Łamańce słowne i znaczeniowe zalały media o proweniencji liberalno-lewicowej.  Słynne głosowanie w Sejmie w sprawie dwóch projektów ustaw za-, i proaborcyjnych, sprawiło, że chwycili za oręż pióra znamienici przedstawiciele dziennikarskiego fachu. Na poły bezsilni, na poły śmieszni w próbie racjonalnego wytłumaczenia postawy wynoszonych dotąd pod niebiosa postępowych parlamentarzystów, którzy jednak zawiedli.

Redakcje mediów liberalnych zamieniły się w sztaby propagandy opozycji. Tak demonstracyjna zamiana ról przeszła trochę niezauważona. Nie nazwana. Piewcy wolności „bez granic” sami zapędzili się w kozi róg. Przyjęli bez mrugnięcia okiem status mediów, tak gorąco chwilę wcześniej wyszydzany. I przypisywany wyłącznie prasie prawicowej.

Najpierw kilka faktów. Projekt zaostrzający prawo aborcyjne zaprezentowała w Sejmie szefowa Inicjatywy Polska Barbara Nowacka. Przy niemal pustych ławach poselskich Platformy i Nowoczesnej. Przewiduje on m.in. legalną aborcję do dwunastego tygodnia ciąży. Prawną inicjację seksualną proponuje już 15-letnim dziewczynkom. A o rok starsze panny mogą, za zgodą rodziców, korzystać z antykoncepcji.

Podczas wystąpienia Nowackiej w kuluarach loży dziennikarskiej dało się słyszeć głosy, że to już „krok do zniewolenia kobiet jak w Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej”. Zżymano się na liderkę Inicjatywy Polska, że celowo przyniosła do Sejmu skrajny projekt zakładający prawo do aborcji na życzenie dla 15-latek, chcąc zbić kapitał polityczny. Odebrać ugrupowaniom opozycyjnym parlamentarzystów postępowych i zagospodarować. Bulwersowała opowieściami o „zygocie i zlepku komórek”. W ostrych słowach piętnowała  niegodziwość organizacji pro-life, które biją w oczy drastycznymi plakatami i zdjęciami. Pokazującymi niehumanitarność martwych płodów.  Wzywała do zakazu demonstrowania ich w pobliżu klinik położniczych i szkół. Oburzała się na źle prowadzoną edukację seksualną w szkołach. Gdyby natomiast włączyły się w promowanie „świadomej seksualności”, nie dochodziłoby do coraz powszechniejszego zjawiska „nastolatek - matek”. Przytaczała statystyki. Tylko w ciągu dwóch lat ponad 2,4 tys. dziewczynek poniżej 15. roku życia urodziło dziecko. Źródła danych  nie podano. Narastający problem dostrzegła w klauzuli sumienia. Dlatego uznała za konieczne wprowadzenie obowiązku ujawnienia nazwisk lekarzy, położnych i pielęgniarek, którzy posługują się klauzulą sumienia. Wszystko to, by „zbudować kobietom piekło na ziemi”.

Te wynurzenia, liberalne media określiły jako „proste i mocno trzymające się ziemi”. Posłom, którzy zagłosowali przeciw skierowaniu ustawy zaostrzającej aborcję do dalszych prac, zarzucili słabość, konformizm i uleganie wypływom  „księży chodzących po kolędzie ”. Przekonywali, że  „etykieta morderców dzieci” to tylko pijar przeciwników, chwilowy i nie ma się czego obawiać. A celem zamieszanie wokół „martwych płodów” jest przede wszystkim dezorientacja, demobilizacja i zniechęcenie wyborców opozycji. 

Po wielokroć zarzucany Jarosławowi Kaczyńskiemu zamordyzm i trzymanie partii twardą ręką, choćby w przypadku zarządzania dyscypliny podczas głosowań, tym razem język złagodniał. Ten sam zarzut stawiany liderowi  Platformy Obywatelskiej Grzegorzowi Schetynie określono konsekwencją i zdecydowaniem. Na jeszcze większą wyrozumiałość mogła liczyć nowa szefowa Nowoczesnej Kamila Lubnauer. Jej zaangażowanie w popieranie projektu zaostrzającego aborcję jest „dbałością o przywracanie kobietom godności”.

Domniemane lub nie przekazy dnia Zjednoczonej prawicy – to „autorytaryzm w czystej postaci, przypominający rządy twardej ręki Putina. I cenzura.”. Kiedy nowa szefowa klubu parlamentarnego Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz wydała „ban na media” niektórym swoim kolegom, pospieszono z wytłumaczeniem - „to nie żaden zakaz, tylko wskazanie osób, które w pierwszej kolejności powinni wypowiadać się w mediach. Tak dzieje się w każdej rozwiniętej demokracji liberalnej na świecie”.

Po wytknięciu i napiętnowaniu niesubordynowanych przedstawicieli narodu w Sejmie, przyszło opamiętanie. I próba rozgrzeszenia. Ludzie są ułomni, każdemu zdarzają się wpadki. Nie pora rozrywać szaty. Potrzeba jest mobilizacja, tylko tym razem skuteczniejsza i mądrzejsza. Bardziej przemyślana.  W pierwszym punkcie instrukcja obsługi dla sztabów partyjnych na najbliższe  tygodnie, wpisano zwarcie szyków. Budowa wspólnej „klockowej listy wyborczej”, na początek nawet bez programu. Podstawowym zamierzeniem jest wspólna deklaracja utworzenia rządu pod hasłem: „Wszystkie ręce na pokład i wszyscy przeciw autorytaryzmowi PiS”. Zgodnie zawyrokowano, że potrzebna jest „rewolucja wszystkich ugrupowań i stowarzyszeń o wrażliwości liberalno-lewicowej. Postępowej i otwartej”.  Taki Program Lewica Plus – nie może podważać żadnych socjalnych praw nabytych za rządów PiS, ma natomiast  przywrócić demokrację liberalną i zlikwidować jawne nadużycia władzy. Na budowanie  podmiotowości środowiska przyjdzie czas później. Kapryśnym i nazbyt  egzaltowanym sympatykom opcji liberalnej i środowiskom o lewicowej wrażliwości trzeba dać nowy polityczny brand. Busolę, której mają się trzymać.

Wysokie poparcie Zjednoczonej Prawicy dowiodły, że większość dotychczasowych partyjnych szyldów się zużyło. Spowszedniało, niektóre budzą śmiech i są wręcz żenujące. Kością w gardle lewicowym komentatorom stoją media publiczne. Zauważyły, że dwudziestoczterogodzinna „propaganda sukcesu” sączona  w TVP Info, swoje robi. I jest bardziej skuteczna niż „propaganda demolki” preferowana w jawnie antyrządowym TVN24. Bo jak mawiał klasyk  - pro­pagan­da jest matką wydarzeń, a Stanisław Jerzy Lec precyzował „łatwowiercy – cóż za groźna sekta!”.

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl