Kenia, Tsavo West, najbardziej widowiskowy z afrykańskich parków natury, godz. 16. Czerwona  od związków żelaza ziemia, zielone punkty akacji, upał wciąż wisi w powietrzu, ale światło z oślepiającej bieli przechodzi w ciepłe złoto, zacierające kontrasty. I zwierzęta, zwierzęta, zwierzęta… Teraz widać je w trzech planach: na pierwszym, tuż przy drodze, drzemie wielki lew, a zaraz obok na wpół pożarta antylopa gnu. Dalej – stado żyraf spokojnie obgryzające listki akacji, od czasu do czasu sprawdzając co się dzieje na drodze. Obok - rodzina hien, pochylona nad upolowaną właśnie najmniejszą antylopą dik-dik. A w dali  majestatycznie kroczy – do wodopoju? – familia słoni z dwoma maluchami pod brzuchami matek.  Przemieszczamy się jeepami z tanzańskich Serengeti i Ngorongoro do kenijskich Amboseli i Tsavo West  szczęśliwą trasą, gdzie ludzie nie boją się zwierząt, a zwierzęta od kilku generacji - ludzi. Dawno już zapomnieliśmy skąd przyjechaliśmy, „który dziś jest?”, magia  „raju zwierząt” i tym razem działa.

  Po raz pierwszy przebyłam ten szlak w latach 90., w ramach spełniania marzeń ze szczenięcych lat. Kiedyś obejrzałam film  Bernharda Grzimka „Serengeti nie może umrzeć”, potem były wspomnienia księcia Eustachego  Sapiehy z Nairobi  i dokumenty Davida Attenborough, który wspomniał w wywiadzie, na który udało mi się go namówić, że safari to „his favourite pastime”. Kilka razy wracałam do Afryki wschodniej, do RPA i do Namibii, aby kolejny raz odbyć swoją pielgrzymkę. Ale tym razem było to pożegnanie. Afryka staje w ogniu, i ten ogień szybko się rozprzestrzenia. Np. Kenia już nie jest bezpieczna, przedostają się do niej uchodźcy – ofiary wojny z Sudanu, imigranci z Etiopii i grupy terrorystyczne z Somalii. Kilka razy doszło do zamachów, ostatnio w centrum handlowym w Nairobi, i widać że strefa bezpieczeństwa szybko się kurczy.  Podobnie jest w RPA i Zambii, nie mówiąc o Zimbabwe, Mozambiku, Angoli, gdzie nie istnieją żadne struktury państwa, i całej Afryce centralnej.

  Ale wciąż jeszcze są to dla zwierząt czasy szczęśliwsze niż cały XIX wiek i potem lorda Delamere, Hemingwaya czy  Denysa Fincha Hattona, krwawej hekatomby afrykańskich zwierząt, pokazywanych w filmach „Sniegi Kilimandżaro” Henry Kinga, „Mogambo” Forda czy „Białe kłamstwo” Michaela Radforda. Park Tsavo West został założony w 1948 roku, potem kolejne i następne, i zwierzęta już od kilku generacji mają zakodowane, że te hałaśliwe pudła, poruszające się po drogach wewnętrznych, nie są dla nich niebezpieczne. Raj na ziemi, Arka Noego – tyle, że jest i druga strona medalu. Podczas tej ostatniej podróży kilka razy słyszałam, że liczba zwierząt, która pozostała w parkach narodowych jest zawyżana, a zabijanych na komercyjnych, krwawych safari – zaniżana.  Tak jest i w Kenii, Tanzanii, Zambii, RPA i w Namibii. Inna historie usłyszałam w lodge’y  pod Serengeti, lodge’a prywatna, tereny okalające wydzierżawione od państwa: że  argumentacja właścicieli, iż „takie rozwiązania są korzystne dla zwierząt, bo  stanowią dla nich korytarze, którymi przemieszczają się z jednego parku do drugiego, a nie przez pola miejscowej ludności”, jest dość naciągnięta. Bo tych „korytarzy” robi się coraz więcej i więcej, bo przemysł safari  kwitnie. I owszem, jest to dopływ pieniędzy do kieszeni prywatnych, do budżetu państwa, ale idzie w parze z niszczeniem środowiska naturalnego.

   Jesteśmy świadkami rozwoju  safari industry, ale od przewodników i od miejscowych słyszy się o dwóch śmiertelnych niebezpieczeństwach, wiszących nad  zwierzętami  Afryki jak czarne chmury. Jedno, to komercyjne krwawe safari. Ze Stanów Zjednoczonych, z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii przyjeżdżają na kilka dni biali bogaci, żądni krwi mężczyżni, którzy płacą duże pieniądze, żeby  strzelać do bezbronnych zwierząt i tak podbijać swoje nadszarpnięte w potyczkach w pracy i  rodzinie ego.  Każdego roku do 23 krajów Afryki, gdzie zezwala się na odstrzał  zwierząt, przyjeżdża ok. 18.5 tys. „myśliwych” i zostawia tam ok. 200 mln dolarów. Wciąż 23 państwa afrykańskie akceptują takie rzezie, a dla wielu polityków i urzędników, jest to pokusa większa niż  obowiązek ochrony przyrody, dobrostan zwierząt  i zdrowy rozsądek. Bo co będzie, kiedy zabraknie zwierząt? Na świecie jest całkiem sporo biur podróży, które oferują możliwość odstrzału dzikich zwierząt, w tym Wielkiej Piątki /słonie, lwy, nosorożce, bawoły i lamparty/. A w Polsce ubój – bo jak to inaczej nazwać? – nosorożca kosztuje 100 tys. złotych, słonia – 30-35 tys., lwa 20-26 tys., bawołu 14 tys. i lamparta – 8 tys. złotych.

  No i kłusownicy, którzy masakrują populację słoni /kły/ i nosorożców / rogi/ - a sytuacja bardzo się pogorszyła, kiedy na w Afryce pojawili się Chińczycy. W Chinach cena kilograma kości słoniowej osiąga kilka tysięcy dolarów, a jeden kieł waży od 10 do 60 kilogramów. Z kolei  za kilogram proszku z rogu nosorożca można otrzymać ok. 50 tys. dolarów.  Nic dziwnego, że w przemyt kości słoniowej i rogów nosorożca zaangażowani bywają nie tylko miejscowi kłusownicy, ale i żle opłacani strażnicy parków, skorumpowani urzędnicy państwowi, partyzantka w krajach Afryki centralnej oraz międzynarodowa mafia. Liczne wojny i totalna korupcja stymulują zarówno krwawe safari, jak i kłusownictwo. Np. rząd prezydenta Zimbabwe  Roberta Mugabe notorycznie zawyża statystyki populacji zwierząt, aby móc zarabiać na komercyjnych odstrzałach głównie Wielkiej Piątki. A głód, panujący w tym niegdyś „spichlerzu Afryki”, sprawia, że i kłusownicy i miejscowi zabijają dzikie zwierzęta na mięso.  

 Jak pisze szwedzka agencja ETA, Environmental Investigation Agency, która monitoruje zagrożone gatunki zwierząt, na początku XX wieku w Afryce żyło 5-10 mln słoni, dziś ich liczbę szacuje się na 470-690 tys. A z kolei organizacja African Found oblicza, że w Afryce w latach 70. było ok. 65 tys. nosorożców,  dziś pozostało ich tylko 18 tys., w tym trzy z pięciu gatunków zagrożonych jest całkowitym wyginięciem. Większość łupów kłusowników trafia do Azji i na Blisko Wschód, z tego  2/3 - do Chin. W Chinach z kości słoniowej wyrabia się kosztowne ozdoby, a proszek z rogu nosorożca uchodzi afrodyzjak, bądź służy jako lek na potencję. Wietnamczycy z kolei wierzą, że taki proszek, to najskuteczniejszy lek na raka. W  Jemenie z rogu nosorożca wytwarza się rękojeści do ceremonialnych sztyletów, jambiya, a w  Japonii róg nosorożca wciąż służy do wyrobu tradycyjnych pieczęci hanko.

  Pojechałam na moje ostatnie safari, żeby pożegnać się z tym rajem zwierząt, jak na pierwszy rzut oka wygląda Serengeti, Amboseli czy Tsavo.  Bo już niedługo wojny, głód, totalna korupcja mogą wygrać batalię ze zwierzętami, humanizmem i zdrowym rozsądkiem. I to będzie koniec i safari i parków narodowych, i dzikich zwierząt, i Afryki, do której będą jeździli już tylko przedstawiciele globalnych koncernów wydobywających to, co jeszcze w Afryce zostanie, surowce.

                                                                                                    Elżbieta Królikowska-Avis. 14 marca 2017

                                                                 

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl