Od siedmiu lat, dziennikarze z Rzeszowskiego oddziału SDP poszukują na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie grobów swoich kolegów „po piórze”. Inwentaryzują, czyszczą, czasami poddają grobowce drobnym naprawom. Co roku odkrywają na nowo zapomniane mogiły dziennikarzy, którzy działali w czasach zaboru CK Austrii oraz w okresie międzywojennym.

 

 

Zaledwie dwa miesiące po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, w roku 1991, miałem okazję być po raz pierwszy na cmentarzu Łyczakowskim. Wchodziłem od strony dzisiejszej nekropoli Orląt Lwowskich. Punktem orientacyjnym był łuk triumfalny, poszczerbiony niemiłosiernie i okopcony dymem ognisk. W jego stronę, przez gąszcz pokrzyw i dzikiego bzu, wiodła wąska ścieżyna wyłożona połamanymi płytami nagrobnymi dzieci i obrońców Lwowa.

Cmentarz Łyczakowski był wówczas ruiną. Kości zmarłych wymieszane były ze stertami śmieci i butelek po wódce. Nie było grobu, który nie zostałby wcześniej zrabowany.

Dzisiaj odnowione, znowu urzekające swoją architekturą kaplice grobowe, wówczas były miejscem pijackich orgii miejscowych meneli, którzy węglem z ogniska wypisywali na ścianach cyrylicą sprośne sentencje. 

Tak „kulturnyj narod” Sowieckiego Sojuza dbał o jedną z najstarszych i najcenniejszych nekropolii Europy.

Cmentarz przeżywał różne koleje losu jakie gotowała mu historia. W czasach zaboru austriackiego zabroniono umieszczać na płytach grobowych napisów w języku polskim. Zakaz ten przestał obowiązywać dopiero po powstaniu styczniowym-na grobowe tablice wracała polszczyzna. Od roku 1870 język polski już dominował na cmentarzu Łyczakowskim.  Nie było tam wówczas napisów w cyrylicy, dzisiaj tak mocno obecnych na nagrobkach Łyczakowa.

Jak pisał Stanisław Nicieja, autor monografii poświęconej  Cmentarzowi Łyczakowskiemu, w roku 1863, osiemdziesiąt lat po założeniu nekropolii, penetrujący Łyczaków Ludwik Powidaj - dziennikarz i literat, nie natrafił na żaden napis w cyrylicy lub grażdance. Takich napisów nie było również na nieistniejącym dzisiaj cmentarzu Gródeckim, położonym niegdyś obok cerkwi Św Jura.

Nie oznaczało to, że nie chowano na tych cmentarzach Ukraińców. Owszem tak, ale – jak pisze dalej Nicieja- ich świadomość narodowa była wówczas  poważnie zapóźniona. Lwów w czasie zaboru austriackiego stanowił jedną z najbardziej zorganizowanych enklaw polskości w granicach dawnej Rzeczypospolitej.

Jak przytacza dalej Stanisław Nicieja, w grudniu 1845 roku, Jakow Hołowacki,  profesor Uniwersytetu Lwowskiego i badacz folkloru ukraińskiego,  pisał do znanego ukraińskiego filologa i historyka, Osypa Biodańskiego: „Polszczyzna wszystko przygłuszyła, przytłumiła Ruś-oświecony Rusin wstydzi się swego języka, chwyta się polskiego, mówi i posługuje się nim-lżej mu wysłowić się w języku polskim, wyuczonym w szkole i społeczeństwie niż w swoim przyrodzonym.”

Dominacja języka polskiego na wszystkich nekropoliach Lwowa, również na cmentarzu Łyczakowskim, trwała do końca II wojny światowej.

Dlaczego o tym wspominam? Bo to istotne dla prowadzonych przez nas poszukiwań grobów dziennikarzy. Należy pamiętać, że łyczakowska nekropolia przez pierwsze dziesięciolecia swego istnienia nie posiadała ewidencji pochówków. To znacznie utrudnia naszą inwentaryzację. Jednocześnie panujące niegdyś na cmentarzu nakazy językowe utrudniają czasem przypisanie dziennikarza do narodowości. Nie robimy jednak różnic. Pamiętamy, że wszyscy Oni grali wówczas w jednej drużynie. I chociaż się różnili, to tworzyli tę samą tkankę wielonarodowościowej kultury Rzeczpospolitej zarówno tej zniewolonej jak i w następnych latach wolnej.

Dziennikarz Joseph Muss, Badeńczyk z pochodzenia, Profesor Uniwersytetu Lwowskiego, żyjący w latach 1778-1856 jest koronnym przykładem symbiotycznego współistnienia w ówczesnej, polskiej przestrzeni kultury.

Jedna z lwowskich anegdot opowiada, jak to w czasie gdy w Królestwie Polskim trwało powstanie listopadowe, Muss sprawdzając obecność studentów na zajęciach, wyczytał kilkakrotnie nazwisko nieobecnego żaka. W pewnej chwili usłyszał głos z sali: „Poszedł do Polski...”. Niemiecki profesor, zmierzył wzrokiem studenta, który wydał swojego kolegę i rzekł: „Spełnił swoją powinność, zapewne i pan ją spełnisz!”.

Był to czas, gdy kultura polska była niezwykle atrakcyjna dla innych nacji. Niosła ze sobą potężny ładunek intelektualnej aktywności, nie tylko naukowej czy kulturalnej, ale i tej patriotycznej, nacechowanej romantycznym dążeniem do wolności.

Przed siedmiu laty, Jolanta Danak Gajda, dziennikarka z Polskiego Radia w Rzeszowie, jako pierwsza ruszyła „spełniać swoją powinność” wobec tych co odeszli. Pierwsza zaczęła odszukiwać groby dziennikarzy, którzy tworzyli podwaliny współczesnego dziennikarstwa-nie tylko polskiego. Odnajdywała często zapomniane już pochówki naszych kolegów, którzy tworzyli pierwsze branżowe organizacje dziennikarskie, w tym trwające do dzisiaj Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy.

Szybko dołączyła do niej grupa dziennikarzy zrzeszonych w rzeszowskim oddziale Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wspomagał ich Zarząd Główny SDP. Lista odnalezionych grobów dziennikarzy polskich, pochowanych na cmentarzu łyczakowskim, urosła do ponad siedemdziesięciu.

Kilka grobowców znamienitych żurnalistów udało się odremontować lub prowizorycznie zabezpieczyć. Współcześnie problemem jest brak środków finansowych na kosztowne konserwacje pomników. Jolanta Danak Gajda, kilka lat temu,  zorganizowała oficjalną zbiórkę pieniędzy na remont dziennikarskich grobowców. Biurokracja i urzędowe przeszkody rosnące lawinowo, zniechęciły ją już chyba na zawsze do takiej aktywności. Wspierana przez swoich kolegów po fachu ma nadzieję, że uda się jednak znaleźć środki finansowe na remont najbardziej zniszczonych dziennikarskich grobowców.

W wyprawach na Łyczaków uczestniczy od lat i wspiera poszukiwania, przewodniczący SDP w Rzeszowie, Józef Matusz.

Akcja odnajdywania i dbania o groby dziennikarzy z każdym rokiem przybiera na sile. Biorą w niej udział również dziennikarze spoza oddziału SDP w Rzeszowie. Poszukiwania obejmują kolejne cmentarze dzisiejszej Ukrainy.

Natłok obowiązków i skromne środki finansowe jakie również z własnych, dziennikarskich kieszeni idą na ten cel, powodują, że inwentaryzacja grobów odbywa się w bardzo wolnym tempie. Rok 2017 może okazać się przełomowym, bowiem po raz pierwszy do dziennikarskiej braci dołączyli pracownicy rzeszowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

Jolanta Danak Gajda jest coraz bardziej zdecydowana na opracowanie monografii poświęconej lwowskiemu dziennikarstwu.

Akcja rzeszowskiego oddziału SDP inspiruje, pozwala części z nas rozpocząć poszukiwania zapomnianych historii. Pamięć o dziennikarzach z ogrodu wiecznego snu jest dla nas tak samo ważna jak pamięć o ich dokonaniach. Będziemy bardzo wdzięczni, jeśli w ostatni weekend października dołączą do nas w przyszłym roku koledzy spoza naszego regionu. Naszą działalnością chcielibyśmy zainspirować przedstawicieli innych zawodów. Branżowa pomoc w ratowaniu pamięci o wielkich Polakach może okazać się metodą najskuteczniejszą.

Andrzej Klimczak

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl