Będą zmiany w autoryzacji. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zaprezentowało projekt nowelizacji prawa prasowego w tym zakresie. Osoba udzielająca wywiadu dla dziennika będzie miała 24 godziny – a w przypadku czasopisma trzy dni – na odesłanie poprawionej wypowiedzi. W innym terminie jest to możliwe, jeśli inaczej umówi się z dziennikarzem. Jeżeli dziennikarz nie dostanie autoryzowanego materiału w tym terminie, redakcja będzie mogła go opublikować, uznać, że rozmówca nie ma żadnych propozycji zmian i akceptuje treść do druku. Gdyby dziennikarz utrudniał lub opóźniał autoryzację, grozi mu kara grzywny. Jest jeszcze jedna, istotna regulacja: rozmówca nie będzie mógł dopisywać pytań ani informacji, których nie przekazał dziennikarzowi, albo zmieniać kolejności wypowiedzi. Chodzi o  to, aby autoryzujący całkowicie nie zmieniał treści. Środowisko dziennikarskie pozytywnie przyjmuje te propozycje, ale nie wiadomo, kiedy wejdą w życie.

 

Maciej Kuciel, dziennikarz TVN:

Gorąco popieram takie zmiany. Wolałbym jednak kompleksową zmianę prawa prasowego a nie jego łatanie, co robi się od zniesienia cenzury w Polsce. Przypomnę, że obowiązujące obecnie Prawo Prasowe to ustawa z czasów generała Wojciecha Jaruzelskiego. Pisana na jego potrzeby i ówczesnego państwa komunistycznego. Obecnie obowiązek autoryzacji jak również wymóg zgody na publikację nagranej wypowiedzi wykorzystywane są przez osoby publiczne do zablokowania niewygodnych publikacji. Mam nadzieję, że ministerstwo nie zapomni o mediach elektronicznych, które oprócz obowiązku autoryzacji mają również obowiązek uzyskania zgody na publikację nagranej wypowiedzi.

Ja od sześciu lat zasiadam na ławie oskarżonych pod prokuratorskim zarzutem emisji telefonicznej wypowiedzi sędzi z Olsztyna bez wymaganej przez nią zgody. Byłem już skazany, uniewinniony a obecnie postępowania jest warunkowo umorzone, jednak sędzia odwołała się do sądu wyższej instancji domagając się wyroku skazującego.

 

Piotr Legutko, dyrektor TVP Historia, wiceprezes SDP:

 

Jestem zwolennikiem autoryzacji... jako prawa, a nie obowiązku dziennikarskiego. Prawa, z którego ja zawsze korzystam w ramach instynktu samozachowawczego. Nigdy bowiem nie mam gwarancji, czy nie popełnię niezamierzonego błędu, czy czegoś nie przekręciłem, zdarzają się choćby  przejęzyczenia nieświadome itp. Osobną sprawą jest "zmiana zeznań", pisanie odpowiedzi na nowo etc., co w mojej praktyce zdarzało się często i to nie w przypadku polityków. Co do tych ostatnich - wyznaczenie terminu autoryzacji jest pomysłem sensownym i praktycznym, bo żyjemy w czasach szybkich mediów. Karanie za brak autoryzacji było (jest) wstydliwą patologią polskiego prawa.

 

Janusz Ansion, wydawca i redaktor naczelny „Kuriera Słupeckiego”:

Jestem przeciwko autoryzacji i uważam ją za totalna bzdurę. Mnożenie przepisów jest koszmarne, bo w przypadku dziennikarstwa telewizyjnego nie stosuje się żadnej autoryzacji, wydarzenia dzieją się na żywo i wtedy poznajemy prawdę. W przypadku dziennikarstwa prasowego autoryzacja wykorzystywana jest dla celów pijaru, budowania wizerunku. Nie służy to jakiejkolwiek prawdzie, poznaniu rozmówcy, jego argumentów czy nawet techniki wysławiania się, co także charakteryzuje człowieka.

Opowiadam się przeciwko jakiemukolwiek karaniu. Dziennikarz powinien jedynie nagrać, udokumentować rozmowę i na tym koniec. Jeśli dziennikarz jest niewiarygodny – podobnie jak polityk – to się z nim nie powinno rozmawiać. Nie jestem za mnożeniem przepisów. Dlatego te propozycje też mi nie odpowiadają. Autoryzacja jest tunelem bez wyjścia, reliktem przeszłości.

Krystyna Pytlakowska, dziennikarka dwutygodnika „Viva” specjalizująca się w wywiadach prasowych:

To jest dobre rozwiązanie, bo często bohaterowie wywiadów przetrzymują autoryzację. Autoryzują nie tylko oni, ale i całe ich rodziny: dziadkowie, babcie, wujkowie, ciocie. Nadchodzi deadline, a autoryzacja jest nieodesłana, albo odesłana w połowie. Nigdy nie puszczam wywiadu bez autoryzacji. Wole się upewnić, że rozmówca nie ma żadnego sprzeciwu. Lepiej, jeśli poprawi coś, co mu nie pasuje. To i tak nie ma większego znaczenia dla tekstu. Gorzej, jeśli autoryzują agentki, które na wyrost dokonują zmian, podejrzewając, ze bohaterowi może się to nie podobać. Tak bywa z Magdą Gessler, której autoryzacje dokonują ludzie przez nią zatrudnieni, a nie ona sama. Pomysł, żeby ograniczyć termin autoryzacji do 24 godzin i trzech dni jest dobry.

Są dziennikarze, którzy na ogół nie autoryzują swoich tekstów, jak Piotr Najsztub. Ale uprzedza o tym rozmówcę i albo się on na to godzi, albo, ostatecznie, wysyła im tekst przed publikacja. Ja autoryzuję, aby nie psuć sobie dobrych relacji z ludźmi, ale także, żeby się nie pomylić, uniknąć przekłamań. Często sugeruję rozmówcy, aby poprawił błędy merytoryczne, a treści nie zmieniał. Miałam też taki przypadek, kiedy Małgorzata Foremniak w trakcie autoryzacji powiedziała, że nie chce tego wywiadu i niech go zrobi ktoś inny. Przydałoby się także takie rozwiązanie prawne na to, że jak ktoś udziela wywiadu, a dziennikarz zapisał, co on powiedział, to nie powinien się z tego wycofywać. Chodzi o odpowiedzialność rozmówcy za słowo.

 

Alicja Molenda, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, wydawca tygodnika "Przełom"

Każde ułatwienie wykonywania zadań dziennikarzowi pracującemu od presją czasu, takie jak proponowane wyznaczenie terminów autoryzacji, to dobra zmiana. Im krótszy czas na tę procedurę, tym szybciej informacja dotrze do Czytelnika, a o to przecież mediom chodzi. 
Ważne są też zawarte w projekcie nowelizacji wskazówki dla autoryzujących, związane z ograniczeniem możliwości  ingerencji w przedstawiony materiał. Niektórzy jej nadużywają, czyniąc czasem z materiału prasowego "potworka", nie mającego nic wspólnego z twórczym zamysłem autora. 
Chciałabym jednak, aby ta nowelizacja była tylko regulacją przejściową, prowadzącą do całkowitej likwidacji instytucji autoryzacji. Spokojnie może ją zastąpić profesjonalizm informatora oraz rzetelność dziennikarza, unormowana w innych zapisach ustawy Prawo prasowe.

 

Notował: Błażej Torański

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl