Na naszym Portalu panowie redaktorzy Jacek Wegner i Wojciech Piotr Kwiatek, toczą spór o to, czy film Wołyń Wojtka Smarzowskiego (reżyser wciąż chce być Wojtkiem, a nie Wojciechem, tak jest w czołówce) powinien być pokazywany na Ukrainie, czy nie powinien. Jacek Wegner w ogóle, jak rozumiem, uważa, że film nie powinien był powstać, a na pewno nie powinien być naszym sąsiadom pokazywany, bo osłabia niejako Ukrainę broniącą się przed agresją rosyjską i wpisuje się w nurt Putinowskiej antyukraińskiej propagandy.

Należy więc rozumieć, że Polacy w ogóle nie powinni (chyba że po cichu, we własnym gronie) wspominać o rzezi wołyńskiej i wschodnio galicyjskiej, a już w żadnym razie żądać od Ukraińców przyznania się do winy swoich przodków i wyrażenia skruchy. Nie mówiąc o zaprzestaniu nawiązywania obecnie do nacjonalistycznych i szowinistycznych „idei” OUN-UPA i do „banderowszczyzny”, co nie tylko ma miejsce, ale jest stosowane przez obecną władzę państwa ukraińskiego i to w formie legislacyjnej!

Red. Wegner znakomicie przypomniał też kilka faktów z dziejów stosunków ukraińsko-polskich, które mogłyby być znacznie lepszym (mówiąc eufemicznie), niż tradycja OUN-UPA, fundamentem dzisiejszych relacji ukraińsko-polskich, gdyby rodacy Sahajdacznego i Szewczenki oraz ich władcy w Kijowie zechcieli się do nich odwoływać.

Wojciech Piotr Kwiatek jest takim stanowiskiem do głębi oburzony i wyraża opinię całkowicie odwrotną, dowodząc niejako, że bez względu na wszystko trzeba o tamtym ludobójstwie głośno mówić, zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, i oczywiście Ukraińcom film Wołyń pokazywać. „Bez względu na wszystko”, to znaczy ryzykując nawet znaczne pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich, które w ostatnich latach układają się bardzo dobrze.

Napisałem w tytule: „nie tak i nie tak, czyli inaczej”. To znaczy, że mam jakiś koncept na rozwiązanie tej kwadratury koła? Może raczej projekt zróżnicowanych działań, dotychczas fatalnie zaniedbanych . W przeciwieństwie do tych, którzy sądzą, że należy dystansować się do Ukrainy, bo niektórzy (nie tak znowu nieliczni) jej obywatele, skupieni w nacjonalistycznych organizacjach wysuwają roszczenia terytorialne wobec Polski i w żadnym razie nie zgadzają się z polskim opisem owych rzezi dokonywanych na Polakach ponad 70 lat temu –– jestem zdania, że powinniśmy jednocześnie wspierać walkę Ukraińców o wydobycie się ze strefy wpływów rosyjskich i ich aspiracje do Unii Europejskiej i zarazem nie cofać się przed mówieniem im prawdy o tym, co zrobili ich przodkowie na zachodzie ich kraju, czyli na dawnych Kresach Rzeczypospolitej.

Naturalnie, jest to w największym stopniu zadanie dla historyków skupionych w Instytucie Pamięci Narodowej, poprzez współpracę z Instytutem ukraińskim, nie jest to w każdym razie niemożliwe, chociaż trudne. I naturalnie, należałoby pokazywać film Smarzowskiego na Ukrainie, chociaż raczej w kinach studyjnych, jeżeli takie tam mają, przy czym całkowicie niezbędne wydaje mi się jedno ważne uzupełnienie na zakończenie filmu. Koniecznie, już po wygaśnięciu pięknego obrazu końcowego, należy dodać podstawową informację  o zbrodni wołyńskiej: daty, liczby (99 napadniętych i spalonych wsi pierwszego dnia akcji, czyli 11 lipca 1943 roku, tysiące pomordowanych Polaków), szacunkowe statystyki, nierzadkie przypadki mordów UPA na Ukraińcach, którzy nie chcieli zabić swoich polskich małżonek, albo którzy uprzedzili swoich sąsiadów o grożącej im śmierci i pomagali w ucieczce, także o polskiej samoobronie i o odwetach (wraz z ich potępieniem, bo te odwety dotknęły niewinnych  ludzi) etc. Zwięzła informacja, umieszczona po wygaśnięciu obrazu, nie zepsuje artystycznej wymowy filmu.

 

Ale rzecz główna polega na czymś innym. Otóż należy (należało już od dawna) w tej sprawie rozmawiać przede wszystkim z władzami Unii Europejskiej. Ukraina jest w tej chwili w układzie stowarzyszeniowym z Unią. Należy więc doprowadzić do tego, by UE przede wszystkim dowiedziała się o tym ludobójstwie i nie tylko na Ukrainie, ale właśnie w Brukseli pokazywać film Smarzowskiego. Powinni go obejrzeć wszyscy komisarze unijni, na czele z panem Junckerem, przewodniczącym Komisji Europejskiej i panem Schultzem, przewodniczącym PE. Dobrze by było również, gdyby we wnętrzach urzędów unijnych bądź PE urządzić na nowo wystawę przygotowaną 3 lata temu przez p. Ewę Siemaszko i pokazywaną wówczas (w 70-lecie zbrodni) na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, przed Domem Polonii. Oczywiście, polskie napisy należałoby przetłumaczyć przynajmniej na angielski. Nie byłaby to wielka praca, gdyż gros napisów to były… setki nazw napadniętych wsi i tysiące nazwisk pomordowanych Polaków.

Następnym etapem działania byłoby przekonanie kierownictwa UE do tego, by warunkiem przyjęcia Ukrainy do Unii (oprócz wszystkich innych warunków) był wymóg rezygnacji władz państwa ukraińskiego z nawiązywania do ludobójczej w skutkach tradycji nacjonalistycznych banderowszczyzny i OUN-UPA. Dodatkowym argumentem, na który komisarze unijni byliby na pewno wrażliwi, powinno być przypomnienie, że UPA, a także SS Galizien, wespół z okolicznym chłopstwem, zabijali nie tylko Polaków (130 sposobami zadawania śmierci, w tym wielu najbardziej okrutnymi), lecz także wymordowali tysiące Żydów.

Podam pewien przykład. Turcja od 1963 roku jest w układzie stowarzyszeniowym z UE. Przez ponad 50 lat nie została jednak przyjęta do Unii. Jednym z istotnych tego powodów był brak przyznania się Turków do ludobójstwa na ponad milionie Ormian  w 1915-16 roku. Ponad 100 lat temu. Pomijam, oczywiście, sprawę ostatniego puczu i tego, co stało się po nim. Co oddaliło Turcję od Unii być może na dalsze 50 lat.

Muszę tu dodać, że projekt zaangażowania UE w tę sprawę, wraz z przykładem tureckim, zawdzięczam prof. Ryszardowi Szawłowskiemu, wybitnemu znawcy prawa międzynarodowego, biografowi Rafała Lemkina, polskiego prawnika, który wprowadził do języka prawniczego termin ludobójstwo (użytego po raz pierwszy w procesie norymberskim), autorowi określenia rzezi wołyńsko-galicyjskiej jako genocidum atrox (ludobójstwo ze szczególnym okrucieństwem).

Czy to znaczy, że chcielibyśmy zahamowania procesu integracji Ukrainy z UE? Nie. Jedynie przyznania się do winy przodków oraz potępienia zbrodni. I nieutrudniania Polakom poszukiwań szczątków pomordowanych, ich identyfikacji (o ile możliwa), pochowania i kultywowania ich pamięci.

Nie mówiąc o tym, że skoro Ukraińcy otrzymali za darmo kresową naszą wspólną przez sześć wieków ziemię i wiele polskich miast (polskich kulturowo i historycznie, nie w sensie własności), z tak ważnym dla kultury polskiej Lwowem na czele, to przynajmniej powinno nam być wolno przyznawać się do polskiej historii Kresów ukrainnych (Polacy nie zdobywali ich orężem, lecz poprzez obopólnie aprobowaną unię) i oczekiwać zwrotu pozostawionych na nich ruchomości artystycznych i naukowych, tysięcy dzieł sztuki zrabowanych z kościołów, pałaców i dworów, pozostałej we Lwowie części Ossolineum i np. 65 obrazów Jacka Malczewskiego, które prawem kaduka pozostają w ukraińskim Lwowie.

                                                *****

Jest jeden ważny powód, dla którego nie powinienem w gruncie rzeczy być wielkim zwolennikiem tego filmu, mimo jego niewątpliwych walorów artystycznych, perfekcyjnej gry Michaliny Łabacz, odtwarzającej postać głównej bohaterki, i wspaniałych zdjęć Piotra Sobocińskiego jr., a mianowicie brak istotnej różnicy kulturowej pomiędzy chłopstwem ukraińskim a polskim (bo ziemiańskiego czy inteligenckiego środowiska w filmie w ogóle nie ma). Otóż  mamy tu do czynienia z jednakowym po obu stronach okropnym prymitywizmem, niską kulturą osobistą bohaterów, różni ich w gruncie rzeczy tylko to, że Polacy nie mordują. Co jest dodatkowo o tyle nieprawdopodobne, że mąż głównej bohaterki jest zamożnym  gospodarzem, w okresie sowieckim zaliczonym do kułaków i wywiezionym wraz z rodziną (jej udaje się uciec z transportu).

To przekłamanie w filmie jest bardzo przykre i nie mogę się nadziwić, że nie zwrócił na nie uwagi Stanisław Srokowski, uratowany z rzezi jako dziecko, autor książki pt. Nienawiść, na której motywach film został nakręcony. Nie muszę, jak sądzę, dowodzić, że w rzeczywistości te różnice były, i to były znaczne. Nie chodzi o żadne wynoszenie się ponad innych, chodzi jedynie o prawdę, o zgodność obrazu filmowego z rzeczywistością historyczną.

Posłużę się tutaj pewnym świadectwem. Oto fragment prozy eseistycznej Poety, który nota bene sam podkreślał, że „odciął martwą rękę nacjonalizmu” i o którego „skazie” (polegającej m.in. na skrajnej niechęci do Polski i  Polaków) pisał kiedyś prof. Jacek Trznadel; nie dotyczy ów fragment bezpośrednio wsi, rzecz ma miejsce na dworcu wielkiego miasta (Kijowa?), ale opisywani ludzie to chłopi ukraińscy, głównym zaś celem opisu jest bardzo wyraźne, a nawet szokujące, wskazanie owych różnic, opisywana zaś scena staje się przyczyną nagłego patriotycznego wzruszenia antypatriotycznie nastawionego autora.

Pisze Czesław Miłosz: „W swoich wędrówkach w początkach drugiej wojny światowej zdarzyło mi się, co prawda na bardzo krótko, być w Związku Sowieckim. Czekałem na pociąg na stacji jednego z wielkich miast Ukrainy. Był to olbrzymi gmach. Ściany były pokryte portretami i transparentami niewymownej brzydoty. Gęsty tłum w kożuchach, mundurach, czapach z uszami i wełnianych chustkach zapełniał każdą wolną przestrzeń i rozgniatał grubą warstwę błota na posadzkach. Marmurowe schody pełne były śpiących nędzarzy, ich nagie nogi wyglądały  z łachmanów, chociaż była to zima. Z góry nad nimi głośniki ryczały propagandowe hasła. Przechodząc, zatrzymałem się, nagle czymś tknięty. Pod ścianą umieściła się rodzina chłopów: mąż, żona i dwoje dzieci. Siedzieli na koszykach i tobołach. Żona karmiła młodsze dziecko, mąż – o ciemnej, pomarszczonej  twarzy, z opadającymi czarnymi wąsami, nalewał herbatę z czajnika do kubka i podawał starszemu synowi. Mówili ze sobą przyciszonymi głosami po polsku. Patrzyłem na nich długo i nagle poczułem, że łzy płyną mi po policzkach. I to, że właśnie na nich zwróciłem uwagę w tłumie i moje gwałtowne wzruszenie były spowodowane ich zupełną       i n n o ś c i ą.  Była to ludzka rodzina, jak wyspa w tłumie, któremu czegoś brakowało do zwyczajnego, małego człowieczeństwa. Gest ręki nalewającej herbatę, uważne, delikatne podanie kubka dziecku, troskliwe słowa, które raczej odgadywałem z ruchu ust, ich odosobnienie, ich prywatność w tłumie – oto co mną wstrząsnęło. Zrozumiałem wtedy na chwilę coś, co znowu zaraz uciekło.” (Zniewolony umysł).

Tej polskiej   i n n o ś c i zabrakło mi w filmie Wołyń. Mimo to trzeba go pokazywać, bo innego na razie nie mamy.

Jerzy Biernacki   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl