pisać o sprawie związanej z okolicznościami zatrudnienia w urzędzie byłego posła PSL Henryka Smolarza. W innych mediach cisza. Każdy przechodzi nad tym do porządku dziennego. ­ Nie takie rzeczy słyszałem pod swoim adresem – mówi mi dziennikarz, który od 20 lat opisuje lokalną politykę na Lubelszczyźnie.

Doskonale wiem, że praca dziennikarza nie należy do łatwych, a zaufanie społeczne potrzebne do wykonywania tego zawodu spada. To efekt nieustannych prób dyskredytowania dziennikarzy przez różne środowiska, czego wypowiedź wójta gminy Firlej jest dobitnym przykładem.

 

Brak solidarności

Mam świadomość specyfiki tego zawodu, więc – w imię wolności słowa ­ godzę się przyjmować także niesprawiedliwe oceny dziennikarskiej pracy. Jednak dziwię się kolegom i koleżankom, że nie reagują kiedy dziennikarze są obrażani, a tego typu sformułowania padają z ust osoby publicznej.

Wyjaśnienie tej „zagadki” jest jednak banalnie proste: brak solidarności. Spowodowany jest on jednak nie obawą o przyszłość, utratę etatu, czy zaufania wydawcy lub naczelnego, ale statusem dziennikarskim właśnie. Marne zarobki i brak poważania zawodu dziennikarza sprawiają, że głos ten nie byłby słyszalny nawet w lokalnej społeczności. Wychylanie się więc nie ma sensu. Zamiast solidarności i walki o etos zawodu jest trwanie. Co gorsza, mam wrażenie, wszystkim jest ono na rękę. Dziennikarzom, bo dzięki takiemu trwaniu nie mają gorzej, a wydawcom i właścicielom, bo mogą tanio produkować swoje media.

 

Tomasz Nieśpiał

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl