Pisałem już tutaj o genezie pojęcia Rzeczypospolitej akcentując, że Andrzej Frycz Modrzewski, ubogi szlachcic, wójt z Wolborza, scalił je od razu z wartościami moralnymi i politycznymi, zespolił znaczenia wspólnoty, uczciwości, pożyteczności. Wspólne jest bowiem – wywodził – to co publiczne, przeto Rzeczpospolita wydaje się być „nie czym innym, jeno wspólną wszystkich uczciwością i pożytkiem”. Tak zatem owa „wspólnota” Modrzewskiego, „własność publiczna” emanowała uczciwością; została bowiem wywiedziona z aksjologii chrześcijańskiej, zwłaszcza siódmego przykazania Ono już od drugiej połowy następnego stulecia było lekceważone, a dziś jest w kręgach pół czy ćwierć elity permanentnie i bezczelnie łamane, jakby dzisiejsi zwyrodniali Polacy zapominali, na jakich fundamentach Rzeczpospolita została zbudowana.

Owe więc przymioty: „wspólnotowość”, „własność publiczna” sformułowane po łacinie przez Modrzewskiego zostały zastąpione jednym słowem polskim: „pospolita”, które wtedy, w XVI w., znaczyło właśnie to samo, co wspólna, publiczna, powszechna, wszystkich – uczciwa i pożyteczna. Współczesny Modrzewskiemu Jan Krasiński w łacińskiej rozprawie „Polonia” dostrzegł w młodej Rzeczypospolitej „mądrość, która tym się wyraża, że (...) jest ustanowione rządzenie według prawa (...) król sam bez zgody rady senatu i zgody szlachty nie ustanawia praw, lecz prawom podlegać ma nakazane”. (przytaczam za: Wacław Uruszczak „Tradycja państwa prawa w I Rzeczypospolitej. 500-lecie Statutu Łaskiego z 1506 roku”). Zważmy: królowi jest nakazane! Oto werbalny prapoczątek nowoczesnych ustrojów parlamentarno-demokratycznych. 

Szlachta uważała swą Rzeczpospolitą za wartość najpiękniejszą ze wszystkich ziemskich,. Nazywała ją matką, a o królach mawiała, że są małżonkami Rzeczypospolitej i strażnikami jej praw i ona powinna mieć nad nimi władzę, tak jak kobieta zawsze w kulturze polskiej ma władzę duchową nad mężczyzną. Wartość Rzeczypospolitej-Matki wskrzesił Henryk Sienkiewicz, gdyż była ona wówczas niezbędna do życia duchowego Polaków: w słynnym politycznym dyskursie powieściowym Skrzetuskiego z Chmielnickim ataman tłumaczy, że nie podniósł ręki na króla, tylko na „królewięta” panoszące się na Rusi. Skrzetuski ripostuje, że tym samym zabija Matkę, Rzeczpospolitą. Po wieku z dużym okładem Jan Paweł II podczas jednej ze swych pielgrzymek do Ojczyzny dobitnie, podniesionym głosem - widocznie znów zdenerwowała go jakaś wypowiedź zdrajcy reprezentującego z nadania rosyjsko-sowieckiego ówczesną władzę  -  wołał, że  t u  jest Jego Matka, a słuchający go ludzie to bracia i siostry i dlatego nigdy nie przestanie troszczyć się o jej i ich losy.

Trzeba więc przyznać, że etos Rzeczypospolitej-Matki ma długi żywot. Właściwie powinienem napisać: m i a ł, przecież dzisiaj  nikt już tak o Polsce nie myśli, ba – nawet słowo „ojczyzna” zniknęło z leksyki mowy publicznej, bo wywoływałoby inwektywy w rodzaju: szowinizm, fundamentalizm, ksenofobia, oszołomstwo. Natomiast znowu, od 1989 r., wkraczają na arenę, i to w liczbie niemałej, politycy podobni - wypisz, wymaluj – do tych antenatów, którzy za zdrady i donosicielstwa brali srebrniki od Niemców i Rosjan; zmienili się tylko ci, którzy płacą, niekoniecznie gotówką, a z powszechnej europejskiej kasy synekur. Zresztą po 1945 r. nasz naród bez przerwy hojnie dostarcza wrogim siłom wszelkiego rodzaju delatorów i pracowników Imperium Zła.

Panowie bracia – wedle wyrażenia Andrzeja Moskorzowskiego na przedsejmowym sejmiku w Opatowie w roku 1627 (odwołuję się do: Edward Opaliński „Kultura polityczna szlachty polskiej w latach 1587-1652”) - nazywali siebie „synami Rzeczypospolitej”. Bynajmniej nie oznaczało to, że król-małżonek był ich ojcem, traktowali go raczej jako ojczyma, który powinien im być wdzięczny za powołanie do godności „małżonka”, a skoro tak, to oni, „synowie Rzeczypospolitej-Matki”, byli wobec niego władzą nadrzędną i rozliczali go z tego, co czynił. Stąd bierze się skomplikowany stosunek wyborców-szlachty do króla, którego trzeba szanować, całować w rękę, ponieważ jest mandatariuszem Majestatu Rzeczypospolitej-Matki. Ale nie należy wznosić go na najwyższe piedestały, nie budować mu kapliczek, natomiast można się sprzeciwić, mieć inne zdanie niż on, w końcu nawet wymówić posłuszeństwo („de non praestanda oboedientia” z Artykułów Henrykowskich), ale nie wolno zabić, byłaby to zbrodnia nie do wybaczenia przez „synów” Rzeczypospolitej-Matki. Natomiast już od lat sześćdziesiątych XVII w. szlachta z magnatami zaczęła... handlować ziemiami swej Matki, po wieku skuszona przez oligarchów rozszabrowała ją, doprowadziła do śmierci.

Jan Chryzostom Pasek, uzdolniony pisarsko bigot i warchoł, a szczery patriota, napisał w odniesieniu do rokoszu Lubomirskiego (1666 r.), wymierzonego przeciw zamysłom Jana Kazimierza: „żeby Francuza wprowadzić na królestwo, na co już i sam król pozwala (...), ale Rzeczpospolita poczuwała się i starała, żeby z tego nic nie było (...) i Pan Bóg po staremu (...) sprawił, że Francuz nie został wybrany”. Autor wzniósł tedy Rzeczpospolitą do wyżyn Transcendencji, niejako zrównał ją ze Stwórcą. Nie ma chyba w literaturze ojczystej większej apoteozy Rzeczypospolitej.

Nieco później Stanisław Leszczyński, niefortunny król Polski, dobry zaś gospodarz pod obcym berłem, wywiódł już bez emfazy i pokrętności składniowej: „Królowie są śmiertelni, lecz Rzeczpospolita nigdy nie umiera”. Bo jest wiecznym narzędziem Boga we władaniu historią i państwami, w hierarchii wartości zaraz po Nim – pierwsza po Bogu, tak jak dla normalnego człowieka matka ma identyczne miejsce w tej hierarchii.

Mocodawcą zaś praw, których strażnikami są królowie-małżonkowie nieśmiertelnej  Rzeczypospolitej, jest sejm – najwyższa materializacja Rzeczypospolitej – stworzony przez jej „synów”, a zatem również szanowany, albowiem każdy człowiek, abstrahując od dewiantów polityczny przepełniających nasze życie polityczne, szanuje to, co stworzył w dobrej wierze. Owi „synowie” nie uświadamiali sobie jednak , że ich wytwór, z którego byli bardzo dumni, wymagał – wedle Hanny Malewskiej, dwudziestowiecznej publicystki katolickiej o której też już swego czasu tu pisałem, autorki m. in. „Listów staropolskich z epoki Wazów” – „mądrości i wielkiego ducha, ciągłej naprawy, a tych zabraknie już w drugiej połowie XVII w.”, gdyż „ustrój Rzeczpospolitej był dla aniołów, nie dla ludzi” – konkluduje Malewska. A więc „przerobienie zjadaczy chleba w aniołów” jest możliwie jedynie w wizji poetyckiej wieszcza. W praktyce dziejowej, w feudalizmie, nie dało się „anielstwa” udźwignąć, w żadnym chyba ustroju nie można go utrzymać, ponieważ przerastając kreatorów, doprowadza do ich demoralizacji, czego najlepszym przykładem jest dzisiejsze skarlenie Stanów Zjednoczonych i w ogóle kultury Zachodu...

Stefania Skwarczyńska, historyk i teoretyk literatury drugiej połowy minionego wieku, napisała w rozprawie publicystycznej o „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego, że Rzeczpospolita była „wspaniałą gwiazdą strąconą z firmamentu europejskiego”. Władysław Konopczyński, dwudziestowieczny wybitny historyk, określił zaś Rzeczpospolitą jako „całość moralną (...), gdzie indziej władza wiązała podwładnych, tutaj obywatele wiązali się sami w państwo” (w: „O wartości naszej spuścizny dziejowej” Wybór pism z 2009 r.”).

Czy rzeczywiście  „pierwsza po Bogu”, „ anielska”, „gwiazda wspaniała”, „całość moralna”?

W każdym razie jej smutny historyczny koniec niech wciąż będzie dla nas przestrogą.

Czy wszelako nie da się stworzyć nowej Rzeczypospolitej, chociaż od poprzednich odmiennej terytorialnie i ustrojowo, lecz takiej, która by przechowywała, a może i rozwijała, co w Pierwszej, Drugiej (krótkotrwałej) i dzisiejszej było, jest  – czy raczej miałoby być w intencji jej twórców – WIELKIE? Żebyśmy w naszym systemie ziemskich wartości znowu odczuwali Ją jak Matkę, pierwszą po Bogu…

Jacek Wegner  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl