Po utożsamieniu sarmatyzmu z…  ksenofobią, o czym tu niedawno wspominałem,  Jerzy Surdykowski wziął na warsztat konserwatyzm: „Nędza konserwatystów” („Rzeczpospolita” 28 listopada 2017 r.). Zrazu ocenia to pojęcie pozytywnie,: m. in., że konserwatysta  „do zmian podchodzi  z nieufnością, bo więcej szkody mogą przynieść niż dobrego, kilka razy obejrzy każdą propozycję, nim ją poprze. Wystrzega się  ustawodawczej pochopności, ceni rozwiązania solidne, gdzie indziej sprawdzone…” i  tak dalej w tejże tonacji pochwalnej. Lecz zaraz potem pyta retorycznie: czy konserwatysta „opowie się za ustawami niezgodnymi z konstytucją?”  Za takie zaś  uznaje głównie „zmiany personalne  w sądownictwie”.

            Więc o to mu chodzi. Nie chce przyjąć do wiadomości, że nowe ustroje tworzy się i rozwija z nowymi ludźmi. Radykalne reformy ustrojowe nie są możliwe do przeprowadzenia z politykami poprzedniej formacji. Niedawno Surdykowski pochwalił Konstytucję 3 Maja. Czy  można ją było uchwalić z ludźmi pokroju Ponińskiego lub Szczęsnego Potockiego? Zresztą gdy po nieudolnych, niestety,  rządach. AWS władzę odzyskali beneficjenci „okrągłego stołu” i niemal do gołej ziemi wykosili poprzedników – było dobrze i słusznie.  Dla Surdykowskiego i jego ukochanych lewicowców! Wszystko, co im służy, jest dobre, wszystko, co im zawadza, trzeba ośmieszyć  i zniszczyć. To powszechnie znany system antywartości jednostek i społeczeństw prymitywnych.

Obsesją Surdykowskiego, byłego ambasadora RP, dawnego działacza najwyższych władz naszego stowarzyszenia, teraźniejszego publicysty-ignoranta, sprawnie natomiast władającego absurdami i inwektywami, jest lęk przed uniemożliwieniem onegdajszym kompanionom z PZPR wpływu na kondycję dzisiejszej Polski. Oni lub ich progenitura są wszędzie, jak wirusy, najwięcej w szkolnictwie wyższym i sądownictwie. Jeśli ich się usunie z czynnego życia publicznego, to zapewne dziennikiem  „Rzeczpospolita” będzie kierować  kto inny i Surdykowski chcąc nie chcąc musiałby się  zadowolić „Gazetą Wyborczą”. Lecz on ma wyższe aspiracje, chce upubliczniać swe nonsensy i słowne obrzydliwości w dzienniku bardziej renomowanym i - jak mu się wydaje –  akceptowanym przez elitę.  Tym bardziej że pismo Michnika traci czytelników, sprzedaje się o wiele gorzej niż przed. 1989 r. Tymczasem Surdykowskim tak zawładnął imperatyw indoktrynacji antypisowskiej, że musi mieć pewność, iż swymi wypowiedziami trafia do szerokich kręgów swego środowiska, więc
pisze i pisze, niczym grafoman, nie  czytając artykułów i rozpraw najwybitniejszych po 1989 r. naukowców, polityków, publicystów. Z całą pewnością nie poznał wypowiedzi Jacka Kloczkowskiego „III RP – państwo nieprzemyślane” (z pracy zbiorowej pt, : „Rzeczpospolita 1989-2009”). „Narodziny polskiej demokracji dokonały się w okolicznościach wybitnie niedemokratycznych. –  pisze tam autor - Wolę społeczeństwa respektowano, o ile nie godziła w interesy biznesowe i ideowe «elit» uzurpujących sobie – rzadko kiedy otwarcie - prawo do wyłącznego decydowania o losie państwa”. Dalej wywodzi Kloczkowski: „Na początku lat 90. mogliśmy usprawiedliwiać liczne niedomagania spuścizną komunizmu, słabą znajomością wolnorynkowych mechanizmów, katastrofalną sytuacją budżetową, kosztami transformacji. Po dwudziestu latach wiele mankamentów nie da się wytłumaczyć inaczej niż skrajną indolencją, krótkowzrocznością i brakiem politycznej woli zmian”. Czyli – pozwalam sobie dopowiedzieć  - głupotą i cynizmem bronionym z fanatyczną żarliwością.

                Nie dziwmy się przeto irytacji Surdykowskiego -  złości go, iż teraz o „losie państwa” decyduje i na dodatek otwarcie,  elita, a nie „elita” Kleczkowskiego, i nie ma w niej dlań miejsca. Robi, co może, żeby tam się zaleźć.  

Znów pyta niedorzecznie,  co uczyni konserwatysta, by „pozbyć się bezładu i starych błędów”? Po pierwsze -  jak, gdzie przejawia się i jaki bezład? Po drugie, jakie są „stare błędy”? Jeżeli Surdykowski myśli o pochodzących z czasów PRL, to schyliłbym głowę przed jego uczciwością i trzeźwością myślenia. Ale na pewno nie; ta zaś pewność wynika z moich lektur wcześniejszych wypowiedzi Surdykowskiego tudzież puenty tekstu, o jakim tu piszę. Owe „stare błędy” są zatem li tylko ozdobnikiem felietonowym, a wiadomo, że  w tym gatunku dopuszczalne są nawet zmyślenia. Po trzecie,  słownictwo:  komu z czytających podobają „mianowańcy”?

Zauważmy, Surdykowski jest wirtuozem retoryki (obelżywej). Wcześniej, nie pamiętam numeru „Rzeczpospolitej”, nazwał, niedosłownie, w „padrazumieniu”,  jakby powiedział Majakowski, prezesa PiS bachorem, który narobił… i wrzeszczy. A teraz podobnie „poectycko” puentuje „Nędzę konserwatystów” kokieterią wobec tych, co „jeszcze (sic!) uważają się za konserwatystów”, pisze: „gdy to, co szykują, wejdzie w życie, stracą prawo do szlachetnego  i zobowiązującego miana .Sami  zdegradują się do watahy politycznej łobuzerii i łowców posad, których ich przywódca - gdy miał   więcej rozumu - nazwał trafnie TKM.”

Ot, Kasandra dla ubogich.

I ja więc podświadomie wczuwając się w klimat psiarstwa Surdykowskiego, użyłem zwrotu niezbyt kurtuazyjnego - tak działa publiczne, w mediach, posługiwanie się frazeologią niegodziwości i głupoty.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl