Po raz pierwszy nie zgadzam się ze Zdzisławem Krasnodębskim, a moja niezgoda nie odnosi się jedynie do jego zawiłych układów składniowych, za tę czytelniczą niedogodność odpowiadają zawsze redakcje nieadiustujące tekstów (nb. współczesna prasa zainfekowana jest chorobą internetową: każdy może wszystko pisać, jak chce i umie).

Nie zgadzam się, rzekłbym, pozytywnie z tezą finalną. Otóż „Rzeczpospolita” w numerze z 5-6 styczna 2016 r.) drukuje jego artykuł „Opozycja totalna - czy parlamentarna”, w którym jednak wbrew tytułowi nie jest roztrząsana żadna alternatywa, a raczej oceniania aktualna, na pozór groteskowa rzeczywistość polityczna. Autor patrzy na przedmiot swych rozważań z sympatią skierowaną ku Prawie i Sprawiedliwości, do tego stopnia, że kończy swą enuncjację optymistycznym stwierdzeniem, że „na szczęście Polacy potrafią już samodzielnie myśleć, nie czekając na podpowiedzi „Gazety Wyborczej” czy TVN i nie pobiegną na wspólną  demonstrację z Antifą, z neomarksistami i palikotowcami, jak subtelni konserwatyści. Antypisowskiego powstania nie będzie”. Do insurekcji nie dojdzie, to chyba pewne, ale  może być wznowienie sił politycznych wyklinanych przez Krasnodębskiego.

Nie wiem wszelako, co znaczy sformułowanie „subtelni konserwatyści”. Uważam się za konserwatystę, jak i wiele moich koleżanek i kolegów po piórze, zwłaszcza publikujących na naszym portalu. Dla nich i dla mnie ten epitet jest zaszczytny, aczkolwiek nie wiem, czy jesteśmy subtelnymi lub gruboskórnie konserwatywni i tego nie dociekam, wszak świadomym, że ta przydawka w intencji autora jest ironiczna W każdym razie myślę, raczej nie o konserwatystów chodzi profesorowi  z Uniwersytetu w Bremie - raczej o narodowców; oni nieraz zawstydzali nas  na łamach dzisiejszych gazet swymi naiwnymi i napastliwymi ocenami PiS, o kilku tu swego czasu pisałem. Ale mniejsza i o to. Moja, jak rzekłem, niezgoda odnosi się  do czego innego: pewności Krasnodębskiego, że Polacy umieją już samodzielnie myśleć.

            Zdobyłem w tej materii, a raczej zdobyliśmy z żoną, w okresie świąteczno-noworocznym nader przykre doświadczenie. Żona zatelefonowała do swej przyjaciółki, utytułowanej humanistyki, rozmawiała również z jej mężem, przedstawicielem, z tytułem naukowym, nauk ścisłych - kwiat elity, można by rzec. Oboje byli (są) związani ze środowiskiem, któreśmy w latach osiemdziesiątych nazwali brzydko katolewicą (skrót od katolickiej lewicy), która dzisiaj przemieniona w tzw. poprawność polityczną rozwielmożniła się w Kościele w Polsce i na świecie. Szczerze, po przyjacielsku życzyli nam i sobie, żeby, dosłownie, w 2017 roku  szlag trafił PiS.

Zaraz potem dowiedziałem się, przy okazji życzeń świątecznych, że mój krewny spoza Warszawy, chemik z wykształcenia, wybierał się do nas, żeby wziąć udział w marszu KOD, lecz  trochę poczuł się źle i nie przyjechał. Przypomina się fragment pamiętnika Kazimiery Iłłakowiczówny ze smutkiem piszącej, że musiała rezygnować ze wspaniałych przyjaciół, z ciepła domowego, które tworzyli jej niektórzy, gdyż (cytują z pamięci) „byli jak pasożytami oblepieni plotkami i nienawiścią do Piłsudskiego”.

            W mediach pełno wypowiedzi sygnowanych nazwiskami wybitnych nieraz naukowców, polityków, publicystów z gruntu uczciwych, a również „oblepionych jak pasożytami” niechęcią do PiS i postponujących publicznie jego rządy; co grosza – zapowiadających, że partia Kaczyńskiego niebawem dramatycznie  przegra Polskę i my wszyscy zapłacimy za to obniżeniem poziomu życia, ale wróci pełnia demokracji, wolności. Nazwisk tych elitarnych siewców abominacji do PiS nie wymienię, bo ich liczba rozsadziłaby pojemność tego portalu – wystarczy uważnie czytać gazety, słuchać radia i oglądać TVN. Gdzie tu więc owa pewność, że „Polacy potrafią już samodzielnie myśleć”? Nieznakomita, lecz nader liczna część elity podziela poglądy opozycji, acz tylko tymczasem nie akceptuje jej działań politycznych.         

Na dodatek Paweł Kukiz, lider ugrupowania dążącego do sanacji moralnej kraju, wyznający  imponderabilia tożsame z partią Kaczyńskiego i z tego powodu przeciwstawiający się Platformie Obywatelskiej (nie interpretować skrótu PO jako Partię Oszustów) i jej satelitom opozycyjnym, 7 stycznia w „Wiadomościach” TVP zdyskredytował publicznie PiS. Nie ma wyczucia chwili politycznej ani instynktu dyplomatycznego. Opozycja słysząc krytykę Kukiza nabiera wiatr żagle. Tylko Piłsudski mógł nie liczyć się z realiami i pozwalał otwarcie – niekiedy brutalnie czy wręcz ordynarne -  na mówienie tego, co myślał. Miał bowiem charyzmę i nieograniczone zwierzchnictwo nad wojskiem. Kaczyński i Kukiz, którzy w polityce chcą kierować się aksjologią Marszałka, nie mają ani takich przymiotów, ani  takiego zaplecza, w sferze materialnej zaś skazani są na ustawiczne spory z wszelakiego rodzaju kombinatorami w rodzaju Tuska i jego najbliższymi kompanami politycznymi, z  oligarchią w przeważającej mierze postkomunistyczną czy wręcz wciąż żywotnie komunistyczną. Liberałowie zachodni, tzw. poprawnościowcy gardzą takim plebsem politycznym, jaki stanowi rząd PiS. Kondycja pożałowania godna, nierokująca, racjonalnie rzecz ujmując, długiego trwania. I Kukiz tego nie wie? On na pewno myśli uczciwie, ale niech głosi swe – może słuszne – poglądy antypisowskie w dyskursie z przedstawicielami partii Kaczyńskiego przy drzwiach zamkniętych. Bywają, niestety, w historii czasy, kiedy nie można głosić otwarcie swych przekonań ze względu na układy polityczne. W PRL znałem pewnego naukowca-idealistę na wysokim stanowisku w Uniwersytecie Warszawskim, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Nie należał do PZPR, ale nie wierzył w Boga. Przyjaciołom nie pozwolił nazywać się ateistą, ponieważ ateizm stanowił centrum propagandy pezetpeerowskiej. Natomiast w wypowiedziach publicznych z najwyższym uznaniem wyrażał się o katolicyzmie i Kościele, o błędach duchownych milczał. Człowiek o takiej umysłowości   przydałby się teraz polityce polskiej, może Kukiz uczyłby się odeń wyczucia politycznego, czyli dyplomacji. Nawet słuszne poglądy w złożonych, jak dzisiaj, konfiguracjach politycznych mogą być eskalować cynizm i głupotę – dwa przekleństwa naszych dziejów. Od wieków cierpimy na brak polityków uczciwych, o silnej osobowości, odważnych i mających zdolności dyplomatyczne. Los dał nam po 1989 r. takiego polityka, ale na krótko – zdołał on tylko otworzyć elementarz dyplomacji patriotycznej – wystarczyło,  i zaraz zginął w podróży samolotowej.

            Nasz naród cierpi też na chroniczne rozdwojenie - bodaj od drugiej połowy XVI w., od ścięcia Samuela Zborowskiego z rozkazu Jana Zamoyskiego,  a za przyzwoleniem króla Batorego. Od tego czasu część elity jest za rządzącymi, część przeciwna. Zapłaciliśmy za tę permanentną dwoistość największą cenę, jaką mogą płacić wolne państwa i narody o wielkiej kulturze. Maria Dąbrowska napisała w „Pamiętniku”, że w jednym naszym narodzie ścierają się dwa narody; sama do tej dychotomii walnie się przyczyniła, w imię mitów lewicowych zwalczając sanację…

Idąc tym tropem mógłbym rzec, że konfliktują się dzisiaj nawet „trzy narody”; ten „trzeci” tworzą ci, których Krasnodębski nazywa „konserwatystami”, ja zaś powyżej postendekami, dynamicznie zaznaczającymi swą obecność w życiu publicznym – od Jana Żaryna do Rafała Ziemkiewicza. Ale to temat oddzielny i ogromny, należałoby się nim zająć przy innej okazji w osobnym komentarzu.

            W każdym razie to, co wcześniej napisałem, świadczyłoby, że teza Krasnodębskiego o Polakach „już potrafiących samodzielnie myśleć”, nie jest słuszna. 45 lat okupacji narodu niepodległościowego przez „naród” sprzedający się Rosji sowieckiej wyjałowił nasze umysły i pokiereszował dusze. Przecież empiria zaprzecza owemu „już”. Ono, jestem pewien, nadejdzie – dopiero gdy wymrze drugie czy trzecie pokolenie pamiętające rok 1989. Tymczasem musimy działać tak, aby to, co przyjdzie, najgłębiej, jak to możliwe, przeorało glebę duszy polskiej - najlepiej na zawsze.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl