Co chwila powraca na społeczną wokandę sprawa handlu w niedziele. Angażuje się w to Solidarność, coś tam czasem bąknie Kościół, część prawicowych polityków też dołoży swoje, powołując się na rodzinę, prawo do wypoczynku, czasem na „święcenie dnia świętego”, czyli na III przykazanie.

Każdy, kto odwiedzi choćby raz wielkie centrum komercji w Dzień Pański, musi uczciwie przyznać, że tam właśnie w weekendy, a szczególnie w niedziele, tłumy są nieprzebrane.

To złośliwość? Religijne zaprzaństwo? A może tzw. owczy pęd, czyli w większości zwykła głupota?

Nie wydaje się, by te odpowiedzi wyczerpywały sprawę. Przyczyny są złożone.

Polacy podobno pracują najdłużej w Europie. Kiedyś więc muszą uzupełnić zapasy w lodówkach, łazienkach, barkach, bieliźniarkach. Ale i to nie wydaje się przyczyną najważniejszą masowych inwazji na różne hipermarkety i wielkie centra handlowe, choć zupełnie odrzucić tego nie sposób. Stokroć ważniejsze są przyczyny natury socjologiczno-kulturowej. Gdy się człowiek powłóczy trochę po tych gigantycznych eleganckich przestrzeniach, musi zauważyć, że zapełniający je ludzie są uśmiechnięci, szczęśliwi, zadowoleni. Oni tu są, bo lubią!

A dlaczego lubią?

Bo tam znajdują wszystko, co im w danej chwili potrzebne jest do szczęścia. I by te potrzeby zaspokoić, mają właśnie czas… w niedzielę.

To powód jeden. Ale są i inne.

Polska to kraj, który od 1945 r. tkwił przez pół wieku w socjalistycznym dziadostwie. Dziadowskie były sklep, dziadowskie wnętrza, dziadowskie zaopatrzenie, dziadowska obsługa i oferta, dziadowskie wreszcie były…zarobki. O tym ostatnim za chwilę, tymczasem pomówmy o owym dziadostwie. Przygięci do ziemi przyzwyczailiśmy się, że prawdopodobnie tak będzie zawsze (Polska Gomułkowska, chwile poprawy (Polska Gierkowska) były krótkie, po nich spadało się na jeszcze głębsze dno (Polska Jaruzelska).

I oto stał się cud! Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowoczesne, piękne, klimatyzowane i napchane wszelkimi luksusowymi dobrami świątynie Jej Wysokości Komercji. Kogóż w tym momencie obchodziło, że to kolonizacja, że to kapitalistyczni cwaniacy zwąchali dobre interesy (sami wcześniej przygotowując pod nie grunt polityczny!!!) i teraz rujnują rodzimy handel, rodzimą przedsiębiorczość, rodzimą wytwórczość… Polak bardzo chętnie uczestniczy w marszach patriotycznych, w wiecach, czyli we wszystkim, co nie wymaga ani większego osobistego zaangażowania ani głębszego pomyślunku. Polak jest patriotą głównie w gębie i dopiero jak mu rzeczywiste zagrożenie zajrzy w oczy – idzie na barykady. To znaczy kiedyś szedł – bo dziś idzie… do Carrefoura, Auchana, Lidla etc. Blisko 30 lat „demokracji” a la „Gazeta Wyborcza” wychowało nowego Polaka, właśnie takiego, dla którego interes wspólny to hipostaza, liczy się to, co moje. Dzień święty? No… wigilia… Wielkanoc… święconka, Pasterka, kolędy… Ale żeby niedziela?! W kościele byłem, dług Zbawicielowi spłaciłem, obowiązek wypełniłem - to reszta należy do mnie!

I jest też sprawa prestiżu. Rodzinka wali do hipermarketu, napakuje wózek albo dwa dobrami wszelakimi i dumna jak paw kroczy przez przestronne, oświetlone i klimatyzowane korytarze na podziemny parking albo do jakiegoś paśnika. Gdzie oferta kulinarna z całego świata. Co – nie stać nas?

Instalatorzy tej wyzyskiwawczej infrastruktury handlowo-usługowej głupi nie są i wiedzą, czego człowiekowi potrzeba. Mamy więc w hipermarketach i knajpy i puby i kafejki; jest gdzie odpocząć po wysiłku zapełniania wózków, jest gdzie się posilić, spotkać ze znajomymi. Tym bardziej, że normalne barki, kafejki i knajpki poznikały z pejzażu naszych miast, wyparte przez jakieś upiornecoffee-pointy, coffee-haeveny, biura maklerskie, banki, kebabiarnie, subwaye etc. etc.

I wreszcie pieniądze… W socjalizmie jeżeli nawet ktoś je miał, nie bardzo miał co z nimi zrobić. Dla grubszych portfeli był oczywiście PEWEX, była Baltona i drogie knajpy kilku doprawdy luksusowych hoteli. Tzw. Polak-szarak jeżeli nawet coś tam uciułał, nie bardzo wiedział, na co te uciułane grosze wydać. Najprościej było je po prostu przepić, bo inwestować nie było w co, o jakichś dobrach luksusowych można sobie było pomarzyć.

A dziś – proszę bardzo! Kupuj, Polaku, czego dusza zapragnie! I Polak poczuł siłę własnych pieniędzy. Rośnie więc konsumpcja, lady i półki „markietów” pełne są dóbr niewyobrażalnych – łososi, krewetek, ośmiorniczek, whiskaczy najwyższej klasy, cygar, serów prosto z Francji czy Szwajcarii, markowych win z całego świata… O galanterii i kosmetykach renomowanych marek nawet mówić nie warto – wystarczy przekroczyć „bramki” byle centrum handlowego.

Więc Polak czuje się nareszcie wolny!!! Pani Komercja sprawiła, że wolność ma nareszcie smak nie sloganów propagandowych, a realnej codzienności.

I teraz tę wolność ktoś chce Polakowi zabrać? O nie!!! W życiu!!!

Lepiej więc, żeby naiwniacy dali sobie spokój z zamykaniem świątyń komercji. Może z tego być jedynie zadyma. A PiS ma takie fajne wyniki w sondażach…

Czy to znaczy, że należy się na to godzić? W żadnym wypadku. Ale trzeba to robić mądrze.

Najważniejsza jest rola Kościoła. On musi porzucić asekuranckie siedzenie cichutko i wypuszczanie od czasu do czasu jakiegoś apelu, listu czy komunikatu. Potrzebna jest dobrze przygotowana akcja ewangelizacyjna, wyjaśniająca, co to znaczy: święcić dzień święty. Trzeba wskazać najgłębszy sens słów Stworzyciela o tym, co to znaczy niedziela, czyli Dzień Siódmy, dzień odpoczynku.

Niemałą rolę mają w tej sprawie do spełnienia media, oczywiście tylko „nasze”, na wsparcie mediów „okupacyjnych” nie ma co liczyć. Te media muszą w atrakcyjny sposób pokazywać alternatywę dla niedzieli w hipermarkecie.

Zaś samorządy i instytucje kultury sensu largo powinny się w te działania włączyć z atrakcyjnymi ofertami.

Nie ma co łudzić się nadziejami na szybki sukces ani podejmować gwałtownych ruchów, co nie znaczy, by polityka i legislacja pozostawały bierne. Ale to powinno się dokonywać metodą może nie drobnych, ale małych kroków. Ot, np. wszystko jest pozamykane w pierwszą (czy ostatnią – do wyboru) niedzielę. Potem postępuje się powoli naprzód. Na Zachodzie, w głównych krajach, w niedzielę nie ma handlu. Ale to inne społeczeństwa, inni ludzie, inne warunki i możliwości. My może też do tego dojdziemy. Ale pomału, bo Polak nie lubi, jak mu się odbiera wolność, choćby ta wolność była tylko gębą wolności prawdziwej.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl