Poznałem go bodaj w 1986 r. Byłem wówczas specjalistą ds. literatury sensacyjno-rozrywkowej w Państwowym Wydawnictwie ISKRY, czyli głównym specem od „kryminałów”. I tam właśnie zjawił się pewnego dnia Andrzej ze swoją napisaną właśnie powieścią kryminalną „Posłaniec śmierci”.

Szybko zorientowałem się, że mam do czynienia z gościem naprawdę utalentowanym, piszącym ciekawie, a do tego z autentyczną „kryminalną” pasją. W tej sytuacji podpisanie umowy wydawniczej było właściwie formalnością, tym bardziej, że wszystkie recenzje były bardzo pozytywne. Andrzej zaprosił mnie potem na wódkę do „Dziennikarzy”, sprawę trzeba było oczywiście oblać. Od słowa do słowa – zaczęliśmy spotykać się towarzysko, co z czasem przerodziło się w autentyczną przyjaźń. Mieliśmy o czym rozmawiać, bo obaj byliśmy zakochani w formule kryminalnej, obaj widzieliśmy w tej odmianie powieści popularnej ogromny potencjał – nie tylko literacki, ale także psychologiczny, społeczny, a nawet polityczny. Nie znaczy to, rzecz jasna, byśmy godzinami gadali wyłącznie o „kryminałach”, w końcówce lat 80. ubiegłego wieku było wiele ciekawych tematów.

Andrzej był na co dzień urzędnikiem państwowym średniego szczebla. To mu dawało chleb, ale zarazem było jakimś przekleństwem, bo to był ostatni facet, do którego pasowałby wizerunek PRL-owskiego urzędasa – z garniturem, codzienną listą obecności i respektowaniem pryncypiów socjalizmu. To był żywioł wolności, a przy okazji wnikliwy obserwator polskiego życia codziennego, co dawało się zauważyć w tym, co pisał. Mnie najbardziej podobały się postacie bohaterów jego książek, bo to byli ludzie z krwi i kości, uwikłani we własne dramaty, nałogi, potyczki ze światem.

Jakiś czas potem „Jędruś” (bo tak go zwykle nazywałem) pojawił się w ISKRACH z kolejną książką, a właściwie zeszytem kryminalnym „Silniejszy niż śmierć”. To był szlagier! Aż szkoda, że ten świetny tatrzański „kryminał” musiał utonąć w masie innych zeszytów kryminalnych serii „Ewa wzywa 07…”. „Kupił” mnie tą książką, bo Tatry były wówczas i moją wielką miłością, oczywiście nieporównywalną z tą Andrzejową – on był prawdziwym wspinaczem, niemal zawodowcem, ratownikiem GOPR… A do tego „Silniejszy niż śmierć” to znów był świetny „kryminał”, interesująco umotywowany psychologicznie i z tą obecną już wcześniej, w „Posłańcu śmierci”, nutą tragizmu, desperacji, kulminujących w decyzji o zbrodni. Jak się to czytało, od razu znać, było, że morderca po prostu nie miał innego wyjścia – bo musiał się zemścić za czyjąś zdradę albo za to, że raz w czyichś oczach okazał się tchórzem i inaczej odreagować nie umiał.

Andrzej miał przy tym własną „kryminalną” dewizę, do realizacji której zbliżał się kolejnymi swoimi książkami. Gdy mi któregoś razu o niej opowiedział, z początku byłem lekko zszokowany. Bo ta dewiza brzmiała „każdy z nas”… To znaczy, że każdy, najzwyklejszy nawet człowiek, przynajmniej raz w życiu staje przed wyborem: moje życie albo życie kogoś innego. Nieźle brzmi, prawda?… Mówiliśmy sporo na ten temat i z upływem czasu i z przyrostem bagażu życiowego doświadczenia coraz wyraźniej skłaniałem się do Andrzejowej „dewizy”. Zresztą, niezależnie od życiowych doświadczeń był to znakomity „węzełek” kryminalny. Pozwalał stworzyć sytuację, gdy jeden z potencjalnych kandydatów na mordercę był właściwie poza podejrzeniami. Bo jak to – taki zwykły, szary człeczyna sprawcą zabójstwa?!! Kto by go podejrzewał?! Nie, to wykluczone!

Do dziś mam u siebie maszynopis powieści kryminalnej, której Andrzej już nie zdążył wydać; bo po pierwsze kończył się wówczas złoty okres polskiego „kryminału”, zaczęła nas zalewać zachodnia powieść, różne Ludlumy, Follety, Forbesy… O polskim „kryminale” nikt już w naszych wydawnictwach nie chciał rozmawiać; a po drugie – Andrzej zmarł nagle w wieku 37 lat… Na szczęście zdążyliśmy jeszcze odbyć razem cudowną wycieczkę tatrzańską – z Doliny Pięciu Stawów przez Kozią Przełęcz Niżnią do Koziej Dolinki, a stamtąd na Halę Gąsienicową. Andrzej znał Tatry, właściwie mieliśmy zamiar „zrobić” tego dnia Orlą Perć, ale wiatr był za silny, na grani ciężko się było utrzymać na nogach.

Została mi więc po nim – oprócz cudownych wspomnień – niewydana powieść „Los na loterii” – historia dwu kobiet, związanych ze sobą supłem nie do rozwiązania. To znaczy rozwiązanie było – jedno życie albo drugie… A ów „los na loterii” to była sytuacja, w której nikt nie musiał nikogo zabijać – wystarczy, że w newralgicznym momencie ktoś komuś nie podał ręki…

Z naszych rozmów z Andrzejem zapamiętałem jeszcze jego pomysł na ostatnią z powieści z cyklu „każdy z nas”… Miała nazywać się właśnie „Każdy z nas” i opowiadała o zwykłym szarym faceciku, takim właściwie „człowieku bez właściwości”, który po wielu latach wspólnego pożycia postanawia… zabić swoją żonę.

Niedawno minęła 28. rocznica śmierci Andrzeja.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl