No, to się porobiło... Po noworocznej „Szopce w muzeum” Marcina Wolskiego rozpoczęła się ogólnoprawicowa debata: czy ta „Szopka…” to obciach, dziadostwo i tandeta, czy przeciwnie – znakomite widowisko, pokazujące po pierwsze, na co TVP SA stać technicznie, a po drugie, że w lekko zapyziałą polską telewizję można tchnąć nowego ducha, mieć dobry pomysł i zrealizować go z powodzeniem?

Od czasów „Polskiego Zoo” z wczesnych lat 90. (też pomysł Marcina Wolskiego) nie było w naszej rozrywce zbyt wielu rzeczy świeżych, dowcipnych, oryginalnych. A już inwazja „kabaretów”, trwająca chyba ponad dekadę albo dłużej skisiła naszą rozrywkę, sprowadzając ją do prostackiej karmy dla „inteligentnych inaczej”. Mnożyły się kabarety, oczywiście zgodnie z polską i kopernikańską logiką coraz gorsze – i to było to nasze „rozrywkowe życie”. Marne opolsko-sopockie festiwale, podporządkowane gustowi „młodego widza” (dodajmy: bardzo młodego…), zanik fajnych imprez estradowych (jeśli nie liczyć różnych Mazurskich Nocy Kabaretowych, opanowanych przez wyżej wymienionych chałturszczyków), brak recitali dobrej piosenki (gdzie się ona podziała?) – słowem telewizję opanowały awanturnicza polityka kolejnych ekip i żenująca chałtura. Poznikali zupełnie ludzie, którzy coś na scenie potrafią: Pietrzak, Rosiewicz, Smoleń, Makowski, z rzadka jest do obejrzenia Marcin Daniec, kiedyś świeży i śmieszny… Inteligentną i piękną Kasię Pakosińską z Kabaretu Moralnego Niepokoju zastąpiła Magdalena Stużyńska, drętwa panienka bez krzty estradowej charyzmy. Pozostają nieśmiertelny Wodecki, czasem Krawczyk; rzadko usłyszy się w telewizji Alicję Majewską, dla której czas absolutnie się zatrzymał. Zniknęła „Filharmonia Dowcipu”, nierówna, ale trzymana wysoko przez wspaniałego Waldemara Malickiego…

I nagle – ta „Szopka w muzeum”! Świetny pomysł dramaturgiczny zaprzęgnięcia do bieżącej politycznej satyry skarbnicę światowego malarstwa, niezwykle sprawna, wręcz perfekcyjna realizacja elektroniczna, dzięki której postacie z obrazów „mówiły” i „śpiewały” aktualne satyryczne polityczne teksty… Oczywiście idea była taka, żebyśmy wreszcie i MY przyłożyli ONYM za lata zbierania ciosów na szczękę lub – w najlepszym wypadku – na gardę.

A Wolski nadaje się do tego jak mało kto. Co prawda kiedyś był „wałęsistą” i w „Polskim Zoo” przywalał „Kaczorom” aż miło, ale cóż… Czas nie stoi w miejscu, a tylko krowa nie zmienia poglądów. Dziś Wolski kieruje telewizyjną Dwójką i, jak widać, bierze się też za rozrywkę. Czy mu się uda? Czy będzie natchnionym odkrywcą wielu rozrywkowych talentów? Nie jest to łatwe – do rozrywki trzeba się niejako urodzić. Kto nie wierzy, niech poogląda stare programy TV z Kwiatkowską, Kobuszewskim, Gołasem, Michnikowskim, Dziewońskim… Tacy nie rodzą się wprawdzie na kamieniu, ale może coś się zdarzy?

Do rozrywki potrzeba też oczywiście tekstów. Trzeba mieć tu nadzieję, że sam Marcin Wolski, choć jest produktywny niebywale, nie ograniczy się do własnych produkcji, że i za tekściarzami, za satyrykami się rozejrzy. Poza tym chyba nie tylko on jeden musi to robić – telewizja to organizm zbiorowy. Jest tam na Woronicza jakaś Redakcja Rozrywki? Jak nie – trzeba ją stworzyć! Bo jedna szopka noworoczna wiosny nie uczyni…

Pojawiają się głosy, że ta „Szopka…” była jednostronna, że powinno się też przypiąć parę łatek „swoim”. Cóż, takie myślenie wskazuje, zdaje się, że łatwo zapomina się o latach, kiedy każdy cios, każdy chamski przytyk, każdy wreszcie bezpardonowy rzyg na politycznych przeciwników był mile widziany i dopuszczalny. Nie było wśród tamtego obozu, o ile pamiętam, „sprawiedliwych”, „uczciwusiów”, „demokratów”, co uznaliby, że to jednostronne, więc nie fair, niesprawiedliwe, nieeleganckie. A tu nagle u nas tylu sprawiedliwych, zniesmaczonych… Kochani – toczy się wojna! Bezpardonowa, nie przebierająca w środkach. ONI jeszcze mają mnóstwo wpływów, mediów, gazet, kanałów, portali – i tam się w elegancję, w dżentelmenerię nie bawią! Powie ktoś: nie przejmujmy ICH metod. A ja powiem: bądźmy skuteczni, pamiętajmy o jaką stawkę walczymy. I że jak przegramy, ONI zastosują z pewnością taktykę „spalonej ziemi” (co kiedyś bodaj w Radiu Wnet powiedział nie byle kto – Lech Jęczmyk).

A la guerre com a la guerre…

Więc dobrze, że pojawił się u nas w TV w dobrej porze bardzo atrakcyjny program – świetna polityczna szopka. Piana, jaką mają na ustach ci, którzy byli jej klientami, najlepiej świadczy, że cel i metodę wybrano trafnie.

A my przestańmy przepraszać, że żyjemy.   

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl