Miałem już więcej nie polemizować z kol. Krzysztofem Kłopotowskim. A jednak jego nowe myśli w „O polityce dla prawdziwych Polaków” (nasz portal 9 października br.) są tak oryginalne, że muszę, nawet wbrew sobie, obnażyć ich głębię.

 

        Nie zajmuję się opinią Kłopotowskiego o prawicowo-lewicowych sporach dotyczących aborcji. Natomiast zbulwersował mnie sąd publicysty, iż „wielu” dzisiejszych radykalnych zwolenników całkowitego jej zakazu wywodzi się z kręgów obrońców decyzji o wywołaniu Powstania Warszawskiego, i uważam, że to bynajmniej nie anachronizm, a po prostu, excusez le mot, wielkie głupstwo - tak, powiedziałbym, obezwładniające, że nie umiem tej oceny logicznie uzasadnić. Ale mam ten komfort, iż nie muszę, ponieważ nie ja wymyśliłem ten nonsens. Liczę, że kol. Kłopotowski po spokojnym zastanowieniu się nad swym powiązaniem owych rzeczywistości dojdzie do wniosku, iż temat go zwiódł i myśl uciekła w rejony, gdzie wszystko może być wszystkim.

 

        Wydaje się, że moje dotychczasowe sprzeciwy wobec sądów kol. Kłopotowskiego wynikają z dwu przyczyn. O pierwszej już w pewnym tekście polemicznym wspomniałem. Że Kłopotowski de publicis jest zawsze  t r o c h ę  – trochę  z a  i trochę  p r z e c i w;  trochę za patriotyzmem, trochę za renegactwem, trochę za odwagą w publicystyce, trochę za oportunizmem; trochę chwali dorobek śp. Andrzeja Wajdy („Pana Andrzeja”, jak niedawno przymilnie wyrażał się o reżyserze), lecz i trochę krytykuje jego postawę polityczno-ideologiczno-moralną. Trochę postponował Tadeusza Mazowieckiego za uległość wobec reżymu pezetpeerowskiego i trochę go bronił przed zarzutami konformizmu. (proszę więc, żeby przeczytał ostatnią książkę Jarosława Kaczyńskiego „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC”).

 

Owo zawsze „trochę” przypomina późne lata PRL, kiedy można już było publicznie powiedzieć lub napisać coś krytycznego o ustroju, wszelako jedynie „coś” -  wedle Leopolda Tyrmanda „przedstawiało się ersatz w miejsce autentycznego problemu czy autentycznej odkrywczości”.

 

Ale mniejsza. Najgorsze jest niezrozumienie, że tak powiem, niuansów historii ostatnich ponad stu pięćdziesięciu lat. Kłopotowski uważa, że margrabia Aleksander Wielopolski „daremnie próbował wstrzymać Powstanie Styczniowe”. Nie daremnie powstrzymywał, lecz nierozsądnie je wywołał; ściśle: przyśpieszył jego wybuch! Od pierwszych lat sześćdziesiątych XIX w. w Warszawie wskutek terroru rosyjskiego dochodziło do krwawych starć mieszkańców z policją, nawet kościoły sprofanowane przez Rosjan były obłożone interdyktem. Napięcie między Polakami a zaborcą sięgało zenitu; w tych warunkach konspiracyjnie przygotowywano insurekcję. Wielopolski wiedział o tym i chciał, żeby rewolta została źle przygotowana, bo wtedy szybciej by sczezła i mniej byłoby ofiar. Rozumował (trochę) patriotycznie, a ponieważ wedle Pawła Jasienicy „głupota nie rozgrzesza polityków”, więc ogłosił w styczniu 1863 r. tzw. brankę do wojska rosyjskiego, spodziewając się słusznie, że jego rodacy chwycą za broń. Zatem nie chcąc dopuścić do wykrwawiania się narodu – sprowokował, a nie udaremnił, powstanie trwające prawie trzy lata. Odpowiedzialnemu publicyście o wykształceniu historycznym nie godzi się tak niefrasobliwie napisać, że „daremnie próbował”, ponieważ owo „próbowanie” stało się ostatecznie przyczyną sprawczą irredenty rozpoczętej w najgorszej porze roku...

 

Podobnie z Powstaniem Warszawskim. Ono musiało wybuchnąć tak czy inaczej: czy byłoby „wywołane”, jak pisze Kłopotowski, czy stałoby się buntem spontanicznym. Po prawie pięciu latach codziennych zbrodni okupanta i upokorzeń rodziła się w duszach Polaków, zwłaszcza wśród młodzieży inteligenckiej, żądza odwetu - nie do poskromienia. Sporo od zakończenia wojny wydano pamiętników pisanych przez młodych akowców przed 1 sierpnia 1944 r. Polecam jedne z najznamienitszych – Zbigniewa Wernica „Pamiętnik «Cesara»”. Zapiski, ocalały z pożogi i nierozczytane przeleżały prawie siedemdziesiąt lat, dopiero niedawno, cudem odczytane, ujrzały światło dzienne. Ich autor, siedemnastoletni elew tajnej podchorążówki i dowódca drużyny akowskiej, rozstrzelany w lipcu 1944 r. w ruinach getta, daje wstrząsający wyraz swoich i rówieśników odczuć – oni mentalnie i moralnie byli gotowi do walki, ba – łaknęli jej ich płuca tlenu już od połowy 1943 r. Zresztą świadectw nastrojów młodzieży warszawskiej jest o wiele więcej i wspaniałych – od Baczyńskiego, Strońskiego, Gajcego, Trzebińskiego...  

 

Napięcie było niemal takie samo jak w latach 1861-1863. Do eksplozji wystarczyła iskra - Niemcy ją skrzesali niczym przed prawie stu laty Wielopolski. Wezwali tysiące mężczyzn do prac fortyfikacyjnych. Wiadomo było, że nikt by nie przyszedł, albo zgłosiłaby się garstka. Niemcy wyciągaliby z domów młodych warszawian i albo natychmiast by ich rozstrzeliwali, albo wywozili do obozów koncentracyjnych. To był bezpośredni impuls do godziny „W”. Dowództwo AK nawet nie miało czasu na dokładne zraportowanie gen. Kazimierzowi Sosnkowskiemu powstałej sytuacji; zresztą czy by w Londynie ją zrozumiano? Trudno było zaiste temu, kto od zniszczenia getta nie mieszkał w Warszawie, pojąć ówczesnej kondycji psychicznej jej ludności.

 

Opracowań historiograficznych o różnej wartości naukowej odnoszących się do obu wielkich tematów jest multum. I wstydziłbym się tu w polemice z Kłopotowskim wymienić choćby kilka.

 

W każdym razie przyrównywanie dzisiejszych politycznych radykalnych przeciwników aborcji do tych, co „wywołali” oba powstania, jest, jak rzekłem na początku, nierozumnym skrótem myślowym, implikującym zafałszowanie dziejów. A taka niefrasobliwość nie przystoi historykowi z wykształcenia i publicyście od lat komentującemu zjawiska i wydarzenia najżywotniejsze dla narodu, w którego języku pisze swe artykuły i komentarze, pisze zresztą wybornie; mało mamy publicystów o tak sprawnym piórze.

 

Kłopotowski cytuje też Bismarcka („dajcie Polakom się rządzić, a sami się wykończą”) z jakąś niewytłumaczalną ledwo zauważalną satysfakcją. Bismarck mówił to z nienawiści do nas i podczas zaborów, kiedy Niemcy trzymali po rozbiorach najlepsze ziemie polskie i nie wyobrażał sobie, żebyśmy mogli je im odebrać i nimi rządzić, więc zohydzał swym rodakom i Europie wirtualną, jakbyśmy dziś powiedzieli, wizję polskiego samowładztwa. Lecz czy to powód, żeby na te niemieckie antypolskie paskudztwa powoływał się dzisiaj  p o l s k i  publicysta, mimo wszystko trochę patriota?

 

I teraz druga przyczyna naszych, Kłopotowskiego i moich, ustawicznych sporów. Zrozumiałem wreszcie, skąd one się biorą. Z odmienności warsztatu. Kłopotowski jest krytykiem filmowym, napatrzył się na tyle obrazów, że myśli nolens volens sekwencjami filmowymi, a one zazwyczaj zachwycające pięknem ujęć, grą bohaterów, wątkami dynamicznymi, fascynujące intrygami – nie wnikają w głąb rzeczy, bo obraz jest zawsze, był i będzie zewnętrznym, li tylko materialnym wyrazem przeżywania świata, nigdy duchowym. Nawet patriotyzm można w filmie wyrzucić z trupami na śmietnik lub na ulicę czy do ekskrementów – jak w „Popiele i diamencie”, „Katyniu”, „Kanale” Andrzeja Wajdy.

 

Właściwie po tym, co tu napisałem, powinienem przestać oglądać filmy...

 

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl