Latem obserwowałem z Nowego Jorku tragikomedię kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa. Przewaga była po stronie komedii, kiedy brutal i kłamca w najgorszym guście sięgał po najwyższą władzę. Teraz zimą będąc znowu w Nowym Jorku obserwuję dalszy ciąg widowiska. Akcent przesuwa się w stronę tragedii. Rosja pomogła mu z hakerami wygrać wybory, jak twierdzi CIA, a zbiry na Kremlu zacierają ręce.

  Czy prezydent – elekt Donald Trump mianując sekretarzem stanu prezesa Exxon Mobil zignorował konflikty interesów wielkiej korporacji i swojego kraju? Nie, bo konfliktu być nie musi. „The business of America is bussines”, jak prezydent Calvin Coolidge dosadnie określił prawie sto lat temu, na czym polega interes Stanów Zjednoczonych. Ale przecież nie na tym polega interes Polski. Nasz polega na tym, aby przetrwać bez większych strat pomiędzy Rosją a Niemcami.

  Przyszły sekretarz stanu Rex W. Tillerson  dostał Order Przyjaźni od prezydenta Putina kilka lat temu. Prezes Exxona opanował sztukę robienia interesów w Rosji. Korporacja ma tutaj umowy warte dziesiątki miliardów dolarów. Wielka część inwestycji nie może ruszyć z powodu sankcji nałożonych na Kreml za ukraińską agresję. Tillerson opowiadał się przeciw sankcjom. Raczej nie zmieni zdania jako sekretarz stanu. Ale decyzja będzie należała do prezydenta Trumpa. Sądzę, że Trump będzie chciał je znieść, bo również dla niego „the business of America is business”. Przyszły prezydent USA nie jest ideologiem, jak pokonana rywalka Hillary Clinton. Jest pragmatykiem i oportunistą. Miarą sukcesu są dla niego pieniądze. Przecież w Rosji może zbić fortunę nie tylko Exxon Mobil lecz także inne amerykańskie korporacje. Więc czemu nie? A to nam źle wróży. Nie bądźmy naiwni.

  Mateusz Tyrmand dzieli się w „wpolityce” miłymi wrażeniami z prywatnej pogawędki z Trumpem. Prezydent – elekt chwali nas i zapewnia p. Mateusza, że Ameryka pozostanie sojusznikiem Polski. Niewiele z tego wynika, bo wyniknąć nie może. Wypowiedź Trumpa znaczy tylko tyle, że nie ma dla nas wrogości. Natomiast nie daje gwarancji politycznej. Na pewno?

  Na pewno! Bo ostatnio Trump odebrał umówiony telefon od pani prezydent Taiwanu gratulującej zwycięstwa w wyborach. To wydarzenie bez precedensu od 35 lat. USA nie utrzymują dyplomatycznych stosunków z Taiwanem, żeby nie drażnić Pekinu. Ale będą bronić wyspy w wypadku chińskiej agresji na mocy ustawy z 1979 roku. Czyli Taiwan może być bezpieczny? Nie może! Trump wyjaśnił, że odbierając telefon chciał być tylko uprzejmy i dodał wprost, że będzie grał kartą tajwańską dla uzyskania ustępstw Chin. Znaczy to, że poświęci bezpieczeństwo Taiwanu jeśli uzyska dobre warunki od Pekinu.

  Tyle samo są warte ciepłe słowa Trumpa we wcześniejszej rozmowie z prezydentem Andrzejem Dudą i miła pogawędka z Tyrmandem. Chciał być uprzejmy. Zaś życzliwość okazana Polakom przyda mu się z rozmowach z Putinem jako karta przetargowa. Godzi się nas przytulić, żeby potem porzucić.

  Moskwa ma bez porównania więcej do zaoferowania Waszyngtonowi, niż Warszawa zarówno w gospodarce jak i w polityce międzynarodowej. Polska przyda się Trumpowi jako zapałka na podpałkę albo cierń w boku Rosji, który wyjmie niczym wykałaczkę pod warunkiem pewnych ustępstw Moskwy. Prezydent dla którego biznes jest na pierwszym miejscu będzie chciał robić interesy z Rosją jeśli będzie to korzystne dla gospodarki USA. Natomiast jakieś traktaty, jakieś demokracje, to nie są poważne rzeczy dla miliardera, co otacza się dworem multimilionerów.

  Moim zdaniem gwarancje Trumpa są tyle samo warte, co podobne gwarancje premiera brytyjskiego Neville’a Chamberlaina w 1939 roku. Możemy liczyć tylko na siebie i na tyle ile zostanie z Unii Europejskiej.

 
 

   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl