Dziś mija, co do dnia, 73. rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego dla polskich dzieci w Łodzi, tzw. „obozu na Przemysłowej”. Piszę o tym, chcąc oddać hołd tym najmniejszym i najbardziej niewinnym ofiarom hitlerowskich zbrodni, ale i dlatego, że los  – w jakiś dziwaczny i paradoksalny sposób – zetknął mnie z tym „Małym Oświęcimiem”.

Powstał zarządzeniem samego Heinricha Himmlera z 28 listopada 1941 roku, i szybko zamieniono go w umieralnię polskich dzieci. Pierwszych małych więźniów przywieziono już 11 grudnia 1942 roku, a sam obóz funkcjonował do 18 stycznia 1945 roku. Teren obozu  znajdował się na Bałutach, na terenie wydzielonym z łódzkiego getta,  ogrodzonym wysokim drewnianym parkanem i strzeżonym przez niemieckich wartowników. Przez okres trzech lat więziono tam około 12 tysięcy małych Polaków, z których do dnia wyzwolenia przetrwało zaledwie 800. Wedle założenia, miało być to miejsce „resocjalizacji polskich dzieci”, a w istocie znalazły się tam sieroty po rodzicach, którzy działali w ruchu oporu, rodziców, którzy odmówili przyjęcia volkslisty, zostali zamordowani lub wywiezieni na roboty do Niemiec. Bezdomne, pozbawione rodziny, były zgarniane z ulic czy dworców, za wałęsanie się, złapane na  drobnym handlu, szmuglu czy kradzieżach, za jazdę bez biletu czy żebraninę. Przywożono je nie tylko z terenu Łodzi czy Łódzkiego, ale i ze Śląska, Pomorza, Poznańskiego czy Mazowsza. Rozpiętość wiekowa od 2 – choć zdarzały się i niemowlęta, które pozbawione odpowiedniego pożywienia i ciepłego ubrania najszybciej umierały – do 16 lat, a te, które osiągały ten wiek,  były wywożone albo do obozów śmierci, albo, jak mówią inne źródła, na roboty do Niemiec. Były to polskie dzieci najbardziej poszkodowane przez okupanta - bo wojna, bo utrata rodziny, bo  na koniec zawleczone do obozu koncentracyjnego i skazane na śmierć.

W Polen-Jugendverwahrlager panowały koszmarne warunki, dokładnie jak w obozach koncentracyjnych dla dorosłych. Dzieci chodziły głodne, brudne i zawszone, szerzyły się epidemie – duru brzusznego czy tyfusu plamistego jak ten w 1943 roku. Mieszkały w drewnianych barakach, zbitych z desek, gdzie zimą zamarzały podłogi.  Dzienna racja, to kromka suchego chleba i czarna, niesłodzona kawa na śniadanie, na obiad zupa z ziemniaków w łupinach albo z brukwi, na kolację znowu suchy chleb i czarna kawa. Żeby przetrwać, dzieci jadły trawę, rośliny, jakie znalazły na terenie obozu, zwierzęta, które się tam przypałętały, wrzucały do zupy owady. Do 1944 roku nie było czynnej łaźni ani odwszalni, mycie odbywało się pod pompą lub w zimnej wodzie w miskach, a do rzadkości należało mydło  czy zmiana ubrania czy bielizny – przecież w większości były to sieroty, więc kto miał im to przysłać? Za moczenie się – przecież były to dzieci od drugiego roku życie i w wielkim stresie! – stosowano kary i przeprowadzka do budynku nr 8, gdzie nie było sienników, tylko gole deski, a dzieci budzono co dwie godziny. Brakowało podstawowych środków opatrunkowych, lekkie zadrapania przemieniały się w rany, które gniły.

   Ale że w „Małym Oświęcimiu” panował niemiecki dryl, „Arbeit Macht Frei”, te małe i trochę większe dzieci, od 8 do 16 lat,  były wykorzystywane do pracy. Wbrew okupacyjnemu nawet prawu, które dopuszczało pracę dzieci od 12. roku życia. Chłopcy wyrabiali koszyki z wikliny, buty ze słomy, paski do masek gazowych i skórzane części do plecaków. Dziewczynki – pracowały w kuchni, pralni, pracowni krawieckiej i w ogrodzie.  W filii w Dzierżążnej pod Łodzią uruchomiono obóz dla dziewczynek, gdzie starsze przyuczano do pracy w gospodarstwie i na roli, a z ukończeniem 16. roku życia wysyłano je do niewolniczej pracy w gospodarstwach rolnych na terenie III Rzeszy. Przez obóz na Przemysłowej przeszło kilkanaście tysięcy dzieci. Dokładna liczba nie jest znana, natomiast wiadomo, że z głodu, osłabienia ciężką pracą,  z powodu epidemii, umierało od kilkorga do kilkanaściorga dzieci tygodniowo. W sumie – jak pisał  w swojej książce  „Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Lodzi” były więzień Józef Witkowski, około 1/3 wszystkich przetrzymywanych.

   Teraz, kadra obozowa. Co to byli za ludzie, którzy, zgotowali polskim dzieciom ten los?  Bo w tym „Małym Auschwitz” dzieci były nie tylko głodzone i skazane na morderczą pracę, ale, jakby tego było mało,dodatkowo i często karane. Wystarczyło, że nie wykonały wysokiej normy pracy, czy nie rozumiały niemieckich komend, były karane chłostą, a jaka to była chłosta, niech świadczy to, że kilkoro z nich w wyniku bicia zmarło. Jak Urszula Kaczmarek, która została przez Sydonię Bayer zakatowana na śmierć. Okrutne bicie dzieci, polewanie zimną wodą, także podczas mrozu, pozbawianie racji żywnościowych było na porządku dziennym. A więc obozowi nadzorcy, byli to częściowo Niemcy z Rzeszy, urzędnicy czy członkowie SS, wojskowi i policjanci. Ale także „miejscowi” folksdojcze - jak Sydonia Bayer czy Eugenia Pohl – która jakimś koszmarnym paradoksem losu, przed wojną pracowała z dziećmi, podczas wojnytakże z dziećmi,właśnie w obozie na Przemysłowej, a po wojnie znalazła pracę w … żłobku.  Aż nadszedł 18 stycznia 1945 roku, Niemcy uciekli, pozostawiając bramę obozu otwartą. Niektóre dzieci, te starsze i silniejsze, rozeszły się w poszukiwaniu żywności, rodziny czy pomocy. Mniejsze, słabsze i chore pozostały w barakach, gdzie następnego dnia zostały znalezione przez Sowietów. Zorganizowano dla nich pogotowie opiekuńcze, ale znalazło się w nim jedynie 233 dzieci. Inne zmarły lub rozeszły się i ślad po nich zaginął. Wiele z nich potem zmarło z wycieńczenia lub chorób.

   Po wojnie doszło do procesów kilku nadzorców Polen-Jugendverwahrlager, Edwarda Augusta i Sydonii Bayer, i wykonano na nich wyroki śmierci. Ale przecież było ich w sumie dobrze ponad setka. Ostatni  proces miał miejsce w Łodzi w 1974 roku, a obozowa strażniczka Eugenia Pohl została skazana na 25 lat więzienia. Podobno odsiedziała 15 lat, zmarła w 2003 roku. Ślepy los zetknął mnie – więźnia sumienia, odsiadującego karę za przynależność do niepodległościowej organizacji RUCH z Eugenią Pohl – nadzorczynią z obozu na Przemysłowej - w Areszcie Śledczym w Łodzi 1971 roku. Znalazłyśmy się w jednej celi, i tu pozwolę sobie zacytować  fragment mojej relacji dla Instytutu Pamięci Narodowej: ”Jedyną inteligentka w mojej celi była Eugenia Pohl, więc się jakoś zaprzyjaźniłyśmy. Kochała muzykę, podobno brat grał na skrzypcach, a ona na mandolinie, a kiedy słuchała Mozarta czy Straussów, w jej oczach pojawiały się łzy wzruszenia. Mówiła, że przed aresztowaniem pracowała w żłobku jako intendentka, twierdziła że „wpadła za jakieś nadużycia finansowe”, i oczywiście, jak wszystkie inne więźniarki, „była niewinna”. Spała na pryczy nade mną i każdego wieczoru mówiła „Pani Elżuniu, rączka na dobranoc”. Aż tu nagle przeczytałam w Dzienniku Łódzkim, który prenumerowałam, że w czasie okupacji była folksdojczka i nadzorczynią w niemieckim obozie na Przemysłowej, a jej akt oskarżenia mówił, że zakatowała 11. polskich dzieci.  Pokazałam jej artykuł i zapytałam:” Pani Gieniu, co to jest?” A ona zaczęła płakać, więc już wiedziałam, że to prawda. Podeszłam do stalowych drzwi, zabębniłam i powiedziałam do oddziałowej:”Pani oddziałowa, albo ona idzie z tej celi, albo ja”. Spojrzała i powiedziała  ”Pohl, pakujcie się!”  Nie ukrywałam tych informacji i potem Pohl przez kilka miesięcy nie wychodziła na spacerniak, bo się bała, że więźniarki ja pobiją. A jeszcze później usłyszałam, że uwiła sobie jakiś romans z jakąś małolatą, była chyba lesbijką. Dostała 25 lat”. Tyle moich wspomnień.

    Byłam jeszcze w więzieniu, kiedy w Lodzi został odsłonięty Pomnik Pękniętego Serca.  Jeden z najbardziej tragicznych, a równocześnie wzruszających projektów  rzeźbiarskich na świecie. Przed nim – metalowa płyta z napisem „Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć”.  Jeszcze w tym samym roku „Dziecięcym ofiarom hitlerowskiego ludobójstwa w obozie na Przemysłowej” został przyznany zbiorowo Order Krzyża Grunwaldzkiego II Klasy.  A teraz rokrocznie, 1 czerwca, w Międzynarodowy Dzień Dziecka odbywa się tam uroczystość, na którą zjeżdżają członkowie Koła Byłych Więźniów Hitlerowskiego Obozu Koncentracyjnego dla Dzieci i Młodzieży w Łodzi, a od 1988 roku wręczane są tutaj medale „Serce – Dzieciom”. Kapituła Medalu, złożona z uczniów szkół średnich, rokrocznie wyróżnia 10. dorosłych, którzy w szczególny sposób zasłużyli się w pracy na rzecz dzieci. Na temat obozu na Przemysłowej powstało trochę artykułów, kilka książek, fabuła łódzkiego reżysera Zbigniewa Chmielewskiego „Twarz anioła”, niedawno dokument Urszuli Sochackiej  „Nie wolno się brzydko bawić” i  dokument  TV Trwam „Odebrano nam cale dzieciństwo” Łukasza Bindka. Ale nie można powiedzieć, że przekaz o „Małym Auschwitz” przedarł się do polskiej pamięci społecznej czy historycznej. Wciąż jest tu mnóstwo luk i białych plam. Wiele dla podtrzymania pamięci „Małego Auschwitz” robi Pani Jolanta Sowińska – Gogacz.  Stąd także i  moje skromne kilka słów.

Elżbieta Królikowska-Avis

18 stycznia 2018

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl