Wybory samorządowe w Sopocie - tak jak w reszcie kraju - miały się odbyć dopiero za rok. Wygląda jednak na to, że gorączka wyborcza powoli ogarnia miasto już teraz. A to za sprawą referendum, które urzędującemu prezydentowi zafundowało stowarzyszenie „Mieszkańcy dla Sopotu”. Przegrana oznaczać będzie nie tylko koniec ery Karnowskiego. Da także szansę odsunięcia PO od władzy na Pomorzu, a co za tym idzie wyjaśnienia lokalnych politycznych patologii.

W Sopocie już piątą kadencję prezydentem miasta jest Jacek Karnowski. Do roku 2008 był uważany za jednego z najbardziej obiecujących polskich samorządowców. Później jego wizerunek poważnie nadszarpnęła największa na Pomorzu afera korupcyjna. Nadszarpnęła, ale nie skręciła mu karku - sąd, mimo uznania go winnym poświadczenia nieprawdy, potraktował wyjątkowo łaskawie i zdecydował się na niewykonanie kary…

 

Referendum o wszystko

 

Nic dziwnego, że po takim dictum Jacek Karnowski poczuł się niemal bezkarny. I pewnie dlatego nawet przez myśl mu nie przyszło, że ktoś zechce wysadzić go z fotela przed upływem kadencji.

A jednak zuchwalcy się znaleźli - niespełna trzy lata temu skrzyknęła ich Małgorzata Tarasiewicz, była działaczka antykomunistycznego ugrupowania „Wolność i Pokój”, koordynatorka Sekcji Krajowej Kobiet NSZZ Solidarność, oraz prezeska Stowarzyszenia Amnesty International w Polsce, a prywatnie żona Krzysztofa Wyszkowskiego, legendy antykomunistycznej opozycji.

Zdaniem Tarasiewicz Sopot czeka katastrofa. Jedynym sposobem jej uniknięcia jest odsunięcie obecnego prezydenta miasta od władzy. Członkowie ruchu „MdS” właśnie zakończyli zbieranie 3000 podpisów, wymaganych prawem do złożenia wniosku o rozpisanie referendum. W tej chwili trwa sprawdzanie ich ważności, ale biorąc pod uwagę skrupulatność zbierających, szansa na rozpisanie „ludowego głosowania” jest spore. Najprawdopodobniej więc, w styczniu 2018 r. sopocianie pójdą do urn.

Stawką głosowania będzie nie tylko władza nad „letnią stolica Polski”, lecz także polityczne „być albo nie być”, rządzącego od 19 lat Sopotem, Jacka Karnowskiego. Zwycięstwo być może otworzy również drogę do likwidacji patologii zwanej „układem trójmiejskim”.

 

Młodopolski komsomolec

 

Jacek Karnowski urodził się 16 sierpnia 1963 roku w Gdańsku. O jego właściwe wychowanie zadbał ojciec Karol, o którym Michał Rachoń, pochodzący również z Trójmiasta dziennikarz TVP Info, pisał przed laty: „…komunistyczny działacz, rządzący największą spółdzielnią mieszkaniową w Sopocie”.

Kręgosłup ideologiczny przyszłego prezydenta Sopotu ukształtowały także - najpierw Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej, w której był drużynowym, a następnie Ruch Młodej Polski, do którego przeszedł w drugiej połowie lat 80.

Z zachowanych w IPN dokumentów wiadomo, że 18 października 1989 r. teczka Karnowskiego została zniszczona „w jednostce operacyjnej”, zaś 30 kwietnia 2009 r. prokurator IPN „zarządził o pozostawieniu sprawy bez dalszego biegu wobec nie stwierdzenia wątpliwości, co do zgodności oświadczenia lustracyjnego z prawdą”. W tym samym archiwum znajduje się też notatka, z której wynika, że w roku 1987 Karnowski „znajdował się w operacyjnym zainteresowaniu” Wydziału III-1 Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku, i że miał problem z otrzymaniem paszportu. W tym czasie został także dopuszczony (sic!) do akt MOB (nr 02730/87) przez Wydział „C” WUSW w Gdańsku (dopuszczenie do MOB, czyli informacji niejawnych umożliwiano m.in. osobom upoważnionym do: dostępu do tajemnicy państwowej, do informacji niejawnych, do prac tajnych i do prac obronnych, stanowiących tajemnicę państwową).

Pod koniec 2009 roku Michał Rachoń napisał na portalu „salon24.pl”, że: były radny Sopotu „Jakub Świderski złożył w sądzie wniosek o wystąpienie do Instytutu Pamięci Narodowej, aby ustalić czy Jacek Karnowski był Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Trudno powiedzieć, czy trafił. Natomiast Jacek Karnowski natychmiast użył argumentu znanego z ust Lecha Wałęsy, czy Aleksandra Kwaśniewskiego – Mam status pokrzywdzonego.”

Przy obecnym stanie wiedzy trudno więc stwierdzić jednoznacznie, czy ideologiczna przemiana „komsomolca” w działacza opozycji była efektem młodzieńczego buntu, czy może wynikała z inspiracji osób trzecich. Sam Karnowski wspomina na swojej stronie internetowej, że za działalność opozycyjną został zatrzymany i odebrano mu paszport… Brzmi to trochę mało wiarygodnie, bo w tamtych czasach paszporty deponowane były w komisariatach MO, a w domach trzymali je jedynie funkcjonariusze służb i dygnitarze partyjni. Zastanawiający może być również fakt, że Karnowscy nader często wyjeżdżali na Zachód, co w tamtych czasach było luksusem zarezerwowanym dla nielicznych.

 

Capo di tutti capi

 

Mając zaledwie 27 lat Jacek Karnowski został wiceprezydentem Sopotu. Jego mentorem była wówczas najbardziej ustosunkowana na Pomorzu osoba - Jan Kozłowski. To właśnie jego miejsce w roku 1998 zajął obecny sopocki prezydent. W trzy lata później „czerwony druh” był już jednym z liderów lokalnych struktur Platformy Obywatelskiej. Wkrótce został także pełnomocnikiem Regionu Gdańskiego, a następnie członkiem zarządu PO na Pomorzu.

Członkowie konserwatywnego skrzydła Platformy twierdzą, że Karnowskiemu od początku marzyło się stanowisko premiera, a nawet prezydenta RP. W tych kręgach uważany był także za niepisanego przywódcę wewnątrzpartyjnej opozycji i konkurenta samego Donalda Tuska. Wróżono mu świetlaną przyszłość lub… śmiertelne zwarcie z przywódcą partii.

A jednak żaden z tych scenariuszy nie okazał się prawdziwy. Kariera sopockiego capo di tutti capi załamała się nagle po doniesieniu jednego z jego najbliższych przyjaciół, przedsiębiorcy Sławomira Julke. W jej wyniku, 28 stycznia 2009 r. Prokuratura Krajowa w Gdańsku postawiła prezydentowi Sopotu osiem zarzutów - siedem natury korupcyjnej, ósmy dotyczył działań przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. 7 października 2016 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku częściowo go uniewinnił, uznał jedynie, że Karnowski złożył fałszywe oświadczenie w związku z przetargiem na auta dla sopockiego ratusza w Sopocie. Czyn ten jednak - zdaniem sądu - cechował się znikomą szkodliwością społeczną i postępowanie w tym zakresie zostało warunkowo umorzone na rok. Za poświadczenie nieprawdy urzędnikowi nakazano zapłatę 5 tys. zł na rzecz funduszu opiekującego się osobami poszkodowanymi.

 
Kłopotów z prawem ciąg dalszy
Obecnie przeciwko prezydentowi Sopotu i jego urzędnikom toczy się ok. 20 dochodzeń prokuratorskich. Jednym z nich jest sprawa Sopockiego Klubu Tenisowego - władze stowarzyszenia twierdzą, że urzędnik nadużył swoich uprawnień i działał na niekorzyść interesu publicznego i prywatnego, w wyniku czego klub został wyrugowany z posesji wartej prawie 80 mln złotych.
Kolejny problem to działka przy Operze Leśnej, którą 20 lat temu miasto przekazało w dzierżawę wieczystą właścicielowi firmy „Trefl”. Zdaniem Małgorzaty Tarasiewicz z „MdS” w umowie istniał zapis, który zakładał, że jeżeli w ciągu pięciu lat nie powstanie na tym terenie hala sportowa, działka powinna wróci do miasta. Minęły dwie dekady, a Karnowski nie podjął żadnych kroków, aby odzyskać nieruchomość wartą dziś ok. 30 mln zł. Ostatecznie we wrześniu br. gdyńska prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo.
Na tym jednak kłopoty z prawem sopockiego włodarza się nie kończą. W kwietniu br. prokuratura wniosła bowiem wniosek o kasację od korzystnego dla Karnowskiego wyroku z października 2016 roku. Może więc się okazać, że umorzona „afera sopocka” wróci na wokandę.

 

Piramida sukcesu

Mimo wszystko Karnowski nadal uchodzi za mocnego zawodnika. To jednak szybko może ulec zmianie, między innymi za sprawą zeznań Sylwestra Latkowskiego. Były naczelny „Wprost”, przed sejmową komisją śledczą ws. afery Amber Gold, wymienił wśród biznesmenów, mafiosów, policjantów i byłych agentów bezpieki, tworzących „trójmiejski układ”, również nazwisko sopockiego włodarza - Karnowski pojawia się w zeznaniach jako częsty gość trójmiejskiego przedsiębiorcy Mariusa O, bliskiego znajomego nieżyjącego już gangstera Nikodema Skotarczaka. Zdaniem dziennikarzy „Wprost”, którzy powołują się na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i prokuraturę, Marius O. wraz gangsterem Janem P. pseudonim „Tygrys” i C., byłym oficerem SB (obecnie współwłaścicielem hipermarketów) stoją za gdańską piramidą finansową.

Kolejny sopocki trop naświetliła w sierpniu 2012 r. „Gazeta Polska”. Dorota Kania napisała wówczas, że pieniądze z Amber Gold służyły do finansowania Trójmiejskich Targów Motoryzacyjnych Amber Gold 2011 - imprezy organizowanej  przez Wojciecha Stybora, obecnego radnego PO w Gdańsku i kolegi z boiska Jacka Karnowskiego i Donalda Tuska. Zdaniem publicystki, oprócz piramidy Marcina P. partnerami Targów były m.in. urzędy miasta w Gdańsku i Sopocie. W tekście przewijają się również nazwiska byłego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, Tomasza Kloskowskiego - dyrektora Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku, Mirosława Bielińskiego - prezesa zarządu Energa S.A.,  prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka, a także ministra transportu Sławomira Nowaka.

 

Żmija w mrowisku

 

Jacek Karnowski, przejmując władzę w Sopocie bardzo szybko opracował cudowny przepis na sukces. Wiedząc w jaki sposób znalazł się na szczycie drabiny politycznej, sam solidnie zabezpieczył się przed ewentualnymi konkurentami. W tym celu stworzył piramidę uzależnionych od siebie dziennikarzy, sędziów, prokuratorów, adwokatów, artystów, urzędników, sklepikarzy, gastronomików i innych drobnych i grubszych przedsiębiorców. Wtajemniczeni nazywali ją „Golden Team”.

Ta symbiotyczna struktura składa się z ośmiu do dziewięciu tysięcy nieformalnych członków i ich rodzin - dzięki niej prezydent Sopotu był przez lata nie do ruszenia. Piramida działała tak doskonale, że podobną, tylko na skalę ogólnokrajową, usiłował zbudować sam Donald Tusk… Fundament jego budowli zaczął jednak pękać i premier musiał salwować się ucieczką do Brukseli.

 

***

Kilka lat temu rozmawiałem z byłym oficerem jednej z elitarnych jednostek wojsk specjalnych. Emerytowany żołnierz ostrzegł mnie: „Piszesz o tym Karnowskim, o sopockich układach, o mafii i wydaje ci się, że jesteś super gość, bo wkładasz kij w mrowisko i robisz kuku Karnowskiemu. Ale pamiętaj, że nawet jeśli wydaje ci się, że on jest królową tego kopca, to tak na prawdę jest tylko figurantem, tak samo jak „Budyń” i cała reszta tego platformianego tałatajstwa. Prawdziwe żmije siedzą pod kopcem. I jak trafisz w łeb którąś z nich, to dopiero będziesz miał problem”.
I właśnie teraz zrobił to Latkowski. Przyłożył kijem całemu żmijowisku na raz. Były redaktor naczelny tygodnika „Wprost”  nazwał Trójmiasto „małą Sycylią”. Powiedział też, że „W Trójmieście nikt nie sypie. To jest bardzo hermetyczne środowisko...".

Kto zna Trójmiasto, ten bez wahania przyzna red. Latkowskiemu rację. Oby naruszenie tej, tak mozolnie budowanej konstrukcji, nie kosztowało go najwyższej ceny… Może jednak tym razem uda się zniszczyć „trójmiejski układ”. Być może katalizatorem tej erozji będzie właśnie sopockie referendum, z czego zapewne jego organizatorzy nawet nie zdają sobie sprawy.

 

Krzysztof M. Załuski

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl