- Nad stratą tego wybitnego artysty powinna zapłakać cała Polska – powiedział podczas uroczystej mszy żałobnej w łódzkim kościele o. jezuitów przyjaciel zmarłego Longin Chlebowski. 2 października odszedł Grzegorz Królikiewicz, reżyser i scenarzysta filmowy, pedagog, profesor sztuk filmowych.

Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył ks. biskup  Adam Lepa, serdeczny przyjaciel prof. Królikiewicza i rodziny.

Miałam zaszczyt i honor poznać prof. Królikiewicza i zdobywać szlify reżyserskie pod jego okiem. Surowym, wymagającym, ale zawsze przyjacielskim i życzliwym. Był opiekunem artystycznym mojego filmu dokumentalnego „Ojciec”.

Prof. Królikiewicz pozostał jednym z nielicznych pedagogów łódzkiej szkoły filmowej, wierny starej, dobrej tradycji w relacjach z podopiecznymi: mistrz i uczeń. Nie narzucał swojej wizji, ale potrafił konsekwentnie wycisnąć z ucznia „ostatnie poty”. Nie zadawalał się półśrodkami, nie przepuścił żadnej niedoróbki. Wielką wagę przywiązywał do czystości i jednocześnie autentyczności kadrowania, formy narracyjnej i dźwięku w filmie. Kiedy na ekranie płonęły świece, w dźwięku chciał słyszeć odgłos palących się świec, kiedy dziecko strzelało pistoletem-zabawką - odgłosy wystrzałów. Często mawiał: „Każdy film trzeba robić tak, jakby to był twój film życia. Który będzie świadczył o twoich zdolnościach, talencie, osobowości. Był twoim testamentem”.

On sam takich testamentów pozostawił mnóstwo. By wspomnieć kilka z nich: „Na wylot”, „Tańczący jastrząb”, „Przypadek Pekosińskiego”, „Fort 13”, „Zabicie ciotki”, „Wieczne pretensje”, Sąsiady” czy „Faust” Goethego.

W szkole filmowym był człowiekiem instytucją. Artystą gigantem. Erudytą. Nigdy się nie powtarzał, analizując nawet ten sam film. Dyskusje ze studentami z owych analiz dzieł filmowych światowego kina, pozostały, na szczęście dla potomnych, w formie książkowej. Nie kochany przez kolegów wykładowców, za to uwielbiany przez studentów, którzy mieli z nim zajęcia.  Szkoła filmowa to „świątynia laickości”, a on zdeklarowany i bezkompromisowy katolik łatwo nie miał. Nigdy nie szedł na kompromisy, chodził swoimi ścieżkami, mówił prawdę prosto w oczy. Bronił swojego stanowiska do końca, chyba że ktoś go zdołał przekonać, że jest inaczej. Wrogów miał sporo, ale ich szanował.

Do historii filmu wszedł za życia. Bywało czasami zabawnie. Dla przykładu, wykładowcy  dźwięku na uczelni potrafili ośmieszać, wręcz naigrywać się z autorytarnych metod pracy prof. Królikiewicza na planie zdjęciowym, ale kiedy chcieli zaprezentować studentom jakiś omawiany aspekt zagadnienia, pokazywali fragmenty filmów Mistrza Królikiewicza. Powiedziałam mu o tym podczas konsultacji reżyserskich, a on tylko wzruszył ramionami z charakterystycznym grymasem zrozumienia na twarzy. Dlatego z przyjemnością ale i pewnym niedowierzaniem usłyszałam na pogrzebie pean na cześć zmarłego wygłoszony przez obecnego rektora, prof. Mariusza Grzegorzka. Powiedział on m.in. Grzegorz Królikiewicz był niezwykłym indywidualnością, wielkim wychowawcą, tropicielem artystycznej nieszczerości i wewnętrznego zakłamania. Był być może najgłębszym i najbardziej bezkompromisowym z artystów filmu, z jakim dane było nam w szkole filmowej się spotkać.

Stronę rządową reprezentował wiceminister kultury Jarosław Selin. On z kolei odczytał list w imieniu prof. Piotra Glińskiego. „Dziś żegnamy utalentowanego artystę, pedagoga, a zarazem szlachetnego człowieka i przyjaciela, dla którego bardzo ważne były kwestie społeczne i egzystencjalne. Reżyser w sposób mistrzowski potrafił zainspirować młodych twórców do szukania własnej tożsamości. Był pewny siebie i wiedział, czego chce w swojej twórczości i od życia. Ciągle dążył do ideału”

To wszystko prawda, tylko żal, że te deklaracje padły dopiero na pogrzebie. Prof. Królikiewicz był osobą dojrzałym metrykalnie, ale twórcą duchowo młodym, wciąż poszukującym, eksperymentującym. I tytanem pracy. Perfekcyjne opracowane dokumentacje realizacyjne, łącznie ze scenopisem, składał raz po raz w Telewizji Polskiej. Przez ostatnie kilkanaście lat III RP redaktorzy TVP nieodmiennie „spuszczali ją w kanał”. Nawet jej nie czytając. Pamiętam dobrze jedną z takich sytuacji. Trafiła na moje biurko jego kilkudziesięciostronicowa dokumentacja filmu dokumentalnego o najstarszym w Polsce dębie Bartku. Czytałam ją dosłownie i w przenośni na kolanach. Napisałam pozytywną recenzję. Autor nie oczekiwał od TVP pieniędzy na jego realizację, a jedynie list intencyjny z gwarancją emisji, choćby w niszowym kanale TVP Kultura. Film zdeklarowały się dofinansować Państwowy Instytut Sztuki Filmowej i Narodowy Instytut Audiowizualny. Po miesiącu dowiedziałam się od prof. Królikiewicza, że otrzymał z TVP decyzję odmowną. Nie wierzyłam własnym uszom. Postanowiłam zrobić prywatne śledztwo. Okazało się, że byłej kierownicze redakcji edukacyjnej Małgorzacie Mierzejewskiej-Wawryków, o poglądach zdecydowanie odległych od prawicowych, nie przypadła do gustu moja opinia. Zleciła więc to samo zadanie Marzenie Paczuskiej, mojej  ówczesnej koleżance z redakcji. Ta wykonała polecenie zgodnie z oczekiwaniami przełożonej. I pod negatywną opinią, która ostatecznie trafiła do prof. Królikiewicza, podpisał się były wicedyrektor Programu 1 TVP Andrzej Rychcik. Wspomniana trójka, która potraktowała giganta sztuki filmowej jak uciążliwego petenta, poza piastowaniem kierowniczych funkcji w mediach publicznych z nadania politycznego, nie zrobiła choćby jednego filmu, tej klasy, co adresat ich negatywnej opinii. Dla tych osób, i wielu, wielu innych prof. Królikiewicz pozostanie wielkim wyrzutem sumienia. Można się z kimś nie zgadzać, ale od człowieka w miarę kulturalnego oczekuje się, by potrafili szanować nawet swoich wrogów.

To zakrawa na żart historii. Arcydzieła Mistrzowi Królikiewiczowi pozwolili zrealizować zdeklarowani przedstawiciele słusznie minionej epoki PRL.  Epoki, którą tak krytykował autor filmu „Fort 13”. Laureat trzydziestu nagród krajowych, m.in. Złote Lwy w Gdyni i szesnastu zagranicznych, m.in. w Menheimm, Chicago, Panamie i San Remo.

Bardziej swojsko i mniej koturnowa atmosfera zagościła w łódzkim kinie studyjnym „Charlie”, gdzie rodzina, przyjaciele i znajomi wspominali prof. Królikiewicza. Najbardziej prawdziwie wybrzmiały słowa aktora kilka ważnych filmów Mistrza – Franciszka Trzeciaka. „Moja przyjaźń z Grzegorzem trwała pół wieku. Grałem w twoich filmach u początku twojej drogi. Dziękuję ci za role w filmie "Na wylot" ,"Tańczący jastrząb", "Wieczne pretensje", a także za Fausta Goethego, w którym grałem Mefistofelesa, czyli "Zło doskonałe". Lubiłeś bawić się z tym złem, ale dobro w tobie zwyciężało – po wielkich, kontrowersyjnych dyskusjach. Tylko szkoda, że nie zostawiłeś następcy Twojej klasy i warsztatu – spuentował aktor.
Na najbardziej wytrwałych czekała uczta kinomana. Mogliśmy obejrzeć na dużym ekranie dwa filmy zmarłego „Nie płacz” i „Sąsiady”. Filmy aktualne do dziś. Potrzeba wyjątkowej wizji i mądrości artystycznej, by robić takie filmy …

Panie Profesorze, żegnamy Cię z ogromnym smutkiem, nikt nam Ciebie nie zastąpi.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl