Nie doszło do kompromisu związanego z głosowaniem 16 grudnia afery budżetowej. Było legalne czy nie? Jeśli nie, to dlaczego, bo PiS już swoje argumenty na rzecz „tak” przedstawił. Ryszard Petru nie pojawił się na spotkaniu, które sam zaproponował, a Grzegorz Schetyna eskaluje żądania, kreując się na lidera „opozycji totalnej i, zapewne, „ostrej jak brzytwa”. Jednak ostatnia galopada zdarzeń przykryła dwie poważne afery, Petru-gate i Kijowski-gate, które, z uwagi na ich wagę  dla polskiej kultury politycznej, nie powinny zostać zapomniane. Bo to były bardzo poważne wykroczenia, i np. w Wielkiej Brytanii nie uszłyby politykowi na sucho.

  W historii nowoczesnej Europy nie zdarzył się przypadek, żeby skompromitowały się najpierw dwie największe partie opozycyjne, a zaraz potem  dwóch liderów, „najbardziej obiecującej partii opozycyjnej” Nowoczesnej oraz  ugrupowania partyjnego in spe, KOD. Najpierw ta nieszczęsna i sprzeczna z regulaminem sejmowym, a może i prawem, okupacja Sali plenarnej. Prawo i Sprawiedliwość postawiło na negocjacje, najpierw dało opozycji trzy tygodnie na opamiętanie, teraz próbuje kompromisów. Choć nie zawsze władze skore były do kompromisów  – że przypomnę sprawę Gabriela Janowskiego, który w 2002 roku, po 18-godzinnej okupacji mównicy, został na wezwanie marszałka Marka Borowskiego  wyniesiony najpierw z Sali, a potem z Sejmu. Teraz były marszałek w radiu Z pozuje na gołąbka pokoju, a jednak 14 lat temu nakazał użycie siły i poseł Janowski znalazł się nagle na dziedzińcu sejmowym. Pamiętam także Ruch Palikota, który aby zablokować przegłosowanie ustawy budżetowej, zgłosił 600 poprawek do ustawy. I pamiętam reakcję marszałek Kidawy Błońskiej, którą tak zdenerwował ględzący trzy po trzy palikociarz Armand Ryfiński, że szybko wykluczyła go z toku obrad. Reakcja marszałka Kuchcińskiego na ględzenie posła Szczerby, który najwyraźniej utrudniał przebieg obrad nad uchwaleniem ustawy  budżetowej, nie była więc ani nadzwyczajna, ani przesadnie surowa. Mieściła się w zdrowej normie. Szkoda tylko, że zamiast zmykać do Sali kolumnowej, PiS nie zwrócił się do komisji regulaminowej, która  porównałaby podobne przypadki i zaleciła wykluczenie Szczerby z obrad. Mogłoby także poprosić o reasumpcję, co też być może rozwiązałoby sprawę. Jednym słowem, partia rządząca niepotrzebnie spanikowała. Znam niebezpieczeństwa, „ulica i zagranica”, ale przypominam także, iż PiS sprawuje władzę legalnie, i ma do obrony praworządności w Sejmie społeczny mandat oraz poparcie elektoratu.

  Ale chciałam o czymś innym. O gafach? drobnych oszustwach? Ryszarda Petru  i jego szampańskim Sylwestrze z posłanką, Joanną Schmidt. A więc najpierw, strojąc grożne miny i oskarżając PiS o wszystkie siedem grzechów głównych, spędził swoją trzódkę do Sejmu, aby – zamiast tradycyjnego pożegnania roku z rodziną – okupowała Salę plenarną. A potem, nie mówiąc nic nikomu, nawet swojej zastępczyni, Katarzynie Lubnauer, cichaczem wymknął się z Polski. Służbowo?  Akurat!  By - choć ma rodzinę i nic nie wiadomo o rozwodzie, spędzić wigilię Nowego Roku z  posłanką młodą i ładną panią. Choć polskie media dyskretnie milczą o stanie cywilnym Petru, ma on żonę Małgorzatę, i w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych podobna sytuacja zostałaby nagłośniona i miała dalsze konsekwencje. Polityk, to osoba publiczna, rodzaj role model,  i nie tylko jego praca, ale i życie prywatne musi być bez zarzutu. Inaczej  przestaje być wiarygodny. Ze przypomnę załamanie kariery konserwatywnego ministra  Tima Yeo w 1994 roku, który podał się do dymisji po ujawnieniu przez media jego romansu pozamałżeńskiego, z którego urodziła się córeczka. Do dziś pamiętam historię upadku konserwatysty – pisarza Jeffreya Archera, który rozpoczął się do spotkania z prostytutką, oraz rezygnację z  pozycji ministra kultury Davida Mellora, który uwił sobie romans z gwiazdą kina porno. We wrześniu 2013 roku wybuchła inna afera obyczajowa: wicemarszałek Izby Gmin Nigel Evans, został przez media oskarżony o nękanie seksualne paru młodych mężczyzn. Konserwatysta natychmiast zrezygnował z funkcji, został relegowany z szeregów  partyjnych i do końca kadencji zasiadał w Izbie Gmin jako poseł niezrzeszony. I choć śledztwo oczyściło go z zarzutów, nie wrócił już na swoje stanowisko, ani do partii. Liberalny demokrata lord Rennard, został oskarżony przez kilka kobiet o sexual harrasment. Owczesny szef partii Nick Clegg, bojąc się utraty wiarygodności partii, natychmiast zapewnił publikę, że lord Rennard nie będzie startował w następnych wyborach. I nie startował! Nawet w bardzo pod tym względem wyrozumiałych Włoszech, bunga bunga Berlusconiego nie uszło mu w końcu na sucho. Zycie prywatne polityka także podlega ocenie wyborców i może kłaść się cieniem – jak w przypadku Clintona - na jego dalszą karierę.  To także sprawdzian jego wiarygodności,  Petru go nie zdał i powinien odejść.

  Nie minęły dwa dni, jak rozniosła się wieść o wpadce lidera ruchu społecznego, partii in spe, KOD. Od roku, obserwując wyczyny tego „bobo piernika”, starszego pana o wzięciu młodzieńca, i wiedziałam, że prędzej czy póżniej da plamę. I ta chwila nadeszła. Okazało się, że choć KOD jest ruchem społecznym i wszyscy pracowali  na zasadzie wolontariatu – Mateusz Kijowski postanowił wypłacać sobie wynagrodzenie. A kiedy proszono go o jakieś pieniądze za usługi dla szczególnie  oddanych KOD-ziarzy, odmawiał, bo podobno „były potrzebne na następne akcje”.  W ciągu kilku miesięcy przelał na swoje konto ponad 91 tys. zł, za usługi, których – to słowa jego współpracownika Radomira Szumełdy – nigdy nie świadczył, bo wykonywała je, bezpłatnie, zupełnie inna osoba. A ostatnio  z Paryża dotarły wieści , że Kijowski wraz z żoną, robili zakupy w eleganckich perfumeriach i sklepach z odzieżą markową, płacąc kartą K0D. Zamiast od razu  przeprosić, Ryszard Petru także małżonkę, i złożyć dymisję, obaj panowie to kręcą, to udają Greka. Petru nabrał wody w usta, a  Kijowski twierdzi „nie brałem pieniędzy za pracę w KOD, ale za prace na rzecz KOD” i ruszył w teren, aby przed wyborami przekonywać ludzi o tym, że „KOD, to Mateusz”. Ignorancji i hucpie nie ma końca! A media, nawet konserwatywne, nie dociskają pedału, nie protestuje społeczeństwo.

  A więc kilka przykładów, jak w podobnych przypadkach reagują np. Anglicy. Rok 1994, wiceminister handlu Neil Hamilton podaje się do dymisji, kiedy ujawniono, że przyjął zaproszenie właściciela paryskiego Ritza, Mohamada al. Fayeda, i spędził tam darmowy weekend.  Jeden weekend jako gość! W bardzo trudnej sytuacji znalazł się także Jonathan Aitken, któremu udowodniono korupcję  /pytanie w Izbie Gmin za  łapówkę/, miał proces karny i dostał 1.5 roku bezwzględnego więzienia. Poseł Peter Mandelson, choć twórca programu, który trzy razy wygrał  dla Partii Pracy wybory, dwa razy lądował poza Izba Gmin. Raz kiedy okazało się, że załatwił hinduskiemu miliarderowi brytyjski paszport poza kolejnością w zamian za 1 mln funtów na budowany właśnie Millennium Dome. A drugi raz, kiedy nie zgłosił w urzędzie podatkowym Jej Królewskiej Mości pożyczki od kolegi w wysokości 360 tys. funtów. Ostatni skandal korupcyjny w Izbie Gmin wymiótł z ław poselskich 39 posłów. Rzecz poszła o niewłaściwe spożytkowanie wydatków poselskich, pamiętne „domki dla kaczek” w prywatnych rezydencjach za 11 tys. funtów, rośliny do biura poselskiego za 30 tys., luksusowe hotele i wyjazdy. Trzech z tych „disgraced politicians” otrzymało wyroki więzienia. Czy w Polsce istnieje takie określenie jak  „skompromitowany poseł”? Nie. Ale demokracja, to nie samowola, „róbta co chceta”, to zobowiązanie dla wszystkich, a zwłaszcza dla władzy. Są przywileje, ale jest też odpowiedzialność – i na ten układ godzą się wszystkie strony potencjalnego konfliktu. Także opozycja. Również liderzy organizacji pozarządowych. Korupcja w organizacjach społecznych, opartych na wolontariacie, jest oceniana nawet bardziej surowo.

  Skompromitowany polityk musi zostać wyeliminowany z życia politycznego, oczyszczona atmosfera moralna, zachowane zdrowie politycznego ekosystemu, które w Polsce przypomina brudne bajoro. Ryszard Petru nie ma pojęcia o powinnościach polityka, o wzorcach moralnych i transparentności życia, także prywatnego. A Mateusz Kijowski jest czarnym charakterem afery korupcyjnej w KOD, i również o tym nie wie. Ale obaj –  w wyniku presji mediów, protestów organizacji społecznych i oburzenia samych obywateli – powinni odejść. Im szybciej, tym więcej uratuje się z systemu.

                                                                                Elżbieta Królikowska-Avis. 11 stycznia 2017  

  

  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl