Rozhulała się post-prawda, rozbujały fake newsy. Jeśli sprawdzi się ta przepowiednia, to za pięć lat pogrzebiemy dziennikarstwo. Ale Kasandrą być nie chcę i wieścić nie będę, tylko opiszę stan obecny.

Przypadek pierwszy. Znaczący, pouczający i niebezpieczny. Już od jutra obowiązkowo analizowany na zajęciach z etyki dziennikarskiej. Syndrom manipulacji czy roztargnienia? Chciałbym wierzyć w to drugie, ale nie mogę. Jędrzej Bielecki w „Rzeczpospolitej” napisał artykuł o znamiennym tytule: „Marine Le Pen zapowiada sojusz z Jarosławem Kaczyńskim w demontażu UE”. W tekście cytował jej rzekome słowa, które miały paść na spotkaniu z dziennikarzami, że jeśli wygra, to podejmie współpracę z Kaczyńskim w demontażu Unii Europejskiej. Sęk w tym, że Marine Le Pen słów tych nie wypowiedziała, i że tytuł oraz niektóre treści artykułu były „nadinterpretacją” (manipulacją?) autora „newsa”. Dowiodły tego oryginalne nagrania ze spotkania MLP z europejskimi dziennikarzami, a sam autor wyjaśnił, że słowo „demontaż" nie padło z ust Marine Le Pen; „napisanie podtytułu w formie cytatu było błędem za co czytelników przepraszam".

Łatwiej byłoby przyjąć przeprosiny, gdyby nie to, że wiadomość już zafunkcjonowała swoim niezależnym życiem, że przedrukowały ją portale, gazety (polskie i zagraniczne), że niektóre jej nie zdementowały, i że odnieśli się już do niej politycy w kraju i za granicą. Maciej Iłowiecki w książce „Krzywe zwierciadło. O Manipulacji w mediach” jako jeden z dziennikarskich grzechów głównych wymienił manipulacje tytułami i lidami. Na stronie 128 (wydanie z 2003 roku) przywołuje on wpadki „Rzeczpospolitej”. Teraz „Rzeczpospolita” zalicza bardzo poważną wpadkę. Żal mi gazety, którą niejednokrotnie chwaliłem na tych łamach, ale tym razem postępowania dziennikarza obronić się nie da. Komentować czy analizować informacje można w dziale publicystycznym, ale rzekoma wypowiedź Marine Le Pen była newsem, i jak się okazało - fake newsem. Obrona dziennikarza, wskazująca, iż miał prawo do swojej interpretacji, podjęta przez niektórych jego kolegów, jest w tym przypadku zajęciem beznadziejnym i skazanym na porażkę, interpretacyjną właśnie.

Przypadek drugi. Historia sprzed kilku dni. Polskie media (oczywiście nie wszystkie) podchwyciły informację, która ukazała się na jednym z ukraińskich portali, że Sławomir Nowak, szef państwowej ukraińskiej agencji drogowej, zostanie wkrótce zdymisjonowany, bo jest leniwy i nie przychodzi do pracy. Polskie media przedrukowały wiadomość podaną przez jeden (!) portal ukraiński Antikor.com.ua, a zaprezentowały ją jako głos wielu ukraińskich mediów. „Newsa” sprawdził tygodnik „Do Rzeczy” i okazało się, że wyprodukował go portal znany z publikacji fejkowych newsów, obciążających polityków. I tym razem nie wszystkie media, które owego „newsa” opublikowały, pospieszyły ze zdementowaniem fałszywej informacji…
Dwa opisane wyżej przypadki nie są tej samej wagi i być może nie należałoby ich ze sobą łączyć. Ale jednak mają cechy wspólne, które świadczą o:

- medialnej manipulacji;

- łatwości z jaką media nieprzychylne politykom lub partiom politycznym powtarzają bez sprawdzenia „newsy”, które mają je (ich) kompromitować;

- niechęci do dementowania fałszywych newsów, bo przecież były tak „użyteczne” dla „nas” i tak trudno się z nimi rozstać…

Podsumowując, puszka z fałszywymi newsami została już otwarta. Teraz można spodziewać się następnych, albowiem ich ilość przejdzie w prawdziwość. Trawestując Goebbelsa można by powiedzieć, że newsy nawet fałszywe, stale powtarzane, staną się prawdą. Nie chciałem być Kasandrą, ale niestety, wyszło jak wyszło.
 

Marek Palczewski

 

15 marca 2017

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl