Strzelanie dla strzelania. Mordowanie dla mordowania. Niszczenie i rozwalanie  stolicy sąsiedniego narodu dla niszczenia i rozwalania. Po co? Tylko i wyłącznie z zemsty, że naród, który od prawie tysiąca lat był sąsiadem Niemców, zapragnął wolności? Wolności wywalczonej przez siebie i dla siebie.  A  nie tej fałszywej i narzuconej Polakom przez armię, która  jak  tylko w styczniu 1944 r.  weszła na tereny przedwojennej Rzeczypospolitej, także  zajmowała się zwalczaniem polskich patriotów, „zapraszaniem” ich  na „rozmowy”, a potem aresztowaniami, barbarzyńskim traktowaniem i mordowaniem. Dlaczego? W  imię  „wolności” bolszewickiej, radzieckiej i nie spełnionej idei samego Lenina by rewolucję nieść na Zachód, jak najdalej. By tę szczęśliwą  ideę tworzenia ustroju przy pomocy tajnej policji i służb „bezpieczeństwa”, „trzymania wszystkich za mordę”, bo nikt nie pytał narodu, czy tego chce, czy nie pchać za Wisłę i Odrę? A  jak organizowali wybory, to tylko po to by je fałszować! To nie wybory, a „czerwona fałszywka”. I Polacy mieli dostać „taką wolność”?  Przecież wszyscy wiedzieli w Warszawie, jak czerwonoarmiści i idący zaraz za nimi formacje NKWD przede wszystkim zwalczali  żołnierzy Armii Krajowej, której dowództwo  właśnie w  Warszawie znajdowało się.

Norman Davies w  swojej książce „Powstanie ‘44” wydanej przez „Znak” w 2004 r. (na 60-tą rocznicę) napisał, że kiedy armie alianckie  zbliżały się do zniewolonej przez Niemców  stolicy, to wszyscy wiedzieli, że w tej stolicy będzie powstanie. I nieważna była kalkulacja. Bo  wszystkie  narody  chciały jak najszybszego zrzucenia jarzma obcej władzy. Francuzi w Paryżu, czy Czesi w ich Pradze. Polacy także, bo przecież nie byli gorsi. I jak pisze brytyjski historyk, tak blisko związany z Polską, zbliżająca się armia, mimo nawet  innych planów, czy rozkazów, na wieść  o  walczących mieszkańcach, domagających się i żądających  wolności  natychmiast ruszała na pomoc. Tak właśnie „natychmiast”.  Bez żadnej kalkulacji, czy swojego zamysłu niesienia wolności.  Natomiast Armia Czerwona, mimo, iż „ichnia”  radiostacja Kościuszko  namawiała wyraźnie, na kilka dni przed, „lud  stolicy”  do powstania,  to ta armia, gdy powstanie rozpoczęło się, „natychmiast”  stanęła. I biernie przyglądała się temu niebywałemu barbarzyństwu.

Alexandra Ritchie w swojej książce „Warszawa 1944.Tragiczne powstanie” wydawnictwa W.A.B. z 2014 r.: naprawdę warto poznać jej spojrzenie (korzystała m.in. z archiwów prof. Władysława Bartoszewskiego, jest jego synową) opisuje piekło, jakie rozegrało się w naszej stolicy, ale nie zostało opisane jako odrębne wydarzenie na arenie II wojny światowej. Autorka umieściła je w kontekście aktualnych wydarzeń, które miały na nie wielki wpływ, czyli sowieckiej operacji Bagration rozpoczętej w czerwcu '44, zamachu na Hitlera z 20 lipca i kontrofensywy Niemców rozpoczętej w przededniu wybuchu walk w Warszawie. Nie jest to kronika powstania dzień po dniu, ale za to dokładnie opisuje największe rzezie i kluczowe walki. Wielkim atutem jest to, że autorka oddała głos nie tylko ocalałym powstańcom, ale również cywilom którym udało się przetrwać masakry urządzone przez Niemców oraz późniejsze wypędzenie, obozy lub tułaczkę...

Alexandra Richie bardzo jasno opisała jak ówczesna sytuacja polityczna i wojskowa miała wpływ na los Warszawy: Operacja Bagriaton, akcja Burza, Bitwa o Warszawę (nie mylić z Powstaniem Warszawskim). Opis prób wykorzystania przez Niemcy Powstania do własnych celów; bezsens rozkazu Hitlera zrównania znienawidzonej Warszawy z ziemią. W książce nie ma wyłącznie gloryfikacji Powstańców i ich bohaterskich zachowań. Duża część poświęcona jest koszmarowi jaki dotkną ludność cywilną ( trudna do wyobrażenia masakra Woli, brutalne gwałty na Ochocie, przeprowadzone przez zwyrodnialców z Brygady Kamińskiego i oddziałów Dirlewangera, ofiary poparzeń od bomb).

Zwyrodnialcy i to strzelanie dla strzelania, mordowanie dla mordowania. Autorka wraca do  operacji „Bagration” i mocno wiąże ją z późniejszymi okrutnymi wydarzeniami w naszej stolicy, gdy Armia Czerwona jak walec przetoczyła się po Białorusi i mocno parła na Zachód, w  stronę Berlina.  To  wtedy  zaczęli swoje mordy i barbarzyństwo dokładnie ci sami ludzie-bandyci, wycofujący się przed bolszewikami (bo trudno ich nazwać żołnierzami) i dokładnie  (właśnie: d o k ł a d n i e) to samo,  co  robili tam, to samo powtórzyli nad Wisłą. Piotr Zychowicz  zatytułował swoją książkę „Obłęd ‘44”. Ale bardziej oddaje to wyraz „Barbarzyństwo”. Bo to nie tylko „obłęd”  Armii Krajowej i jej żołnierzy, ale właśnie barbarzyństwo przeciwników w każdej postaci.  Zatrzymanie przez Stalina Armii Czerwonej, brak właściwej reakcji zachodnich sojuszników, kompletnie niezrozumiała decyzja i  brak stanowczości zachodnich aliantów by samoloty mogły  lądować po wschodniej stronie Wisły na lotniskach bądź, co bądź sojusznika. No, ale jak ci alianci też kierowali się swoją kalkulacją (nie mówiąc o Sowietach) i  to było w całości „Barbarzyństwem”. A tak naprawdę, to nie wiadomo, czy gdyby  Amerykanie nie pomogli Paryżowi, czy czeskiej Pradze, co by tam stało się z powstańcami, ile to by wypisywano, jak  to naiwność  walczących, w jakimże  to oni byli „obłędzie”, chcąc  sobie  wywalczyć  wolność? Tak jak wiesza się łatki na  AK. Ale czy wolność można reglamentować? Wydzielać ją na kartki, jak się rozdawało dobra, gdy ich brakowało w dawniejszych socjalistycznych krajach?

Gdy  oprowadzałem po Warszawie  Amerykanów, Anglików (od wielu lat współpracuję z brytyjskimi Samarytanami, odpowiednik polskich telefonów zaufania), Szwedów, Francuzów, Włochów i mówiłem im, że  to Warsaw było zniszczone kompletnie w  95 procentach, patrząc na odbudowaną z  taki trudem stolicę mówili: „to niemożliwe”.

A  dlaczego nasi zachodni alianci nas nie obronili, gdy w stolicy Polski gwałcono wszelkie zapisy  konwencji genewskich, w sposób barbarzyński łamano  międzynarodowe zasady? Czy to nie była barbarzyńska polityka naszych aliantów? Jan Nowak Jeziorański pod koniec lipca 1944 r. przyjechał do Warszawy.  I  gdy usłyszał o planach powstania miał  wyrazić najwyższe  zdziwienie: „czy Wy nie wiecie, że  Was  sprzedali w  Teheranie w grudniu 1943 r.? Jesteście w sowieckiej strefie wpływów, Zachód Wam i tak nie pomoże, nie macie co na to liczyć? Powstanie nie wygra, nie jest to możliwe!”.

I to „niemożliwe”  trwa jednak do dziś?  Gdy na stadionie Legii 02 sierpnia 2017 r.  kibice w części stadionu zwanej „żyletą”  wywiesili  olbrzymi baner Niemca w niemieckim mundurze przykładającego pistolet do główki dziecka z napisem po angielsku: „Podczas Powstania Warszawskiego Niemcy zabili 160.000 ludzi, tysiące spośród nich, to były dzieci” (During the Warsaw Uprising Germans killed 160.000 people, thousands of them were children) na całym świecie właśnie to pokazywano w licznych doniesieniach. I  cały świat dowiedział się o tych barbarzyństwach w środku Europy w XX wieku i o tym, że  to zrobili Niemcy. Nikt nie prostował, że to hitlerowcy, czy naziści.

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl