Od kilku miesięcy, może nawet od zarania „dobrej zmiany”, zrażają mnie do siebie „Wiadomości” TVP1.

Chociaż dumnie demonstruję przy każdej okazji mój konserwatyzm, to jednak w tej staroświeckości stawiam sobie ograniczenia, albowiem, napiszę nieskromnie, zdaje mi się, że dostrzegam pewne granice atencji do dawnych porządków cywilizacyjnych, na przykład do utrzymywania ładu państwowego za pomocą manipulacji: zaspokajaniu głównie dwu podstawowych potrzeb społecznych: panem et circenses. Chleba ma być wystarczająco dla wszystkich, lecz nie dla wszystkich w nadmiarze, w obfitości jedynie  dla wybranych, od których zależy jego dystrybucja. Za to rozrywki w nieograniczonych ilościach – niech lud nie chodzi głodny, chociaż będzie niesyty, natomiast pławi się w zabawach, to stanie się powolny każdej władzy. Sprawdzili, wynaleźli?, tę prawidłowość Rzymianie, stosowali skutecznie Niemcy i carowie, a później sowieci, jedni i drudzy dawali ludowi rozrywki w zabijaniu.

Myśmy zaś w PRL buntowali się, gdyż brak nam było dostatecznej ilości chleba (w znaczeniu szerokim), o który trzeba było staczać boje kolejkowe i brakowało – z małymi wyjątkami – godziwej rozrywki. Partia w indoktrynacji była tak obrzydliwie ponura, że  odechciewało się nam zabaw; zresztą kto miał poczucie sarkazmu, bawił się w wewnętrzną istotą tamtego państwa, które miało sporo cech groteskowych. Ale nowocześni tyrani europejscy - Fürher i sekretarze generalni lub pierwsi - wiedzieli,  że ludzie byle mieli co jeść i czym się zabawić, będą zadowoleni z każdego bytowania w każdym państwie.

Jakąż rację mieli komuniści, kiedy uznali, że telewizja jest najlepszym środkiem kształtowania umysłów i gustów ludycznych.  W PRL właśnie to medium dawało nam nieco rozrywki i wciskało w świadomość przekonanie, że żyje się znakomicie. I nagle stwierdzamy, „dobra zmiana” niespodziewanie, wbrew swym intencjom, zapewne z bezmyślności i indolencji, wkroczyła w te same koleiny, a przecież teraz nie potrzeba dawać „chleba” ani rozrywek, żebyśmy byli jako tako zadowoleni.

Tymczasem to, co „Wiadomości” wyemitowały 1. i 2. grudnia, to był niejako zmodyfikowany techniką „cyrk” starorzymski. Oto 1. grudnia, gdy już było wiadomo, że gospodarzem igrzysk w połowie przyszłego roku będzie Moskwa - naszych kolegów z TVP1 ogarnął szał radości. Że  weźmiemy udział w mundialu i jeszcze na dodatek wystawimy (prawdopodobnie!) wspaniały zespół i wygramy (prawdopodobnie!). Redaktorzy cieszyli się, ak dzieci nie dopuszczając możliwości porażki, razem z prezesem Jackiem Kurskim, który pokazał się na chwilę, jak zawsze z roześmianą twarzą. W studio zapanowała podniosła atmosfera, która zapewne miała się stać udziałem wszystkich Polaków oglądających antydziennikarske „Wiadomości”.

I byłyby może do zniesienia, gdyby temu  entuzjastycznemu tematowi poświęcono
kilka minut, jużeśmy przywykli, że migawki z kopania piłki i innych przykładów tężyzny fizycznej różnych sportowców nierzadko, jak powiedziałem na wstępie,  otwierają serwisy „Wiadomości”, bądź co bądź, przynajmniej w założeniu, „misyjne”. Ale jeszcze nic, albowiem 1 grudnia ów temat sportowo-mundialowy, zaczynający codzienny serwis, zajął prawie 12 minut. Po  tych 12 minutach wygłaszano radosne wiadomości z innej „branży” o „dalszym dynamicznym rozwoju” Polski: sukcesach gospodarczych, o przybywających do nas niemal codziennie bogatych inwestorach zagranicznych, późnie było trochę samogrających” już wątków o złodziejskiej prywatyzacji. I znów pokazano kopanie piłki, już nie wiem, w jakim kontekście, bo „wyłączyłem” percepcję. Gdy ją ponownie uruchomiłem, stwierdziłem, że  Jacek Kurski już się nie pokazał, a szkoda - jego zadowolona twarz byłaby silną puentą tego wydania „Wiadomości”.

W standardowej rozmowie „Gościa Wiadomości” występowało dwóch nadzwyczajnych ekspertów, a jakże, od piłki nożnej. Później był „Sport”, znów nie percypowałem,  trochę reklam i ”Pogoda”. I KONIEC. Odetchnąłem, uświadomiwszy sobie, ze  nie lubię piłki, w ogóle sportu i że się boję. Obawiam się, żeby samozachwyty nad „dalszym dynamicznym rozwojem” Polski nie miały takiego finału jak Gierka ukontentowanie, że zajmujemy już 10 miejsce w świecie gospodarczo rozwiniętym.

Czy „Wiadomości” nie popadły w stan samodegradacji? Kto je wydaje? Dziennikarze czy koledzy polityków, np. Jacka Kurskiego? Nie wiedzą, że każda wypowiedź dziennikarsko-publicystyczna wtedy spełnia swe cele, jeśli: 1. od razu rozbudza zaciekawienie odbiorców jakimś newsem, a tu była zapowiedź tego, co będzie newsem za siedem miesięcy, 2. od razu eksponuje nader zwięźle (w każdym razie nie przez ok. 12 minut) i najprościej treści dalszego przekazu, 3. jest  a k t u a l n a. Rozgadywanie się (pokazywanie)  tym, co ma nastąpić za siedem miesięcy  w żadnej mierze nie jest aktualne w znaczeniu dziennikarskim i chyba żadnym, O tak przyszłościowo odległych wydarzeniach jedynie się wzmiankuje, a nie rozwodzi, chyba że dziennikarzom wydawcy płacą za zajmowanie tzw. czasu antenowego,  a w gazetach od wielości zdań. A lud ma dostawać przez siedem miesięcy ciągle tę samą rozrywkę, aż zgłupieje…

Te trzy podstawowe zasady warsztatu dziennikarskiego były, zwłaszcza pierwsza i druga, 1 grudnia gwałcone z premedytacją, ależ -  nie, z głupoty. Tym samym „Wiadomości”, z których jesteśmy dumni, bo przynajmniej w założeniu nie służą propagandzie, upodobniają się jednak do peerelowskiego „Dziennika Telewizyjnego”. Różne cele i intencje, a skutki podobne. Czy więc dojdzie do powszechnych manifestacji sprzeciwu, np. w godzinach emisji „Wiadomości” będziemy gromadnie przechadzać się po pasach na jezdniach?

Może lepiej niech Rada Mediów Narodowych, której działalność  jak dotychczas jest niezauważalna, zajmie się szkoleniem dziennikarzy z najpoważniejszych mediów. Uratuje tym godność znaczenia przymiotnika „narodowe” i rzeczownika osobowego „dziennikarz”. A nas, odbiorców, zwykłych „zjadaczy chleba” (w ilości wystarczającej), uchroni przed  zawstydzeniem z własnego dziennikarstwa.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl