Rekonstrukcję rządu Mateusza Morawieckiego mamy już za sobą. Okazała się znacznie głębsza niż się spodziewano. Zwolennicy „obozu patriotycznego”, powiązanego z Gazetą Polską, wciąż manifestują niezadowolenie z odejścia ministra Macierewicza, Radosław Sikorski już pospieszył się z tweetem, że „zmiany na stanowiskach, to żałosna porażka”, a europejskie media i brukselscy mandaryni zgodni są co do opinii „to nic innego, jak  młode wino w  starych bukłakach”. Jeśli reshuffling rządu został  wykonany po to, aby zasygnalizować  wolę  kompromisów  z Unią - posadę stracili ministrowie uznawani za  „eurosceptyków” – można się niepokoić o dalsze losy programu Dobrej Zmiany. A jeśli przypomnieć, że i Macierewicz i Waszczykowski i Szyszko wykonywali tylko prerogatywy Prawa i Sprawiedliwości, a tak było, niepokój rośnie. Bo doskonale wiemy, że idąc tym tropem, by zadowolić Jeana Claude’a Junckera, a zwłaszcza Fransa Timmermansa, trzeba byłoby zrezygnować z projektu Dobrej Zmiany,  reform Unii i dopominania się o respektowanie interesów Polski w „centrali”.  Przecież wiadomo, kto zawiaduje  Unią, i że nie są to konserwatyści, lecz  byli  marksiści, trockiści i maoiści, i że ich wizja Wspólnoty, przywództwa unijnego, niemiecko-francuska hegemonia, nie jest zgodna z naszą. Więc jak daleko w kompromisach premier Morawiecki jest skłonny w tym akcie pojednania pójść, i ile poświęcić?  Tu pozwolę sobie przypomnieć jak w 2010 roku David Cameron, próbując się pojednać z ta drugą, socjalistyczna częścią społeczeństwa,  rozpoczął proces niszczenia brytyjskiego konserwatyzmu. Przechwycił kilka haseł od Labour Party, zaprezentował swój  „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”, i do dziś Conservative Party nie może się z tego kompromisu pozbierać.Istnieje coś takiego jak granica kompromisu, po przekroczeniu której wszystko zaczyna się rozpadać jak domek z kart.

Są tacy, którzy twierdzą, że przyczyną rekonstrukcji była zmiana wizerunku rządu, na młodszy, „bardziej sexy”, co zważywszy na metryki niektórych nowych ministrów, nie wydaje się sensownym wyjaśnieniem. Inni  komentatorzy, jak prof. Mieczysław Ryba, sugerują, że oto powstał rząd fachowców.  No to skąd dobry minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak w butach ministra obrony - będzie bardziej kompetentny od  Antoniego Macierewicza? Przez dłuższy czas z pewnością nie.  Itd., itp.  Wiele się mówiło o jeszcze innej przyczynie reshufflingu, próbach „odbicia” przez ośrodek prezydencki ministerstw spraw zagranicznych i obrony narodowej. Przez wiele tygodni w przestrzeni medialnej krążyło nawet nazwisko ministra Krzysztofa Szczerskiego jako prawdopodobnego następcy Witolda Waszczykowskiego.  Całe szczęście, że prezydencki minister zdał sobie sprawę z wymogów tego  stanowiska, a więc że powinien być to ktoś z resortu: wiedza i szlif dyplomatyczny, kontakty, doświadczenie, ciężka, wymagająca ciągłych wyjazdów „praca komiwojażera”. Jednak przygotowania do desantu trwały. A prezydencki doradca prof. Andrzej Zybertowicz, dwoił się i troił, serwując efektowne pomysły, z MBN, Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego na czele.

„Największym wyzwaniem Polski w rozpoczynającym się roku jest zbudować MBN – mówił w PAP, TVP Info, etc, etc. Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego, wcale efektowana nazwa, wykładowcy uniwersyteccy lubią takie zabawy, ale co to właściwie znaczy?I czy naprawdę przełomem będzie powołanie jednego zintegrowanego „hubu” w naszej narracji zagranicznej, rodzaju „czapy” nad Kancelarią Prezydenta, Kancelarią Premiera i MSZ? Czy nie jest to niepotrzebne mnożenie biurokratycznych bytów, zwłaszcza, że  ta wspólna narracja trzech ośrodków, w ramach Dobrej Zmiany, istnieje już od dwóch lat, i jest już dawno przez różne instytucje realizowana? A może chodziło, i teraz wydaje się to prawdopodobne, o przejęcie tej narracji i utworzenie „hubu” przez ośrodek prezydencki, podczas gdy  realizacją miałyby się zająć URM i MSZ? „Przełom ws. polskiej narracji za granicą, to główne wyzwanie na następny rok” – powtarza prof. Zybertowicz. I to  jest twierdzenie bałamutne, bo od dawna znamy i aksjologię i kierunek rozwoju polityki zagranicznej Dobrej Zmiany, a MSZ realizuje ją od ponad dwóch lat.  Problemem jest – jak to robić?

   Przede wszystkim, muszą to robić wszyscy, Pałac, URM, MSZ, PAP, Reduta Dobrego Imienia, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, etc, etc. Swoimi kanałami, kooperując w dobrej wierze, zintegrowani jednym celem, interesem Polski, bo brak tego elementu „w dobrej wierze”, będzie wywoływał kolejne konflikty. A teraz,  jak robi to Ministerstwo Spraw Zagranicznych? Poprzez swoje placówki dyplomatyczne, ambasady, instytuty kultury oraz dwa ogólnie dostępne portale informacyjne, polskojęzyczny Biuletyn Informacyjny MSZ,  śledzący każdy krok resortu, każdą podróż czy spotkanie ministra i wiceministrów, dający insight tego, co dzieje się w MSZ. I drugi, anglojęzyczny, Poland.pl, promujący Polskę i tłumaczący, co się u nas dzieje dziś, i co się działo w 1410, 1560 czy 1920 roku. MSZ realizuje także  dodatkowe projekty jak The Polish-British Belvedere Forum, największe zamierzenie bilateralnemiędzy naszymi  krajami od 1945 roku, którego celem jest zbliżenie społeczeństw poniżej kontaktów międzyrządowych, a więc na poziomie mediów, organizacji pozarządowych, think tanków, środowisk akademickich i polonijnych. Pierwsza, bardzo udana edycja na najwyższym politycznym szczeblu, miała miejsce w marcu 2017 roku, druga, w Londynie, odbędzie się w lutym tego roku. Jest Radio dla Zagranicy, i – na to jeszcze czekamy – kanał telewizyjny Poland Today, który by także, dzień po dniu, suflował światu, co dzieje się w naszym kraju, i dlaczego? Istnieje Polska Agencja Informacyjna, i jej redakcja zagraniczna, przy pomocy którejkażdego dnia wypływają w świat newsy, oświadczenia, komentarze, które także służą promocji Polski.  A im więcej kanałów, informujących zagranicę, co się u nas dzieje, tym lepiej. Oczywiście, pod warunkiem, że będzie to ten sam zsynchronizowany przekaz medialny. Pomysł hubu nad tymi wszystkimi ośrodkami informacyjnymi, to przejaw braku wiedzy, co się  w tym  segmencie narracyjnym dzieje, oraz wielkie głupstwo.

    Jak bardzo ten „departament informacji i promocji Polski” jest rozpędzony, niech świadczy tylko jeden przykład: portal informacyjny MSZ Poland.pl, który od prawie dwóch lat prowadzę. Co tydzień, w świat, do 1500 adresatów, spływa kolejny serwis. Oczywiście, do wszystkich ambasad i instytutów kultury, ale i do najbardziej opiniotwórczych mediów na naszym globie – od The Washington Post, CNN i Fox News, poprzez Timesa,  BBC, Le Monde, DieWelt, El Pais, aż do The Times of India i chińskiej agencji informacyjnej Xinhua. Wszystkie najważniejsze światowe media, think tanki, organizacje pozarządowe i polonijne nasz serwis, po angielsku, otrzymują, pozostaje problem, co z tą wiedzą robią, ale na to nie mamy już wpływu.Założę się, że prof. Zybertowicz o Poland.pl nie wie, a szkoda, bo nie musielibyśmy czytać o żadnych MBN czy „narracyjnych hubach”.Zachęcam także moich Kolegów – dziennikarzy do korzystania ze źródeł MSZ-owskich z pierwszej ręki, bo rozpacz ogarnia, kiedy czyta się na temat informacji zagranicznej MSZ, PAP, Reduty steki bzdur, które świadczą o jednym – jakże często moi Szanowni Koledzy wolą smaczne korytarzowe plotki  od informacji z pierwszej ręki, które przecież można uzyskać jednym kliknięciem.

    Właśnie, rzetelności dziennikarskiej. Kiedy zaczęłam prace w MSZ, zaskoczyłamnie kompletna nieprzystawalność tego, co widziałam i słyszałam, z obrazem pracy tego resortu w polskich mediach. I to nie tylko lewicowo-liberalnych, co byłoby zrozumiałe, ale i części  mediów konserwatywnych, które powtarzają, jak za panią matką, to co pisze mainstream. Rekordy bezmyślności bije kilku wesołków z tygodników konserwatywnych, którzy zamiast sięgać do rzetelnych źródeł, wolą plotki z miasta, w dodatku z  okolic Czerskiej. Czy oczekiwanie wiarygodnego wizerunku pracy polskich ministerstw w mediach, to naprawdę too much to ask? Obserwując przez ostatnie dwa lata to zjawisko niekompatybilności, trudno nie pomyśleć o agenturze wpływu.  Przecież agentura wpływu, to nie jest owoc wyobraźni Grahama Greena czy Johna Le Carre! Obaj pracowali dla MI5  i MI6, brytyjskiego kontrwywiadu i wywiadu. Czy zatem nie warto, opisując w przyszłościpracę polskiego rządu, a zwłaszcza trzech najbardziej newralgicznych ministerstw, MSW, MSZ i obrony,  sięgnąć po wiarygodne źródła, a nie plotki z giełdy dziennikarskiej, a w istocie nie wiadomo skąd?

Elżbieta Królikowska-Avis

12 stycznia 2018

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl