Jest to książka wewnętrznie zróżnicowana, jakby dwie pozycje w jednym wolumenie złączone nie tematem, a ideą. Jest nią niezłomność, acz w głębi jej pokładów kryją się demony oportunizmu, tchórzostwa i koniunkturalizmu.

            Pierwsza, główna część opiewa narodziny „Solidarności” i „Solidarności Walczącej”. Niby wszyscy znamy genezę zwłaszcza tego pierwszego ruchu społecznego, który podobno liczył dziesięć milionów ludzi (pomijając sympatyków) i dlatego był przez władze PRL nie do pokonania i więcej - dlatego bał się go olbrzymi żandarm skuwający terrorem i strachem kilka narodów i państw Europy środkowo-wschodniej. A jednak poznajemy tu nowe fakty albo przypominamy sobie znane, jakbyśmy oglądali film o wydarzeniach, o jakich wiemy, ale niedokładnie. Świadomie odwołałem się do sztuki  filmowej, ponieważ wspomnienia jednego z głównych twórców „Solidarności” rozbudzają wyobraźnię niczym kadry filmowe. A o „Solidarności Walczącej” powszechnie wiadomo raczej tylko że była.

            „Niezłomnych”, wydanych przez Editions Spotkania, firmuje swym nazwiskiem Alfred Znamierowski, dziennikarz (pracował m.in. w Radiu „Wolna Europa”, „Głosie Ameryki”) i polityk. Wszelako wydaje się zrazu, że rola autora jest nade wszystko, by tak rzec, organizacyjna, ponieważ przekazuje prawo do narracji Andrzejowi Kołodziejowi, a on  snuje opowieść tak wartką, że właśnie wywołuje doznania podobne do wrażeń z oglądania filmu. Znamierowski zaś często „wtrąca się” do gawędy narratora, żeby coś dopowiedzieć, jakby był autorem dramatu i wpisuje w treść monologu Kołodzieja „didaskalia”. One są brzemienne w faktografię – konieczną do zrozumienia zdarzeń, sytuacji i okoliczności ewokowanych przez Kołodzieja. Zgodę na tak pozornie skromny udział autora w pierwszej części rzeczywistości książkowej należy podziwiać (i również wydawcę, który przyjął lub zasugerował taką oryginalną koncepcję książki bądź co bądź publicystycznej…).

            Andrzej Kołodziej jest osobistością wybitną, acz z wielu powodów mało znaną. Jego sławę przyćmiewają inne postaci, które, jak to często bywa w historii, mają o wiele mniejsze zasługi w obaleniu dyktatury pezetpeerowskiej. „Miał osiemnaście lat, jak pisze Znamierowski w jego krótkiej notce biograficznej, kiedy zaangażował się w działalność opozycyjną, a niespełna dwadzieścia jeden – kiedy zorganizował strajk w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni i został wiceprzewodniczącym  Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (…) w Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Rok później siedział w więzieniu w Czechosłowacji W wieku dwudziestu sześciu lat zorganizował „Solidarność Walczącą” w Trójmieście, a zanim skończył trzydziestkę był najbardziej poszukiwanym  przez służby bezpieczeństwa człowiekiem w Polsce”.

            Owe obszerne partie opowieści narratora o wymykaniu się bezpiece mają, oprócz literackich, wartości dydaktyczne: uczą, jak organizować działania konspiracyjne. A te umiejętności zawsze mogą się nam przydać. I to jest tutaj frapujące, jak ten młody człowiek umiał do swych niepodległościowych poczynań konspiracyjnych zjednywać starszych odeń nieraz o półtora pokolenia robotników czy jeszcze starszych ludzi niezwiązanych z „Solidarnością”, np. staruszki, które dumne były, że powierza im na przechowanie „trefne” materiały propagandowe czy wręcz sprzęt drukarski. Jak i kiedy nauczył się zasad konspiracji? Był genialnym samoukiem. Zresztą ma ją we krwi…

            Myślę, że konspiracja to nasze polskie archetypy, mamy je od Powstania Styczniowego z Państwem Podziemnym i Rządem Narodowym. Całe nasze dzieje od 1863 r. do 1989 r., z przerwą na 1ata 1918–1939 to przecież ustawiczne zmagania konspiracyjne z dwoma potężnymi wrogami, którzy niszczyli duchowość Europy. Władysław Pobóg Malinowski napisał, że Niemcy nie umieli sparaliżować Armii Krajowej, dekonspirowali jednie poszczególne ogniwa, natomiast zbrojne podziemie było dla nich niczym nieprzenikniony Sfinks.

Natomiast młody konspirator potykał się o przeszkody, których nie powinno być – o pierwszych doradców. „Po (…) rozmowie prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z Mazowieckim i Geremkiem miałem jakiś niesmak. Usiłowali nas przekonać, że żądanie wolnych związków jest absurdalne (…) i jeśli z tego postulatu nie zrezygnujemy, dojdzie do interwencji sowieckiej (…) trudniej było nam wówczas pokonać opór doradców niż później komisji rządowej”. Jakże w tym kontekście fałszywie brzmi aksjologia Marcina Wolskiego, który w „Gazecie Polskiej” w listopadzie 2013 r. opublikował felieton „Pokolenia gigantów i pokolenia karłów”, gdzie do tych pierwszych zaliczył m. in. Mazowieckiego i Geremka. W rzeczy samej to byli giganci – intelektualni, ale też w oportunizmie i konformizmie. Jeśli tedy chcemy ich nazywać olbrzymami w  pozytywnym sensie politycznym, to powiedzmy również, jakie szkody wyrządzili swemu krajowi budzącemu się na początku lat osiemdziesiątych do wolności. W końcu Andrzej Kołodziej uświadomił sobie, że „to władza dobierała nam wtedy doradców”.

Z czasem współpraca z Bogdanem Borusewiczem też stawała się skomplikowana, gdyż wyszło na jaw jego kunktatorstwo, ustawicznie blokował drukowanie bibuły. I młody przywódca grup solidarnościowych ostatecznie z nim się rozstał. Podobnie borykał się z dwuznaczną postawą Wałęsy. Wspomina o osobistym poparciu przezeń w lutym 1981 r. późniejszego dowódcy stanu wojennego, o zajęciu stanowiska niezgodnego z ideami solidarnościowymi w tzw. sprawie bydgoskiej z marca t. r. (pobicia działaczy „Solidarności” robotniczej i chłopskiej przez milicjantów i esbeków w cywilu). Wałęsa zrazu stwierdził, że był to incydent wymierzony w całą „Solidarność”, lecz później, jakby przekonany czyjąś perswazją, podpisał porozumienie z władzami, które uznały, że brutalne zachowanie tzw. sił porządkowych było „częściowo usprawiedliwione” (sic!).

W „didaskaliach” Znamierowski zaś pisze, że Wałęsa został przewodniczącym NSZZ „Solidarności” w dużej mierze dzięki działaniom agentury: „w drugiej turze zjazdu uczestniczyło siedemdziesięciu jeden tajnych współpracowników i siedem tzw. kontaktów operacyjnych (w tym trzydziestu sześciu jako delegaci”; prowadzili oni lobbing na rzecz Wałęsy. Kołodziej natomiast stwierdza, że „o zachowaniu Wałęsy podczas strajku (gdy chciał go wygasić - J. W.)  nikt nie wiedział, bo dla dobra Związku nie mówiło się o tym głośno”. Skutki tego milczenia odczuła - i odczuwa! - cała Polska. Takie są konsekwencje historyczne i polityczne ukrywania prawdy.

            Szczęśliwie Kołodziej w 1984 r. poznał na Wybrzeżu reprezentanta „Solidarności Walczącej”. I uznał ją, po doświadczeniach z działaczami „Solidarności”, za organizację najwłaściwszą wobec, jeśli można tak się niezbyt ładnie wyrazić, zapotrzebowania niepodległościowego.

Z inicjatywy Kornela Morawieckiego i pod jego przywództwem powstała 11 listopada (dzień i miesiąc szczególnie wymowne!) „Solidarność Walcząca” - działała podziemnie i dążyła do jednej niepodzielnej, nieograniczonej Niepodległości. Dewizą SW była idea głoszona przez papieża o wolności i solidarności wszystkich ludzi. W ogłoszonym programie czytamy m.in.: „przez cztery dziesięciolecia (…) jest przyzwyczajenie do fałszu i uznanie go za stały składnik egzystencji. A więc i pogodzenie się z nim, brak oburzenia, stępienie reakcji…”.  W rezultacie, który dziś dotkliwie odczuwamy, rodzi się w społeczeństwie przeświadczenie, że kłamstwo jest niewinne i każdy, zwłaszcza politycy, mogą się nim posługiwać. Owa antyidea rozprzestrzenia się w Unii Europejskiej, nie mówiąc o naszej tzw. opozycji; wystarczy posłuchać tzw. liberałów, ażeby utwierdzić się w tym przekonaniu.

 „Po wyrwaniu się  z komunizmu – cytuję dalej program SW -  nie od razu zapanuje dobrobyt. Czeka nas pot i mozół (…) prawdziwej radości dostarczy nam  sensowna, dobrowolna praca dla siebie i dla Polski”. Gdy dzisiaj wczytać się w tę wieszczbę „Solidarności Walczącej”, to łatwo spostrzec, że sanacja Rzeczypospolitej ziszcza się powoli wedle autorów programu tej politycznie radykalnej organizacji: w pocie (mówiąc po-Norwidowsku czoła) i mozole. I jakimś zrządzeniem dobrego losu wybitną rolę w przywracaniu Polsce zdrowia odgrywa syn twórcy „Solidarności Walczącej”. Oby takie zbiegi okoliczności zachodziły zawsze w życiu naszego państwa i narodu.

 Główny bohater-narrator wszedł w skład kierownictwa SW, a działacze „starej” „Solidarności” nie byli jej zwolennikami, decydowała tu być może zawiść czy zazdrość, która jest naszą wadą narodową. Od początku lutego 1985 r. Kołodziej był systematycznie poszukiwany przez bezpiekę. Dzięki osobom niezwiązanym z Podziemiem unikał aresztowania – jednak do czasu. Zatrzymany nie był przesłuchiwany, albowiem nie odpowiadał na żadne pytania, tak samo jak Kornel Morawiecki; esbecy musieli sami  spreparować protokoły „przesłuchań”, które składały się tylko z pytań. 

Władza w poczuciu bezsilności, bo w pod koniec lat osiemdziesiątych trwał już na dobre demontaż systemu komunistycznego, chociaż mógł on jeszcze śmiertelnie kąsać, namawiała Kołodzieja i Morawieckiego do opuszczenia Polski. Lecz oni nie chcieli przyjąć paszportu w „jedną stronę” i nadal swym uporem przysparzali służbom peerelowskim niemałych kłopotów; w końcu bezpieka uległa i otrzymali normalne dokumenty. Ale to już inne perypetie i są opisane w odmiennej, kronikarskiej konwencji.

  „Aneksy”, druga część „Niezłomnych”, to już nie publicystka, a informacja dziennikarska w najlepszym tego słowa znaczeniu o najważniejszych wydarzeniach i zjawiskach najnowszych dziejów Polski i… świata. Na przykład obok opisu „Karty 77”, która była zaczynem rewolucji antykomunistycznej w Czechosłowacji, są wiadomości o Ruchu Politycznym POMOST Polonii amerykańskiej, która pod tą samą nazwę wydaje kwartalnik polityczny, wspierający propagandowo nasze dążenie do pełnej Niepodległości. Dalej w „Aneksach” pisze się o międzynarodowym ugrupowaniu politycznym Bilderberg z USA, zorganizowanym na modłę - jak mniemam – masońską i o tzw. Komisji Trójstronnej również ze Stanów założonej w 1973 r., kontrolującej ponad 60 proc. majątku światowego, utworzonej z inicjatywy Zbigniewa Brzezińskiego, jej prominentami oprócz niego są Henry Kissinger i David Rockefeller - ma ona podobny charakter do grupy powyżej wymienionej i silny wpływ na polską politykę. Znamierowski twierdzi, że „Komisja Trójstronna jest już dobrze ukształtowanym ośrodkiem władzy, którego celem, jest stworzenie rządu światowego. W praktyce już rządzi gospodarką i polityką głównie państw Zachodu i wielu innych”.

Czy działalność tych i podobnych grup, tu niewymienionych, jest nowym zagrożeniem dla naszej suwerenności? Czy los ześle nam nowych gigantów o takiej sile ducha, jak ci opisani w tej książce, że zdołają uwolnić od ewentualnej utraty części niezawisłości nie tylko nas, ale i Europę?  

„Niezłomni” pozwalają wierzyć, że niezłomność nie jest ponad miarę człowieka, społeczności narodów i państw…

Jacek Wegner

Alfred Znamierowski, "Niezłomni. Solidarność Walcząca", Wydawnictwo Editions Spotkania

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl