Kiedy zbliżał się do końca okres stalinowski w Polsce zwanej „ludową”, kierownictwo kompartii doszło do wniosku, że musi mieć medium, które by legitymizowało w jakiś sposób władzę komunistyczną w oczach świata zachodniego. W ten sposób powstał miesięcznik „Polska” (roboczo zwany „Polska – Zachód”, bo była też „Polsza” czyli „Polska-Wschód” – bez polskiej wersji językowej – przeznaczona  dla ZSRS), mający ukazywać światu kraj, który żyje normalnie, jak każdy, który ma masę twórczych jednostek, realizujących się w różnych dziedzinach sztuki i życia publicznego, ma odrębną i niezwykłą historię (którą po części trzeba było jednak ukrywać), wielki dorobek przedsiębiorczości, twórczości, w tym przede wszystkim sztuki i literatury. Początkowo był to taki kwiatek do kożucha, z fotoreporatażami z występów „Mazowsza” czy „Śląska”, z budowy osiedli robotniczych, z odbudowy zniszczonych podczas wojny miast, a szczególnie starówek, taki sobie propagandowy magazyn bez większego znaczenia.

Miał jednak od początku (tj. od 1954 roku) pewną zaletę, a mianowicie własną estetykę lay-outu, gdzie kładziono szczególny nacisk na jakość fotografii i reprodukcji. Charakterystyczne, że w okresie największego rozwoju pisma pracowało w nim na etatach sześciu (wybitnych) fotoreporterów i dwójka zaledwie dziennikarzy piszących. Układ graficzny, wyróżniający się czystością i dobrym smakiem, był dziełem znanego rysownika, Lecha Zahorskiego. Nabrało to większego znaczenia, gdy redakcję pisma objął Jerzy Piórkowski, jeden z „pryszczatych” (wedle określenia Alicji Lisieckiej), człowiek, bez względu na jego afiliacje polityczne, o wysokim morale w kwestiach zasadniczych, swoista pięść na partyjnych krętaczy i korupentów (naprawdę się go bali, aż w końcu go unieszkodliwili), redaktor, który w czerwcu 1956 roku, gdy prowadził „Nową Kulturę”, opublikował pierwszy „List z Workuty” (napisany nota bene przez Jerzego Urbankiewicza, łodzianina, absolwenta Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, późniejszego autora około trzydziestu książek). Od tej odważnej decyzji ręce umyli współredaktorzy pisma, Wiktor Woroszylski i Tadeusz Konwicki. Następne listy zesłańców do redakcji zaowocowały dłuższym cyklem pt. „Listy z Workuty”.

Jerzy Piórkowski dokonał gruntownej przemiany pisma „Polska”, z magazynu obrazkowego o pokroju propagandowym, w czasopismo sensu stricto intelektualne, poświęcone kulturze, historii, filozofii i zagadnieniom społecznym, zapewnił mu udział takich piór jak Władysław Tatarkiewicz, Tadeusz Kotarbiński (który np. jako zdeklarowany ateista snuł rozważania o moralności w Biblii), Roman Ingarden, Władysław Stróżewski, Stefan Kieniewicz, Henryk Wereszycki, Stefan Kisielewski, by wymienić tylko największych. Starano się przywrócić etos Armii Krajowej, niezwykle bogato i wielostronnie ukazując przy okazji rocznic wielkość i chwałę Powstania Warszawskiego. Składano również hołd powstańcom z warszawskiego getta, publikując m.in. wstrząsające fotografie z archiwów niemieckich. Zajmowano się obficie Sprawiedliwymi wśród narodów świata…

Jednocześnie wzbogacono dział dawnej i nowej sztuki,  reprodukując i drukując na najwyższym poziomie poligraficznym (pismo było pieszczotką drukarzy dawno już zaoranych w III RP Zakładów  Wklęsłodrukowych)  najwybitniejsze dzieła malarstwa i rzeźby, od portretów trumiennych poczynając, aż po obrazy Nowosielskiego, Dwurnika, Starowieyskiego czy Beksińskiego. Pismo ukazywało się w sześciu językach, w 100 tys. egz., któregoś roku wersja szwedzka wygrała „dzień bez błędów”, pokonując całą prasę Szwecji. Studenci w kampusach amerykańskich uniwersytetów stronicami reprodukcji dzieł polskiej sztuki plastycznej i fotografii wylepiali ściany swoich pokojów, deklarując, że wolą to pismo od amerykańskiego „Life’u”.

Redaktor naczelny w swoich wstępniakach, akcentując przynależność Polski do Zachodu, nie szczędził razów Niemcom, Francuzom i Anglikom, za ich obojętność wobec losu krajów Europy Środkowo-Wschodniej, za ich butę i pogardę wobec krajów biedniejszych, za akceptację przez ponad sto lat Europy bez Polski, zniewolonej przez drapieżców (jak to określił niemiecki historyk Michael Miller). Itd.,  itp. Wszystko to skończyło się nagle po kilku latach, gdy ambasador sowiecki zażądał zdjęcia ze stanowiska redaktora naczelnego (a stało się to nie bez udziału „polskich” donosów), po opublikowaniu numeru z okładką Jana Młodożeńca, na której orzeł polski zrywa się z oków, wokół których widniały trzy daty: 1830, 1863 i 1944….  „Towarzysz” Piórkowski przesiedział w domu, bez przydziału przez dwa lata, z zakazem wstępu do redakcji, otrzymując tylko pensję, aż wreszcie zlitował się nad nim Jarosław Iwaszkiewicz i uczynił zastępcą redaktora naczelnego „Twórczości”, zapewne za czyimś wysokim zezwoleniem. Próba interwencji Kotarbińskiego u Gierka skończyła się stwierdzeniem potężnego genseka, że „jesteśmy bezradni wobec życzenia przedstawiciela ZSRR”.  

Następnie w 1975 roku zredukowano do standardowej wielkości format pisma, a także przycięto o więcej niż połowę nakłady poszczególnych jego wersji językowych, kończąc jego bohaterski i naprawdę niezwykły okres. Tyle jednak zostało z poprzedniej sławy, że gdy 14 grudnia zamknięto redakcję (numer grudniowy pisma przygotowany w paczkach do wysyłki został przez specjalny oddział wojska pacyfikujący drukarnię skłuty bagnetami), zachowując pensję pracowników na czas nieokreślony, na skutek ok. 600 listów czytelników zachodnich, w tym wielu intelektualistów, po ośmiu miesiącach przywrócono pismo do życia. Co prawda w postaci jeszcze bardziej okrojonej, dwu wersji dwujęzycznych, przy czym w „drugim” języku zamieszczano jedynie streszczenia artykułów wydrukowanych w „pierwszym” języku (były to wersje: angielsko- niemiecka i francusko-hiszpańska).

No i jeszcze jedna, najważniejsza sprawa, główny powód tego tak niezrównoważonego w proporcjach tekstu. Otóż nie przyznając następcy, Ryszardowi Wasicie formatu poprzednika, jedno trzeba mu oddać: w tym pomniejszonym i pozbawionym dawnego blasku piśmie zainicjował (jeszcze w latach 70.) jednak coś nowego i ważnego z punktu widzenia interesów polskiej kultury i tradycji, co nie powinno być zapomniane, a nawet co warto by było kontynuować obecnie. Była to mianowicie doroczna nagroda dla autora- cudzoziemca książki o Polsce i Polakach, której materialną częścią była niewielka kwota pieniężna (o ile pamiętam 10 tys. złotych do wydania w Polsce), ale przede wszystkim opłacony przez redakcję dziesięciodniowy pobyt w naszym kraju, z projektem interesujących podróży studyjnych z przewodnikiem.

Niżej podpisany miał przyjemność pełnić funkcję sekretarza jury tej nagrody i spędzać po kilka tygodni w stosownym dziale Biblioteki Narodowej, gdzie znajdowały się spisy przysyłanych do BN książek i one same. Było tego całe mnóstwo, pamiętam np. japońską książkę o Andrzeju Wajdzie, były opracowania o Polańskim, różnorakie polonika, także nasza literatura emigracyjna, która interesowała mnie przy okazji osobiście, chociaż bez związku z nagrodami.

Wśród wybranych przeze mnie lub zaproponowanych przez inicjatora, a następnie  nagrodzonych przez jury (m.in. prof. prof. Aleksander Gieysztor i Jerzy Hryniewiecki) autorów byli m. in.:  pewien włoski profesor historii sztuki (nazwiska nie pomnę), autor książki o…polskim renesansie, wspomniany Michael Miller, który napisał książkę o rozbiorach Polski, Jakub Forst-Bataglia, autor  książki Polnisches Wien (czyli Polski Wiedeń), Eugen Falk, profesor  (słowackiego pochodzenia) na Uniwersytecie Północnej Caroliny, autor naukowej rozprawy pt. The Poetics of Roman Ingarden, Chapell Hill 1981, Ludmiła Sofronowa, pracownica naukowa Instytutu  Słowianoznawstwa i Bałkanistyki w Moskwie, która wydała pracę o teatrach jezuickich w Polsce (!), czy wreszcie Joanna K.M. Hanson, autorka pracy pt. The Civilian Population and the Warsaw Uprising of 1944, czyli Ludność cywilna a Powstanie Warszawskie 1944 . Jak opowiadała mi autorka, tekst tej ostatniej pozycji został przeszmuglowany z Warszawy do Londynu w stanie wojennym.

Naturalnie, nagrodzonych autorów i książek było więcej,  jednym z najbardziej poruszających fenomenów w tej mierze był, jak pamiętam, belgijski znawca dzieła Fryderyka Chopina, o nazwisku Xavier, który pisał do redakcji listy polszczyzną mniej więcej z okresu lat 40 dziewiętnastego wieku, bo nauczył się polskiego z korespondencji naszego geniusza, a także z gazet polskich z tej epoki. Poza nagrodą główną jury przyznawało także honorowe wyróżnienia, tak więc każdego roku kilkoro autorów i autorek z różnych krajów zacieśniało swoje relacje z Polską i stawało się w nich ambasadorami naszej kultury.

Wydaje się, że warto by wrócić do tej inicjatywy i podjąć ją na nowo. Mógłby to zrobić odnowiony Instytut Adama Mickiewicza, mając mecenasa głównego w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czy np. Fundacja im. Janusza Kurtyki prowadzona przez syna Pawła Kurtykę, z zapewnieniem tegoż mecenatu. Byłby to twórczy element nowej polityki historycznej, tak bardzo nam dzisiaj potrzebnej.

Jerzy Biernacki

PS. Nie wspominam o krótkim epizodzie powrotu do życia magazynu „Polska” w latach 1998-1999: przygotowano cztery numery, w tym jeden NATO-wski  także w języku angielskim (w marcu 1999, gdy Polska wstępowała do Paktu; 2000 egzemplarzy rozprowadzono za pośrednictwem placówek dyplomatycznych), po czym zabrakło woli politycznej do kontynuowania projektu. A szkoda!  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl