Kiedyś skrytykowałem warszawską mokotowską policję za beznadziejne prowadzenie śledztwa w sprawie włamań mieszkaniowych. Zaraz potem w „Rzeczpospolitej” ukazała się relacja z wystawy przedmiotów odzyskanych przez tenże organ. Usłużny, albo uzależniony reporter nawet nie zauważył, że pokazano śmiecie- stare buty, zdezelowany sprzęt i blaszkową biżuterię bez wartości. Teraz opiszę sytuację na parkingu dla wylatujących z warszawskiego Okęcia. Otóż można wprawdzie podjechać pod drzwi wejściowe do hali odlotów, ale… za opłatą. Ten cały dojazd jest oczywiście źle pomyślany. Tuż przed wejściem na lotniczy dworzec jest bardzo mało miejsca. Wymyślono więc , że nawet za najkrótsze zatrzymanie samochodu, by wysiedli wyjeżdżający, trzeba płacić. No ile? Pięć- dziesięć złotych? O nie! Wprawdzie za zatrzymanie się do siedmiu minut nie płacimy, ale już za przekroczenie tego limitu czasowego nawet o minutę płacimy złotych trzydzieści. Czyli więcej niż za dojazd ze Śródmieścia Warszawy. Jeśli w samochodzie jest osoba niepełnosprawna, siedem minut to czas za krótki.

To oczywiste nadużycie, którym powinni się zająć odpowiedzialni za kształtowanie cen usług. Władze portu lotniczego nie mogą robić co chcą i dowolnie ustalać ceny. No bo jeśli już to dlaczego za ósmą minutę nie kazać płacić pięćdziesiąt albo i sto złotych.

Na pewno zaraz usłyszę od usłużnych- ryczałtowych lub etatowych ludzi z lotniczej branży, że nie mam racji, że tak właśnie trzeba, bo mało jest miejsca przed wejściem odlotowym itp. Dziennikarze usługowi byli zawsze, kiedyś nawet za długopis lub inny gadżet pisali to co wciskano na prasowych konferencjach. Tak już nie jest, ale „lobbyści” nadal się intensywnie kręcą.

Tak się na przykład dzieje jeśli chodzi o ocenę nowej architektonicznej mody, która rozprzestrzenia się w stolicy. Polega ona na stawianiu metalowo- szklanych nadbudówek na dachy i tak nielicznych warszawskich zabytków. Ostatnio coś takiego odkryliśmy na ulicy Złotej. To samo dotyczy dobudowanych „przykrywek” na hotelu „Bristol” i „Europejskim”.

Fot. Stefan Truszczyński

Czytam w „Gazecie Wyborczej” jakie to wspaniałe widoki rozciągają się teraz z podwyższonego hotelu Europejskiego. Obrońcy tych innowacji głoszą, że tak właśnie się robi na „zachodzie”- bo to miejsce na węzły techniczne, urządzenia do wind itp. Jest to jednak trzecia prawda według klasyfikacji księdza Tischnera, czyli g… prawda. Zabytek powinien być zewnętrznie taki jak go stworzył projektant, a nieźle wtedy ludzie kombinowali. Jeśli już przeżył naloty Hunów niech żyje swoim dawnym życiem bo przynajmniej tyle nam zostanie z dawnych czasów. Barbarzyńcy burzyli, a teraz cwaniaczki dobudowywują. Słabe władze miejskie- trzęsące się teraz ze strachu z innych powodów- zgadzają się potulnie, bezrozumnie i szkodliwie dla tradycji. „Róbta co chceta”, znowu wychodzi z niebytu, bo za słabo zostało to szkodnictwo pogonione. Oczywiście te wszystkie „innowacje” architektoniczne powinny stać się przedmiotem dociekań urzędów finansowych, a nawet służb. Przecież ktoś te papiery podpisywał, wydawał opinie i zgody. W naszym kraju rozrost machiny urzędniczej osiąga niespotykane rozmiary. Kręcą się jak coś tam, w czymś tam. A pazerna łapa sama się wyciąga.

Coś około osiemdziesięciu tysięcy więźniów mamy w kraju. Wielu siedzi za drobne przestępstwa. Tymczasem tuzy pozostają bezkarne. Kpią sobie nawet i odmawiają zeznań. Poprawność polityczna, nie uleganie prowokacjom to zachęty by jednym żyło się lepiej- cudzym kosztem, a drugim złość z powodu rażącej niesprawiedliwość odbierała nadzieję. Pojawia się myślenie- czy to wszystko miało sens. Bo jest jak jest, a nawet gorzej- bo jest jak już było.

 

18.05.2017

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl