Trudno powiedzieć, dlaczego ogórkowo-śmietanowy dodatek do obiadu, bardzo sympatyczny, jeśli dobrze zrobiony, stał się w polszczyźnie synonimem bidy, nędzy. Ale skoro już mizeria to dziś właśnie coś marnego, kiepskiego, ubożuchnego – odnieśmy to do dzisiejszego stanu polskiej kultury.

Wielu trzeźwo myślących publicystów, analityków, politologów, wreszcie działaczy na niwie kultury podkreśla zgodnie, że najważniejszym frontem walki o Dobrą Zmianę, że w ogóle głównym polem bitwy między światem wartości i antywartości jest pole kultury. Na nim bowiem toczy się najważniejsza walka – walka o świadomość: o to, kim jestem (jesteśmy), co jest dla mnie (dla nas) najważniejsze, najświętsze, zasadnicze, niezbywalne, co mnie konstytuuje jako człowieka, obywatela etc. etc.; jakie są moje korzenie, jaka jest moja wiara, jakie tradycje uważam za najistotniejsze itd. itd.

Obszar tych spraw stał się zaraz po 1989 r. polem ostrej, chwilami bardzo ostrej konfrontacji między światem „dżihadu” a „macświatem” (terminy Benjamina Barbera), czyli światem zasad a światem mega-konsumpcji.

Niestety, zapóźnieni cywilizacyjnie, pozbawieni przez komunizm  na pół wieku kontaktu z normalnością, z cywilizacją dobrobytu, zaspokojonych potrzeb, nowoczesności – zachłysnęliśmy się „macświatem”, kładąc nasz „dżihad” na ołtarzu dobrobytu, dostatku, high life’u, światowości. Pozwoliliśmy, by wielu z nas zostawiło zasady - których broniliśmy przed komunistyczną anihilacją bądź degradacją - na boku. W efekcie Dobra Zmiana musi dziś te zasady przywracać, jeżeli cały proces odnowy, naprawy państwa ma się powieść.

Niestety – nie jest to zadanie łatwe, ba, powiedziałbym nawet, że to trud chwilami zupełnie beznadziejny, bo do „dobrego” (łatwego, uproszczonego, milutkiego) łatwo się przyzwyczaić. Świat tzw. wolny cieszy się swoim komfortem, swobodami, możliwościami nieograniczonego niemal wyboru. Apele, wezwania, zachęty do powrotu do dawnych zasad, wartości, tradycji przyjmowane są z gniewem, nienawiścią, w najlepszym razie z obojętnością, niechęcią czy ociąganiem się. Tylko najbardziej świadome jednostki czy grupy społeczne, rozumiejące wagę sprawy, namawiają do powrotu do świata owego Barberowskiego „dżihadu”.

A przecież – widać to gołym okiem – jeśli do tego świata nie wrócimy, przepadniemy, zmienimy się w jakąś magmowatą masę ludzką bez właściwości, masę, w której człowiek ceniący jakieś prawdziwe moralne standardy będzie więźniem, marginesem, pryszczem.

Piszę to wszystko, bo już nie niepokój, a autentyczną obawę wzbudza stan obecnej kultury polskiej, której degeneracji odpowiednie władze przyglądają się bezradnie, a często nawet afirmują te czy inne zjawiska, mechanizmy i ich kreatorów. Coraz powszechniejsze jest zdanie, że na Krakowskim Przedmieściu, czyli w siedzibie MKiDN panuje marazm, że tamtejsi urzędnicy zapadli w coś na kształt snu zimowego. Tymczasem przeciwnik nie zasypia gruszek w popiele, w efekcie czego szerzy się kulturalny nihilizm, wszelakie aberracje z łatwością torują sobie drogę, obraża się wszystkie uczucia ludzi przyzwoitych, wydaje ciężkie publiczne (!) pieniądze na „eksperymenty” obrażające poczucie przyzwoitości i zdrowy rozsądek, niszczy się zasłużone niegdyś instytucje kultury narodowej, marnuje się dorobek tych instytucji, wdeptuje w ziemię autentyczne intelektualne i artystyczne autorytety.

Przykładem pierwszym z brzegu może być sprawa dzisiejszego polskiego kina. Instytucja pod nazwą Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF), powołana do opiniowania i finansowania polskiej produkcji filmowej, opanowana jest przez destruktorów, szkodników, oczajduszów lub świadomych „minerów wartości”. Kolejne polskie produkcje przyprawiają o zgrozę lub wymioty, nie widać chętnych do podejmowania ważnych współcześnie polskich tematów, bo na takie filmy PISF nie da pieniędzy, natomiast zawsze znajdą się środki na promocję dewiacji, kłamstwa, wywracania wartości na nice, wreszcie – quasi-pornografii i czystego oszołomstwa. Spece od kina twierdzą, że dziś w Polsce filmy robi się „pod zachodnie festiwale filmowe”, a ów Zachód uklęknie bądź upadnie na twarz tylko przed głupstwem, artystycznym, niezrozumiałym bełkotem bądź kinem Nowej Rewolucji, czyli kinem antywartości, kinem anyhumanistycznym (w tradycyjnym rozumieniu tego słowa), przed perwersjami, promocją postaw i filozofii chorych, ale za to naznaczonych dążeniami „wolnościowymi” twórców. I mamy filmy typu „Szatan kazał tańczyć”, „Hel”, „Królowe dancingu” czy

ostatnio „VOLTĘ” Machulskiego.

„Normalne” teatry z „normalnym” repertuarem należą już u nas do rzadkości. W większości oddane w pacht samorządom stają się wylęgarnią bluźnierstwa, bezsensu, apoteozy różnych dewiacji. Zrewoltowane zespoły Państwa Aktorstwa odmawiają współpracy z prawdziwymi twórcami, strajkują, wzniecają zadymy, bronią „wolności artystycznej ekspresji”. Teatr Powszechny w Warszawie, Teatr Polski w Poznaniu, Teatr Stary w Krakowie – to znane wszystkim przypadki patologii, z którymi obecna władza nie umie albo nie chce sobie poradzić. Obstaję przy wersji nr 2. Powód – strach przed „buntem środowiska”.

W Centrum Sztuki Współczesnej „Zamek Ujazdowski” otwarto niedawno wystawę „Późna Polska”, wystawę, która neguje miniony dorobek kulturalny Polski, wyszydza wartości chrześcijańskie, promuje różne umysłowe „odloty”, bardzo jednak starannie w naszą kulturową tradycję wymierzone. CSW od dawna boryka się z problemem właściwego kierownictwa. Czyżby wicepremier – minister Gliński nie potrafił tej sprawy załatwić?

Lewacko i zachowawczo nastawione grona nauczycielskie buntują się przeciw zmianom w systemie edukacyjnym, który w kształcie zaproponowanym przez minioną koalicję liberałów z „arbuzami” wypuszczał w świat tysiące absolwentów, pozbawionych elementarnej wiedzy o naszej narodowej literaturze – utwory te bowiem Tuskoland… usunął z listy lektur obowiązkowych! Wstawiono tam natomiast np. Harry’ego Pottera czy banialuki z gatunku powieści o „światach alternatywnych”, fantasy itp.

Czyż można się przy takim obrocie spraw dziwić naszej kulturalnej mizerii? Czyż można się dziwić postępującemu zdziczeniu wśród młodzieży? Pauperyzacji wielu instytucji kultury narodowej? Ubożeniu rynku prasy ambitnej, a niezależnej?

A przecież to wszystko dzieje się w kraju, gdzie pieniądz sypie się podobno do budżetu miliardami… Czyżby troska o gospodarkę zaćmiła wszystkich odpowiedzialnych decydentów do tego stopnia, że już niczego innego nie widzą?

To możliwe, zwłaszcza gdy porówna się postawy (i rangi!) panów ministrów (i wicepremierów!) Morawieckiego i Glińskiego.



 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl