Media znowu pastwią się nad Trójmiastem. I to nie za sprawą Amber Gold, czy którejś z licznych afer trójmiejskich włodarzy. Tym razem chodzi o poglądy polityczne i związaną z nimi dyskryminację. A konkretnie o decyzję Rady Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, której członkowie nie chcieli zatrudnić u siebie szefa gabinetu politycznego ministra Zbigniewa Ziobry, Jana Kanthaka.

 

Jan Kanthak jest absolwentem prawa. Nie ten jednak szczegół w karierze młodego naukowca stał się zarzewiem konfliktu. Profesorom zasiadającym w Radzie Wydziału PiA UG nie spodobało się, że Kanthak pełni funkcję szefa gabinetu politycznego ministra sprawiedliwości i, że od niedawna jest również rzecznikiem prasowym tegoż ministerstwa. Zdaniem szacownego grona, przyjęcie do pracy człowieka, który współtworzył ustawy reformujące wymiar sprawiedliwości mogłoby zaszkodzić wizerunkowi gdańskiej alma mater.

 

*

 

Jeden z profesorów, Krzysztof Grajewski, kolegom z Rady zadawał podczas obrad retoryczne pytania: „Czy jest w interesie wydziału zatrudnienie osoby, która być może będzie kojarzyć się z niszczeniem sądownictwa w Polsce?”; „Czy dobrym pomysłem jest wnioskowanie o zatrudnienie na wydziale osoby, która zapewne miała styczność z «pięknymi» ustawami o sądownictwie, którymi nas obdarzono kilka miesięcy temu?”. Grajewskiemu wtórował inny profesor, Grzegorz Wierczyński, który stwierdził, że zatrudnienie Kanthaka „marketingowo nie przysłuży się wydziałowi”. Postać młodego prawnika nie przypadła do gustu także prof. Andrzejowi Szmytowi, który zwrócił uwagę, że „ważne jest, jak nas będą postrzegać na zewnątrz, poprzez nasze konkretne pociągnięcia”. Zniesmaczenia obrotem spraw nie ukrywał natomiast dziekan wydziału, Jakub Stelina. Jego zdaniem profesorska debata przypominała momentami „jakiś plebiscyt”. W obronę Jana Kanthaka wziął również prof. Tomasz Bąkowski, który stwierdził jednoznacznie, że na posiedzeniu Rady Wydziału PiA UG doszło do stygmatyzacji. Ostatecznie za przyjęciem do pracy Kanthaka było 10 profesorów, przeciwko opowiedziało się 23.

 

*

 

Sam Kanthak po takim dictum najwyraźniej osłupiał. Na antenie TVP Info zdołał jedynie zapytać: „(…) w którym miejscu niszczymy to sądownictwo. Czy na przykład wprowadzając system losowego przydziału spraw dla sędziów, który w 100 procentach uniezależnia sędziów. (…) Bez wątpienia decyzja miała charakter polityczny, ale się na to nie obrażam.”

Takie postawienie sprawy zaskoczyło jednak nie tylko głównego zainteresowanego. Werdykt gdańskich profesorów oburzył też wicepremiera Jarosława Gowina. Jego zdaniem na uczelniach nie może dochodzić do przypadków dyskryminowania z powodów wyznawanych poglądów, cenzurowanie za poglądy polityczne jest bowiem sprzeczne z obowiązującym prawem.

W jednym z wywiadów wicepremier powiedział wprost: „Niewątpliwie w środowisku akademickim wyraźna większość kadry ma poglądy lewicowo-liberalne. Ma do tego prawo. Nikomu nie można narzucać ani zakazywać poglądów, ale to musi działać w drugą stronę. Jeśli z powodu konserwatywnych poglądów politycznych bądź współpracy z obecną ekipą rządową nikt nie może być uprzywilejowany, to nikogo nie wolno też dyskryminować.  [...] W każdym takim przypadku dochodzi do cenzurowania i ograniczania wolności słowa, a to rzeczywiście spotyka najczęściej wykładowców czy zaproszonych gości o poglądach konserwatywnych, zwłaszcza jeżeli są przedstawicielami środowisk pro-life. W każdym przypadku jest to naruszenie zasady równości wobec prawa i zachowanie sprzeczne też z zasadą autonomii uczelni. Wolność słowa, wolność badań akademickich, wolność głoszenia swoich poglądów musi dotyczyć wszystkich na równych zasadach”.

Jarosław Gowin zapowiedział także, iż Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dokładnie przyjrzy się sprawie Kanthaka.

 

*

 

Niestety opisany powyżej problem nie jest jedynym w ostatnim czasie przykładem dyskryminacji młodych prawników. Parę dni temu 265 asesorów padło ofiarą wojny, jaką Krajowa Rada Sądownicza prowadzi z rządem Prawa i Sprawiedliwości. Zasadniczą kwestię sporu doskonale scharakteryzował wiceminister kultury, Jarosław Sellin: „Poznaliśmy butną twarz tego, co sami sędziowie nazwali „nadzwyczajną kastą”. W dodatku to była głupia decyzja. Odrzucenie wszystkich 265 kandydatów pokazuje wolę walki politycznej KRS. To ludzie, którzy chcą walczyć przeciwko demokratycznemu rządowi i ministrowi sprawiedliwości. (…) Decyzja KRS powinna być dodatkowym argumentem w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości - i to reformy głębokiej. Ta grupa zawodowa urwała się spod wszelkiej kontroli.”

No cóż… Nie jestem wprawdzie prawnikiem, więc co do meritum sprawy wolałbym się nie wypowiadać. Ale jako absolwent Uniwersytetu Gdańskiego, a zarazem niedoszły prawnik, patrzę na to, co dzieje się w mojej uczelni z odrazą i poniekąd ze wstydem. Chociaż poziom moralny i intelektualny „nadzwyczajnej kasty”, wyprodukowanej na Uniwersytecie Gdańskim w zasadzie mnie nie dziwi. Zwłaszcza w kontekście zdarzenia sprzed trzech dekad, którego byłem mimowolnym uczestnikiem. Zdawałem wówczas na prawo. Egzaminy poszły mi całkiem dobrze, ale ku memu zaskoczeniu nie załapałem się wówczas w poczet studentów - zabrakło mi jednego punktu (cztery otrzymywało się za pochodzenie społeczne). Ponad to, na listach z wynikami egzaminów, które wywieszone zostały na tablicy przed dziekanatem, ktoś pozmieniał mi stopnie - skreślił czwórki i piątki, i powstawiał trójki. Z takim wynikiem mogłem dostać się jedynie na miejsce tzw. „wolnego słuchacza”, co jednak nie zwalniało z poboru do wojska. Napisałem oczywiście odwołanie do ministerstwa, ale nie odniosło ono żadnego skutku. Jednak nie to było najbardziej bulwersujące.

 

*

 

Tamtego dnia przed tablicą zauważyłem wyjątkowo charakterystycznego młodzieńca - był potężny, wręcz monstrualny i miał na imię Jacek. Grubas przejrzał listę i powiedział: „o kur***, same laski”. Zwróciłem na niego uwagę, bo słowo, którego użył, nie było wówczas tak powszechne, jak dziś, a wokół tablicy prócz kandydatów na studentów, stało również wielu rodziców.

W październiku, już jako student politologii spotkałem tegoż Jacka na uniwersyteckim korytarzu. Była z nim również moja znajoma z liceum. Zapytałem ją, kim jest ten młodzieniec? Odpowiedziała, że to kolega z wydziału. Kiedy opisałem jej okoliczności w jakich kolega ów zdobył indeks, wzruszyła tylko ramionami…

Zastanawiam się ilu takich „Jacków” skończyło gdańską uczelnię i co robią po trzydziestu latach? Mam cichą nadzieję, że nie zasiadają w Radzie Wydziału PiA UG. Chociaż ich obecność, w jakiś sposób tłumaczyłaby poziom niektórych gdańskich profesorów. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl