W stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej, Abidżanie, zakończył się właśnie szczyt Unia Europejska – Unia Afrykańska.  Cztery sesje poświęcone były poprawie warunków ekonomicznych młodzieży, migracji  i bezpieczeństwu, a końcowa podsumowywała obrady. W ten sposób uczczono dziesiątą rocznicę przyjęcia wspólnej strategii Afryka – Unia Europejska  i proklamowania dokumentu nt. wzmocnienia partnerstwa politycznego między dwoma kontynentami.  Wystarczy jednak spojrzeć na Europę i Afrykę, by się upewnić, że problemy nie tylko nie zostały rozwiązane, ale przybyło wiele nowych, z którymi żadna ze stron, ani razem ani osobno, nie potrafi się uporać. Afryka nie radzi sobie z głodem, wojnami, nędzą, AIDS, rozkładem struktur państwowych wielu krajów, Unia - z lawiną  imigrantów ,islamskim  terroryzmem, chorobami tropikalnymi i poważną zapaścią służb państwa, jako skutkiem tego imigracyjnego tsunami. Oraz z odpowiedzią na pytanie, co się stało z tymi 21 mld euro, które – jedynie w roku 2016 – UE przeznaczyła na pomoc rozwojową krajów afrykańskich.  Jak również z setkami miliardów  funtów, euro i koron, pompowanych w  Afrykę przez państwa europejskie, Wielką Brytanię, Holandię czy  Szwecję  oraz organizacje charytatywne jak UNESCO, Oxfam, Save the Children, Food for Africa.  Bo wzruszeni losem małej, umierającej z głodu  Amiry czy niewidomego, czekającego na zabieg Nguli , odpowiadamy na apel, ale nikt nie śledzi przepływu pieniądza i w gruncie rzeczy nie wiadomo, co się z tymi naszymi darami serca dzieje.  Polskę w Abidżanie reprezentowali – premier Beata Szydło i wiceministrowie Konrad Szamański i Joanna Wronecka. A więc kilka słów prawdy, aby zapobieć marnowaniu pieniędzy, i wydawać je tak, aby trafiły do potrzebujących.

  Od niemal 20 lat w zachodniej prasie, także liberalnej jak Guardian czy  Observer, pojawiają się teksty, krytykujące skuteczność działań pomocowych w Afryce, czy to z budżetów państw, czyli z  kieszeni podatników czy organizacji charytatywnych. Transfer odbywa się dwoma kanałami – właśnie przez rozmaite agendy rządowe Tanzanii, Gambii czy RPA oraz poprzez organizacje pozarządowe.  Od niemal 40 lat grube miliardy funtów i euro pompowane są tymi dwoma „kanałami dobrej woli”, ale już 20 lat temu okazało się, że przy takiej skali korupcji, jaka trawi Afrykę, bałaganie, braku pomysłu na to, jak zainwestować te wielkie sumy,  niewiele z tych pieniędzy dociera do potrzebujących. Zebrane fundusze są rozgrabiane na miejscu i w szybkim tempie przez urzędników wszystkich szczebli państwa, zaś organizacje pozarządowe uprawiają tylko doraźne rozdawnictwo, dary są konsumowane zaraz i na miejscu, zero  myślenia o przyszłości.  Doszło do tego, że – i jest to zjawisko w skali kontynentu – wioski, które nigdy nie otrzymały pomocy, lepiej sobie radzą niż tek, które dostały. Ich mieszkańcy wciąż pracują na marnych poletkach, hodują bydło, jak sto lat temu bywało, nie zdemoralizowani darmową pomocą, i  jakoś sobie radzą.  

  Byłe europejskie potęgi kolonialne jak Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Belgia, Hiszpania wciąż biją się w piersi za stulecia  niewolenia rdzennych mieszkańców Afryki,  eksploatację i wydzierania im niezmierzonych bogactw, korzystania z ich darmowej pracy,  obozy koncentracyjne – RPA czy Namibia – oraz podbudowywanie swego narodowego ego.  Pakują w Afrykę,  podobnie jak organizacje charytatywne, ogromne sumy,  „the compassion industry”, „przemysł współczucia” kwitnie, a sytuacja Afryki nie poprawia się ani na jotę.  Wręcz przeciwnie.  Już w 1999 roku lewicowy, jakby nie było, Guardian, w tekście pt. „Nadużyte zaufanie”, pisał o  kompromitacji  tej post-kolonialnej i kompensacyjnej pomocy dla krajów Afryki, której „nie brakuje  serca, ale na pewno  rozumu”. I tak  mówił lewicowy Guardian!   Są wioski, to z kolei Observer, jak Kpasenkpe, gdzie każda rodzina otrzymuje z kieszeni brytyjskich podatników, 7.5 tys, funtów rocznie, gdzie był już Bono, Jeffrey Sachs i Bill Clinton. Planowano, że wyciągną z biedy ten rejon w ciągu 5 lat, minęło 13,  a dobrobytu jakoś nie widać.  Brak nadzoru nad projektami, brak koordynacji działań, żadnego zainteresowania lokalsów, sprawiają, że pieniądze przeciekają między palcami i wsiąkają  jak woda w piaski pustyni. Zadnych szkoleń zawodowych, generowania nowych miejsc pracy, wciągania miejscowych w projekt, by potem, w przyszłości potrafili szkolę czy ośrodek zdrowia utrzymać  i z tych dobrodziejstw korzystać.  Afrykanie – od bijących się w piersi w poczuciu winy Europejczyków – dostali „rybę” zamiast „wędki”. A teraz rosną nowe generacje, zdemoralizowane łatwą pomocą, rozleniwione, roszczeniowe i zgorzkniale. Stąd m.in. ta inwazja imigrantów na Europę po zasiłki – wiedzą, że Europa rozdaje pieniądze oraz wiedzą, „że te pieniądze im się należą”.  

   Byłam w Afryce z dziesięć razy, Maroko i Tunezja, Senegal i Gambia, Kenia i Tanzania, Malawi i  RPA,  i łatwo mi się zgodzić z amerykańskim podróżnikiem i pisarzem Paulem Theroux, który w swojej książce „Safari spod ciemnej gwiazdy” pisze: ”Słuchając horrorów o biednej, niewykształconej i umierającej Afryce, każdy Europejczyk czy Amerykanin zadaje sobie pytanie: dlaczego nikt nic z tym nie robi? Jednak wiele zostało zrobione, więcej niż nam się zdaje. Ponieważ jednak rządy Kenii czy Malawi kompletnie nie zajmują się swoimi obywatelami, pomoc jest dostarczana wyłącznie przez pełnych współczucia obcokrajowców. Między sklepami Baty i kramami Hindusów widać wspaniałe siedziby organizacji pomocowych – wszystkie te liczne organizacje stały się w istocie narodowymi instytucjami, dostarczycielami codziennego pożywienia i regularnej pomocy. Moje pytanie brzmi: dlaczego Afrykanie nie włączyli się w ten regularny przemysł współczucia? Lokalne rządy, wolontariusze, mieszkańcy?  Właśnie. I to było jedno z pytań  do postawienia na szczycie Unia Europejska – Unia Afrykańska w Abidżanie.

   I kolejne pytanie dla polskiej reprezentacji  na przyszłe podobne spotkania: dlaczego pomoc z Europy, ale i Ameryki, została ustawiona tak, że nie wspomaga rozwoju kraju, konserwuje tylko status quo czyli  nędzę i beznadzieję?  To ten sam  niemądry projekt społeczny, który bogate kraje Europy zaaplikowały u siebie – system wysokich zasiłków – tyle, że zaaplikowany w Afryce. Oczywiście, ta pomoc cieszy się wielką popularnością pośród afrykańskich dyktatorów, bo a/ pozwala im nic nie robić i b/ pomaga im dłużej pozostać przy władzy. Ale nie wspiera rozwoju kraju, nie rozwija gospodarki,  społeczeństwa ani kultury.  Powstało na ten temat wiele książek jak „Zdradzona Afryka” i „Afryka w chaosie” ekonomisty George’a B.N. Ayitteya, pokazujące upadek i rozkład  kontynentu. Albo piękna i tragiczna opowieść laureata nagrody Nobla V.S. Naipaula „Zakręt rzeki”. Współczucie, to za mało, aby skutecznie pomagać, i sąsiadce i  Afryce, trzeba i serca,  i pomysłu.

   Właśnie skończyła się konferencja Europa – Afryka w Abidżanie. Już obecność Federiki Mogherini rokowała żle. Pewnie skończyło się na obietnicach zwiększenia  pomocy, czyli  jeszcze większego marnotrawienia pieniędzy. Zadnych prób zmian w projekcie „pomoc Afryce”,  dalsze generowanie kolejnych pokoleń, niezdolnych do wzięcia losu w swoje ręce, agresywnych i roszczeniowych. Zero  zobowiązań do aktywizacji społeczności lokalnych, miejscowego wolontariatu, wspólnej pracy nad inwestycjami. Czy zatem skończyć z pomocą Afryce? Oczywiście, nie. Ale kierować pieniądze z naszych datków czy podatków na konkretne projekty – szkołę czy szpital, a może studnię głębinową? -  ale  monitorując  inwestycję, szkoląc ludzi i wciągając w to lokalne wspólnoty. Wspierać  organizacje charytatywne – ale nie takie jak UNESCO, które wydaje 98% wpływów na potrzeby administracji i ekstrawagancje ambasadorów dobrej woli – lecz na Caritas / 7% kosztów własnych/, Armię Zbawienia / ok. 9%/, Christian Vision, czy na misje, które zwyczajowo zajmują się i edukacją lokalsów i pomocą medyczną,  uczą młodzież zawodu czy opiekują się sierotami po zmarłych na AIDS. Post-kolonialiści już dawno odszczekali ideę „podboju Afryki jako misji cywilizacyjnej białego człowieka”. Palą się do pomocy, ale wciąż widać ten ich paternalizm,  zdawkowość i zniecierpliwienie,  żeby jak najszybciej odfajkować sprawę. Więc apel do wszystkich zainteresowanych „projektem Afryka” -  mniej  politycznie poprawnego bicia się w piersi, a więcej  serca i rozumu.

                                                         Elżbieta  Królikowska-Avis. 2 grudnia 2017 roku

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl