Powiedziałbym, że wydawnictwo Editions Spotkania, którego dyrektorem jest nasz kolega Piotr Jegliński, trzyma rękę na pulsie III Rzeczypospolitej – zanim minie kilka miesięcy od powstania nowej konfiguracji politycznej (a w polityce wrze od ponad dwóch lat), już z jego oficyny trafia na rynek książka publicystyczna komentująca nowe układy.

            Właśnie ukazało się ponad czterechset stronicowe dzieło „Resortowe togi” Macieja Marosza, dotychczasowego współautora cyklu publicystycznego o współczesnych działaniach progenitury pracowników wiadomo jakiego resortu. Książka ukazuje aparat (nie)sprawiedliwości i jego sługi od zarania Polski pojałtańskiej do dzisiaj. Jej prymicyjna promocja odbyła się wczoraj (5 bm.) w dużej sali wypełnionej po brzegi Naczelnej Organizacji Technicznej.

Oczywiste że przez noc nie mogłem tej publikacji przeczytać, zdołałem ją jedynie „przekartkować” i przekonać się, że treść (językowo ujęta bez zarzutu) jest tak ważna, iż każdy publicysta zajmujący się problemami współczesnego sądownictwa i sporu, który wywołuje, powinien ją przyjąć jako kompendium wiedzy czy przedmiotu ewentualnej polemiki.

Nie poznawszy rozprawy, nie piszę o niej, a o jej promocji. Była wcześniej zapowiadana również na naszej stronie esdepowskiej. Oprócz daty i miejsca podawano  wiadomość, że w dyskusji nad książką wezmą udział m. in. koleżanka posłanka Joanna Lichocka i  kol. Wiesław Johann, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. 

I poszedłem, do NOT głównie, żeby przywitać się z koleżanką poseł i kolegą sędzią TK w st. spoczynku. Znam go bez mała 50 lat; ze swą żoną, nieodżałowanej pamięci Olgą, wyświadczyli mi wiele dobra, gdy od 1980 do 1990 roku nie pracowałem w  zawodzie i z trudem się utrzymywałem. Radości wywołanej myślą, że uścisnę mu dłoń, nie powstrzymała rzęsista ulewa deszczu.

Promocja, wedle anonsu, miała się zacząć o godz. w pół do szóstej wieczorem. Przyszedłem nieco wcześniej i ledwo znalazłem wolne miejsce. Czekałem wśród przybyłych na promocję do godziny szóstej. Nikt nas za spóźnienie nie przeprosił ani wcześniej, ani później.

Spotkanie prowadził kol. Marcin Wolski - sprawnie, wypowiadając się głośno i wyraźnie, jak na radiowca przystało.  Daremnie wodziłem oczami po osobach zasiadających w prezydium, zapowiadanych Lichockiej i Johanna nie było. Za to w miarę upływu czasu dosiadali się do stołu prezydialnego osoby nieprzedstawiane przez prowadzącego spotkanie Jeden z przybyłych nieoczekiwanie zabrał głos na dość długo, mówił do rzeczy i interesująco. Lecz nie wiem, kto to był.

Dyskusja była raczej anemiczna, nic osobliwego, chyba nikt z obecnych na promocji nie znał książki, tu dopiero kupowanej nieco taniej niż w księgarniach. Dyskutanci mówili natomiast o tym, co nas trapi i co naturalnie korespondowało z tematem książki – współczesnym sądownictwem porażonym piętnem komunizmu. Z siedmiu rozdziałów dwa ich tytuły stanowią chyba kwintesencję tej rzeczywistości: „Nauczanie prawa w czerwonej kuźni kadr Uniwersytetu Warszawskiego” oraz niejako suplement: „Pro memoria. Sędziowskie układy personalne nadal są przesiąknięte duchem  PRL-u.” Postanawiam sobie przeczytać tę książkę od deski do deski…

Ale na promocji czułem się oszukany. Przecież rozprawę Macieja Marosza mógłbym kupić w księgarni płacąc o kilka złotych więcej. Na cenie mi tak bardzo nie zależało. Natomiast, jak napisałem, przyszedłem do NOT nade wszystko powodowany chęcią – radosną - zobaczenia wspomnianych Lichocką i Johanna, którzy według anonsu, mieli być, że tak powiem, „dyskutantami z urzędu”; byłem ciekaw ich opinii o nieprzeczytanej jeszcze książce, bardzo bowiem cenię sobie ich zdanie. Jednak nie przyszli. Rozumiem, że jako osoby publiczne mają nader dużo przeróżnych zajęć i mogło się zdarzyć coś, co uniemożliwiło im przybycie. Lecz czy główny organizator, kol. Jegliński, nie powinien wytłumaczyć ich nieobecności i przeprosić za nią?

Jest on nie tylko biznesmenem-edytorem, należy także do naszego Stowarzyszenia. A my wszyscy jesteśmy, czy tego chcemy, czy nie chcemy, elitą, na naszą wszelką aktywność publiczną patrzy społeczeństwo, od nas czerpie wzory zachowań – noblesse oblige. Nonszalanckie niespełnianie obietnic, zapowiedzi, niepunktualność bez zadość uczynnienia to antywzory świadczące o braku kultury osobistej i społecznej, kultury tej najłatwiej zauważalnym przejawem jest kurtuazja. Kiedyś miałem zajęcia w dziennikarskiej uczelni licencjackiej, nikt z prawie 50 słuchaczy ani nie znał słowa „kurtuazja”, ani nie stosował jej zasad w zachowaniu wobec siebie i mnie. To nasza wina…

Niespełnienie zapowiedzi i nieprzepraszanie za nie, niepunktualność  są nietaktem, despektem, antykurtuazją. Dlatego czuję się po wczorajszej promocji zlekceważony przez kol. Jeglińskiego.

Jacek Wegner 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl