Obserwując poczynania opozycji z jej społecznymi przyległościami („Obywatele.pl” itp.) i słuchając słów wypowiadanych przez jej przedstawicieli, doznajemy poczucia utraty sensu, zaprzeczenia czy wypaczenia przyjętych konwencji (językowych, głównie w sferze znaczenia słów, oraz szerzej, w sferze zachowań) i wydaje nam się, że znaleźliśmy się w świecie groteski i absurdu.  A ogarnia nas uczucie żenady, na przykład wtedy – żeby cofnąć się o jakieś pół roku z okładem – gdy posłanka Najjaśniejszej Rzeczypospolitej podczas protestu opozycji na sali plenarnej Sejmu, w późnych godzinach wieczornych, ni przypiął ni przyłatał, całkowicie bez sensu, zaczyna śpiewać (do tego kiepsko, fałszując), znany przebój.

Sam ów protest, łamiący wszelkie zasady pracy parlamentarnej (bez ich przestrzegania posłowie nie mogliby się ze sobą właściwie komunikować), był całkowitym odlotem, gdyż wchodząc weń opozycja sama sobie odebrała przysługujące jej instrumenty działania. I zaczęła zachowywać się wedle zasady: na złość wszystkim odmrożę sobie uszy, po czym, gdy uszy jej odpadły, bo nikt jej nie powstrzymał, całkowicie przestała słyszeć i zakończyła protest, nic z jego pomocą nie uzyskawszy. A śpiew posłanki Joanny Muchy stał się groteskowym znakiem jakiejś sytuacji, w której słowom i zachowaniom odebrano ich powszechnie przyjęte znaczenia.

Dalej było już tylko gorzej. Jakiś czas temu bawiło nas powiedzenie Wałęsy (gdy jeszcze nie znaliśmy o nim prawdy i gdy miał naszą sympatię): „jestem za a nawet przeciw”. Mimo znaczeniowej absurdalności, był w tym pewien wdzięk i przekora, podobnie jak w powiedzeniu Korwin-Mikkego: „wierzę jedynie w informacje zdementowane”. Natomiast gdy po wielekroć w wypowiedziach Grzegorza Schetyny znalazło się właściwie – by to uogólnić: „jestem za i przeciw jednocześnie”, wdzięk i przekora ulotniły się bezpowrotnie, a pozostał czysty bezsens. Tak chyba można syntetycznie przedstawić najpierw stanowcze zaprzeczenie w kwestii przyjmowania „uchodźców”, a potem propozycję, by przyjmowały ich samorządy, bez względu na stanowisko rządu w tej sprawie.

Podczas lipcowej, osiemdziesiątej siódmej miesięcznicy katastrofy smoleńskiej, protestujący przeciwko niej krzyczeli: „Wałęsa. Wałęsa!” Cóż to za przekaz w dniach, gdy właśnie Instytut Pamięci Narodowej ostatecznie orzekł, że Lech Wałęsa był Bolkiem, tj. tajnym współpracownikiem SB, donoszącym haniebnie na swoich kolegów w stoczni?! Czy wobec tego „Obywatele.pl”, płk. Mazguła (to akurat nie dziwi), a także Władysław Frasyniuk i Jan Lityński pragnęli jako swego współbojownika o demokrację i praworządność (próbując złamać obowiązujące prawo!) mieć przy swym boku byłego konfidenta SB, który ich oszukiwał w czasach, gdy wspólnie walczyli w opozycji (klawiatura zatrzęsła się, gdy chciałem napisać „antykomunistycznej”)? Mimo że obłędnie zaprzecza ustalonej prawdzie i nigdy się do winy nie przyznał. To kim są dzisiaj panowie Frasyniuk i Lityński? Wiemy jedynie, kim byli, choć i tutaj mnożą się wątpliwości. Powstało w każdym razie pomieszanie z poplątaniem, a rzeczywistość miniona i obecna jak gdyby utraciła sporą część swoich cech i staje się trudniej rozpoznawalna.

Logiczną za to konsekwencją wydaje się kolejny postulat Grzegorza Schetyny, jak należy rozumieć, aprobowany przez jego partię, zlikwidowania IPN-u i CBA.  Jeśli idzie o Centralne Biuro Antykorupcyjne, to Platforma, z racji swoich nawyków i skłonności do afer, nie powinna była za jego powstaniem głosować. Sądzę, że zagłosowała (rzecz działa się w pierwszej połowie 2006 roku), licząc na to, jak się okazało nie bez racji, że posłuży ono do jak najszybszego obalenia rządów  koalicji Prawa i Sprawiedliwości z LPR i Samoobroną, co wkrótce nastąpiło. Ze względów pragmatycznych i wizerunkowych Donald Tusk zachował CBA  z jego prezesem Mariuszem Kamińskim jeszcze przez rok, by skorzystać z pierwszej okazji, jaką było wykrycie afery hazardowej (której wedle późniejszego orzeczenia „niezawisłego” wymiaru sprawiedliwości w ogóle nie było), by Kamińskiego zwolnić bezprawnie, a CBA pod nowym kierownictwem całkowicie zneutralizować. Natomiast obecnie, pod rządami „Dobrej Zmiany”, CBA jest solą w oku Platformy, ponieważ odkrywa kolejne jej afery na skalę dotąd niespotykaną, by wspomnieć tylko warszawską „reprywatyzację”.

Naturalnie, żądanie likwidacji IPN i CBA jest działaniem antypaństwowym, uderzającym w dwa filary państwowości: tzw. (niezbyt zręcznie) politykę historyczną i walkę z korupcją. Jak wiadomo Platforma i jej ekspozytury prowadziły, owszem, antypolską politykę historyczną, by wymienić chociażby Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku (gdzie zabrakło miejsca dla Kościoła katolickiego, ojca Maksymiliana Kolbe i rotmistrza Witolda Pileckiego), jakieś broszury o polskim antysemityzmie produkowane w MSZ, popieranie i finansowanie takiej produkcji filmowej jak „Pokłosie” i „Ida”, oskarżających Polaków o mordy na Żydach, czy idei wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika historii. I wiele innych. O skłonności PO do korupcji i zbędności CBA w jej opinii nie trzeba chyba nikogo przekonywać.

Jak to dziwnie się łączy – pogarda dla prawdy, pomieszanie pojęć i utrata sensowności z dążeniem do obalenia filarów uczciwego i silnego państwa (które miało być teoretyczne). Kiedyś nazwałem Tuska „człowiekiem bez właściwości”, ale przyznaję, że on przynajmniej potrafił w tę „tabula rasa” wlewać właściwości w zależności od bieżącej potrzeby i zawsze wykręcić kota ogonem, dopiero, gdy to już nie było możliwe, zwiał za granicę, by objąć lukratywną posadę, o którą z dawna zabiegał. Grzegorz Schetyna nawet na ten tytuł – człowieka bez właściwości – nie zasługuje. Wykazuje on brak inteligencji politycznej, jest człowiekiem bez charakteru (cały czas mam wrażenie, że w dzieciństwie bijał słabszych), podobnie jak wówczas, gdy był baronem dolnośląskim, jako przewodniczący utrzymuje władzę w partii siłą i strachem, tak że nawet młodzi gniewni (tacy jak Nitras czy Pomaska,do których prostactwa dorównuje, nie wiada czemu, Rafał Trzaskowski, którego stać na więcej, ale widać, charakteru i woli nie staje)  nie potrafią mu podskoczyć. Jedno tylko jest niezrozumiałe: jak w tych warunkach PO utrzymuje słupki w okolicy (a nawet więcej niż) 20 proc. poparcia? Czyżby sławetne (a dla mnie niepojęte) „czarowanie” Tuska wciąż działało na lemingi, a lemingoza była nieuleczalna?

Jeśli tak jest to właśnie dlatego, że jak czytamy w Ewangelii:  „Gdy sól utraci swą słoność, to kto jej ten smak przywróci?”

                                                   *********

Do skrajnej irytacji może doprowadzić obserwatora życia politycznego niedostatek pamięci i brak umiejętności odpowiedniego reagowania na nieuzasadnione zarzuty wobec reform wprowadzanych przez rząd Zjednoczonej Prawicy. Dotyczy to zarówno dziennikarzy, jak i polityków rządzącej koalicji. Oto dyskutowany jest w Sejmie projekt wprowadzenia niewielkiej daniny, rzędu 20-25 groszy od litra paliwa (a znawcy problemu zapewniają, że to będzie znacznie mniej, gdyż część tego ciężaru weźmie na siebie PKN Orlen), z przeznaczeniem tych pieniędzy na budowę i remonty dróg lokalnych, gminnych i powiatowych, które są niejednokrotnie w opłakanym stanie lub których brakuje. Opozycja podnosi krzyk, oskarżając PiS o sprzeniewierzenie się jego własnym obietnicom wyborczym, że nie podwyższy podatków. Ta opozycja to w olbrzymiej mierze do niedawna rządzące PO i PSL. I nikt, ale to naprawdę nikt, ani żaden dziennikarz, ani polityk, nie pamięta i nie przypomina, że przecież środki, które rząd Tuska odebrał Lasom Państwowym (800 mln zł rocznie + 2 proc. dorocznego przychodu) miały właśnie posłużyć do budowy i remontów dróg lokalnych. I że tak się wcale nie stało, gdyż pieniądze te skierowano do budżetu i, mówiąc kolokwialnie, zostały one przejedzone. Zapewne zmarnotrawione. Więc teraz, z kieszeni obywateli, ale w sposób niezbyt mocno odczuwalny, trzeba to wreszcie zrobić, bo kilka procent wypadków, w których ginie 3000 ludzi rocznie, dzieje się z powodu złej jakości tych dróg. A stanowią one 90 proc. wszystkich dróg w kraju

Tak samo opozycja ratuje się (chciałaby się uratować) od zarzutów związanych z warszawską „reprywatyzacją”, w której wina wiceprzewodniczącej PO zdaje się nie ulegać wątpliwości, czy też ze sprawą Amber Gold, podnosząc tzw. „aferę SKOK-ów”. Tylko jeden tygodnik braci Karnowskich bronił nie tak dawno temu Grzegorza Biereckiego i – dodam nieskromnie – niżej podpisany na łamach „Naszej Polski”, gdy oskarżano go , w sposób niebywały o defraudację, podczas gdy naprawdę chodziło o to, że amerykańska fundacja obdarzyła go wielkim zaufaniem, przekazując kilkadziesiąt milionów złotych na rzecz kierowanego przezeń instytutu naukowego związanego z Kasami. Ale „afera SKOK-ów” wraca w wydaniu opozycji jak bumerang, przy czym raz jedynie udało mi się dowiedzieć (w tym momencie źródła nie uprzytamniam sobie), że wszystkie SKOK-i, które upadły, to były te, którymi kierowali komisarze, narzuceni im przez b. przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, Andrzeja Jakubiaka, wszystkie zaś SKOK-i prowadzone przez prezesów z konkursu mają się bardzo dobrze. Nie słyszałem, by ktoś przeciw zarzutom opozycji użył tego argumentu. Abstrahuję od upadku SKOK-u Wołomin, bo tam było grube przestępstwo przedstawiciela WSI, nb. co najmniej dobrego znajomego Bronisława Komorowskiego, który tej znajomości się wypiera. I to w tę stronę należy kierować pretensje o to, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny musiał wypłacić wierzycielom blisko 3 mld złotych, bo taką sumę wyprowadzili z wołomińskiej Kasy przestępcy, którzy czekają na proces. Dodajmy, że Andrzej Jakubiak został szefem Komisji Nadzoru Finansowego z ręki PO, jak mówią, po to, by „załatwić” SKOK-i. Na szczęście to się nie udało. Mają one nadal ok. 2 miliony klientów, nader zadowolonych z ich usług.

Przypomnę, że gdy (od)twórca SKOK-ów, powstałych na nowo z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego, wówczas wiceprzewodniczącego NSZZ „Solidarność”, Grzegorz Bierecki, został najpierw wice-, a następnie przewodniczącym Światowej Rady Unii Kredytowych (WOCCU – World Council of Credit Unions – 2013)), polskie media nie poinformowały o tym ani jednym słowem. Chociaż mówi się, że jest to stanowisko porównywalne z posadą prezesa MFW! Szefował skutecznie przez dwuletnią kadencję Światowej Radzie Unii Kredytowych, służących 217 milionom ludzi w ponad 100 krajach świata, a został jej szefem wskutek pozytywnej oceny działania polskich Kas w ciągu dwudziestolecia ich istnienia pod  jego kierownictwem (do 2012 roku).

Tak to odebranie językowi jego właściwości i lekceważenie wiedzy o faktach i pamięci o nich prowadzi do unieważnienia prawdy, z którym przyzwoici ludzie w Polsce walczą, z różnym skutkiem, od ponad siedemdziesięciu lat.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl