Kiedyś było tak, że jak dziennikarz miał ekskluzywną rozmowę, budził szacunek w środowisku. Choćby na chwilę, ale jednak.
Kiedyś, czyli nie tak dawno zresztą. Kilkanaście lat temu, kiedy uczyłem się dziennikarstwa. A nauki te pobierałem w dziale miejskim Gazety Wyborczej w Lublinie (czy to się komuś podoba, czy nie).
Rozmowy na wyłączność, były przedmiotem zawodowego pożądania. Budziły – zwykle zdrową – dziennikarską zazdrość.
Pamiętam też kolegia redakcyjne z tamtego okresu. Podczas porannego planowania omawialiśmy gazety, analizowaliśmy własne wydanie i doniesienia konkurencji. Wypunktowywaliśmy dobre teksty, pomysły i ekskluzywne informacje. Wszystko po to, by być lepszym, szybszym i bardziej wiarygodnym medium.
Dodam jeszcze, że to było jeszcze przed epoką Facebooka i wszechobecnego infotainmentu.
To były czasy, kiedy zdarzyło mi się z wypiekami na twarzy słuchać przez zamknięte drzwi i obserwować przez dziurkę od klucza (sic!), przebieg tego, co dzieje się na sali sądowej głośnego niegdyś procesu, który odbywał się rzecz jasna za zamkniętymi drzwiami.
Innym razem godzinami oczekiwałem na znanego polityka, który ze względu na kryzysowy moment swojej partii unikał wówczas mediów, ale wiedząc, że ma się pojawić w jednym z lubelskich urzędów późnym wieczorem w środku weekendu, postanowiłem czekać do skutku. Dla jednego komentarza w tekście i pochwały naczelnego, warto było.
No, ale te czasy już minęły. Dziś koledzy regularnie wypominają – publicznie, na łamach swoich gazet – z kim polityk lub inna osobistość raczył porozmawiać. Ostatnio dostało mi się nawet za to, że mój rozmówca, który odwołał briefing, zgodził się porozmawiać tylko ze mną.  Wywiad okazał się całkiem istotny, bo konkurencja powoływała się na newsa, który padł w rozmowie. Ale w tekście nie zabrakło sugestii, że polityk wybrał sobie dziennikarza do rozmowy, a resztę zlekceważył.
Nikogo nie zainteresowało jak długo o taki wywiad trzeba było zabiegać, kogo przekonać, ile telefonów wykonać, by się udało. Ważne jest za to wylanie żalu, że z nami nie chciał rozmawiać.
Fakt, że czasem udaje się przekonać kogoś do rozmowy podczas pierwszego telefonu, czasem trzeba przekonywać długo. Czasem ktoś mnie poleci. Ale też czasem jest wręcz przeciwnie: dziesiątki telefonów, próby zgrania terminów i miejsc, wspólni znajomi – wszystko okazuje się działaniem na próżno. I nic z rozmowy nie wychodzi, można więc liczyć jedynie na to, co wszyscy na konferencji prasowej.
Ale raz doszło do niecodziennej historii. W ostatnim momencie odwołany został mój wywiad z ważnym politykiem, członkiem rządu. Cóż, zdarza się. Wróciłem do redakcji, zająłem się kolejną rozmową. Po jakimś czasie dostałem telefon z informacją, że w miejscu planowanego wywiadu zostawiłem mikrofon i sprzęt nagrywający. Musiałem chyba rozbawić swoim gapiostwem doradców tegoż polityka, bo przekonali szefa do krótkiej rozmowy na wyłączność. Zdecydował więc zupełny przypadek. Choć pewnie niektórzy słysząc wywiad pomyśleli wprost: ustawka.
Ale nie mam żalu do kolegów, dla których źródłem informacji są briefingi, konferencje i tweety, a najważniejszą kompetencją dziennikarską jest szybkość. Bo takie mamy czasy. Dlatego nie ma co się obrażać, tylko robić swoje. Nawet jeśli nie wszystkim to odpowiada.
Tomasz Nieśpiał

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl