Przez kilka dziesiątków lat byłam krytykiem filmowym.  Wtedy  kina pełne były jeszcze filmów, o których warto było pisać.  Potem porzuciłam ten zawód, bo  bardziej interesowało mnie „samo życie”, niż  życie przedstawiane w kinie. Zwłaszcza, że coraz mniej było w nim prawdy, i  coraz mniej sensu.  Scenariusze – albo dozwolone do lat 15, albo  wydumane nad biurkiem przez orędowników politycznej poprawności. Dziś rzadko chodzę  na pokazy prasowe,  bo obrazów, które chciałoby się zobaczyć, a potem opisać, jest niewiele.  

  I oto pojawia się praca  Irlandczyka Terry George’a „Przyrzeczenie”. Reżysera i wojownika – w latach 70. był członkiem  ruchu oporu w Irlandii Północnej, i zatrzymany przez brytyjski patrol, za przewożenie uzbrojonych członków Irish Republican Socialist Party, został skazany na 6 lat więzienia. Potem zainteresował się filmem. Był scenarzystą  i asystentem Jima Sheridana przy filmie „W imię ojca”, opowiadającego o  skandalu  wokół procesu „czwórki z  Belfastu”, a potem, już samodzielnie, scenarzysta i reżyser, zrobił „Hotel Rwanda”, o bratobójczej wojnie między Hutu i Tutsi w  Rwandzie latach 90. A teraz na polskich ekranach  pojawił się jego kolejny obraz  polityczny, tym razem o eksterminacji Ormian w imperium osmańskim w latach 1915 – 17. Zapomnianym przez świat i media holokauście, gdzie z 2.6 mln Ormian, zamieszkujących Armenię Zachodnią, wchodzącą w skład  imperium, zostało zamordowanych lub zmarło z głodu i chorób 1.5 mln. Więcej niż połowa populacji, zamieszkujących te  tereny. Pierwsze masakry miały miejsce już w latach 90. XIX wieku, kiedy – śladem chrześcijan na Bałkanach,  tureccy Ormianie zażądali  autonomii.  Wtedy  sułtan Abdulhamid II  rozpoczął  prześladowania , potem przyszły wysokie podatki  i  restrykcje administracyjne, a wszystko to doprowadziło do  powstań, krwawo stłumionych w latach 1894-95.  Oblicza się, że w tych latach śmierć poniosło ok. 300 tys. Ormian. Ale, jak się okazało, to był dopiero początek tragicznej serii zdarzeń.

  Tuż przed wybuchem I wojny światowej, władze w Turcji objął Komitet na rzecz jedności i postępu, zwany „młodoturkami”, którzy ogłosili idee panturkizmu. Chodziło o zajęcie ziem na terenach Rosji i Iranu.  Dążąc do zjednoczenia ludności tureckiej „od Bosforu do Mongolii”, uznali, że na drodze stoją  im ormiańscy chrześcijanie, od  tysiącleci zamieszkujący Zakaukazie. I postanowili  – podobnie jak Hitler w przypadku „ostatecznego rozwiązania” kwestii Zydów – „ostatecznie” rozwiązać  problem ormiański. Przebieg zdarzeń był klasyczny: w kwietniu 1915 roku turecki rząd wydał nakaz aresztowania ormiańskiej inteligencji i znaczących osobistości – jedynie w Stambule  zamordowano w więzieniach lub podczas pogromów – 2345 osób.  A w miesiąc póżniej – został ogłoszony  rozkaz deportacji zamieszkujących Anatolię Ormian na Pustynię Syryjską. W rezultacie tych operacji w miastach i miasteczkach zamordowano setki tysięcy Ormian, inni, deportowani, zginęli z chorób, piekącego słońca lub wycieńczenia. Ginęli w wyjątkowo okrutny sposób:  palono ich żywcem,  zakopywano, topiono, spychano ze stoków górskich. Bywało,  że Ormianie stawiali opór – np. 5 tys. mieszkańców okręgu Musa przez 40 dni broniło się w masywie Musa Dagh. Franz Werfel napisał o tym powieść „Czterdzieści dni Musa Dah”, a słynna autorka kryminałów Agatha Christie, towarzysząca swojemu mężowi – archeologowi  Maksowi Mallowanowi  w wykopaliskach na Bliskim Wschodzie, zamieściła relacje ocalałych świadków rzezi w swoim reportażu „Opowiedzcie, jak tam żyjecie”. Po kilku latach eksterminacji i  fali ucieczek z kraju, z uprzednich 2.6 mln Ormian, zamieszkujących Turcje, pozostało ich ok. 150 tys.

   Reżyser Terry George, w swoim kolejnym filmie, przypomina tę jedną z najbardziej skrywanych zbrodni przeciw ludzkości XX wieku. Której ofiarą padło 1.5 mln ludzi, połowa ofiar  Holokaustu, a kilkaset tysięcy znalazło się na emigracji, patrz: rodzina słynnego amerykańskiego pisarza  Williama Saroyana, popularnego francuskiego piosenkarza  Szahnura Waghineka Aznavouriana, czyli  Charlesa Aznavoura czy biznesmena i filantropa Galusta  Gulbekiana. Tragedię narodu pokazuje – podobnie jak w  „Hotelu Rwanda” - na przykładzie losów kilku osób.  A przede wszystkim Michaela, który w 1915 roku przybywa z małego miasteczka  w górach do Stambułu, by studiować medycynę. W domu swego wuja spotyka  młodą rodaczkę, Anę, narzeczoną znanego amerykańskiego reportera, Chrisa. Zaczyna się gorący romans. Ale w Stambule rząd wydaje rozporządzenie aresztowania znaczących Ormian, rozpoczynają się prześladowania i pogromy, zapełniają się więzienia, płynie krew.  Michael, Ana i ich rodziny są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Swiat  „nie dostrzega”  tragedii  narodu, rozpoczyna się Rzeż Ormian, zwana przez nich samych Mec Jeghern, Wielkim Nieszczęściem.

   Najwyraźniej  irlandzkiego reżysera Terry George’a  interesują „narody na historycznym zakręcie”, kiedy decyduje się ich  być lub nie być.  Północna  Irlandia przez Wielkopiątkowym Porozumieniem,  bratobójcza wojna w Rwandzie, Rzeż Ormian w imperium otomańskim. „Przyrzeczenie”, to klasyczny epicki film w starym dobrym stylu, w dodatku  starannie zrealizowany.  Widać, że Terry George ma długie doświadczenie reżyserskie, pewną rękę i wierzy w tradycyjne kino z przesłaniem. I nie chodzi tu o happy endy  czy  pokrzepienie typu „jutro będzie lepiej”, lecz o prawdę, że nawet podczas najtrudniejszych sytuacji można zachować się przyzwoicie,  oraz o tym, jak ważna w życiu ludzkim jest nadzieja.  Ze przypomnę  końcowy fragment wiersza Saroyana, utrzymany wprawdzie w elegijnym, żałobnym stylu, jednak nie pozbawionym promienia  nadziei.   Szanuję  także postawę  reżysera, że w tym nihilistycznym świecie post-filmu  i post-polityki , jaki  mamy, nie wstydzi się  pokazywać bohaterów, którzy – jak Ormianin Michael, choć nie kocha narzeczonej, zdecydowany jest dotrzymać przyrzeczenia, albo Amerykanin Chris, który choć widzi, że Ana porzuca go dla Michaela, kiedy okazuje się, że tylko on może ich uratować, nie waha się tego zrobić, nawet z narażeniem własnego życia. W filmie pokazuje się te same postawy heroiczne, i podobne wybory, które znamy z naszej historii, powstańczej czy wojennej. A także tradycji literackiej, patrz:  „Lord Jim” Conrada, „Nad Niemnem” czy „Noce i dnie”.  Z czasów, kiedy dotrzymywało się przysiąg, kiedy kobiety – jak te Ormianki w górach – szyły koszule  i sztandary, a po upadku powstania  nosiły „biżuterię żałobną” i przejmowały na swoje barki  ciężar  utrzymania rodziny, wychowania dzieci i prowadzenia majątku.  Może dlatego „Przyrzeczenie”  jest nieżle rozumiane  w Polsce? Właśnie dla tej wspólnoty narodowych przeżyć  i doświadczeń?

  Np. scena w kamieniołomach, w których wykonują niewolniczą pracę Ormianie, pilnowani przez żołnierzy tureckich.  Czy to nie są doświadczenia  polskich więźniów niemieckich  obozów koncentracyjnych w Mauthausen – Gusen czy Gros-Rosen?  Kamieniołomy,  fabryki broni, zlecenia dla niemieckich firm?  Albo brytyjskie  - budowa „kolei  burmańskiej”, którą w koszmarnych warunkach  wykonywali   więźniowie alianccy na Półwyspie Malajskim w japońskich obozach koncentracyjnych? Tylko brytyjskich jeńców zginęło wtedy ok. 140 tys., a opowiadały o tym filmy „Imperium słońca” Spielberga, „Droga do zapomnienia’ Jonathana Teplitzky’ego, a także angielski przebój wszechczasów „Most na rzece Kwai” Davida Leana. Kolejna scena w „Przyrzeczeniu”, która przypominała te wspólnotę ludzkich doświadczeń z czasów II wojny, to  pędzący pociąg z zamkniętymi w zwierzęcych wagonach Ormianami, umierającymi z głodu i pragnienia. To mógł być przecież pociąg, wiozący polskich wysiedleńców z Kresów na Syberię czy do Kazachstanu, albo Zydów do Auschwitz – Birkenau.  Lub ten nie kończący się sznur uchodżców, aż po horyzont,  chroniących się  przed tureckimi siepaczami.  Podobnie na starych fotografiach wyglądał eksodus mieszkańców  Warszawy  po upadku Powstania ’44.  Toteż patrząc na „Przyrzeczenie”, Polak może odczuwać  jakąś nić wspólnoty  z narodem, który został przez silniejszego sąsiada skazany na zagładę – choć wszystko, czego pragnął, to żyć w spokoju. Jednak nawet tak skromne oczekiwania nie spełniają się, kiedy niewielki naród żyje na skrzyżowaniu dróg, na drodze silniejszych. I o tym także opowiada obraz Terry George’a.  

   Nie jest to  film bez błędów czy usterek. Heroizacja  bohaterów, sztywny podział na złych i dobrych.  Choć przecież i w życiu zdarzają się herosi  oraz sytuacje „czarno - białe”.   Zresztą tu także  pojawia się Turek, kolega Michaela ze studiów, który  swój  gest przyjaźni przepłaca  życiem.  Jest też interesująca rekonstrukcja Stambułu podczas I wojny i życie Ormian w górach Anatolii,  piękne kadry i niezła gra aktorska, zwłaszcza młodziutkiej  Charlotty  Le Bon, córki  lidera  zespołu Duran Duran Simona,  w roli Any.  Słowem, „Przyrzeczenie”,  to  przyzwoita  klasyka filmowa, z jednej strony przypominająca  dramatyczne fakty z przeszłości,  z drugiej  - mądrość,  że nigdy, bez względu na okoliczności, nie wolno   rezygnować  z  nadziei.

                                                                 Elżbieta Królikowska-Avis. 15 maja 2017

   

   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl