Reakcję prominentnych przedstawicieli Izraela i środowisk żydowskich na (nie promulgowaną jeszcze!) ustawę Sejmu o penalizowaniu oszczerców mówiących o „polskich obozach śmierci” i o pomocnictwie Polaków w Holokauście postrzegam nie jako rzekomą obawę o niemożność prowadzenia badań naukowych i dawania świadectwa przez ocalałych z Zagłady, lecz jako potrzebę (chęć, wolę?)  elit żydowskich zachowania możliwości bezkarnego oskarżania Polaków i Polski przez Żydów o zbrodnie nie popełnione. W stylu sławetnych książek Jana Tomasza Grossa, opartych na świadectwach osób nieobecnych w miejscu wydarzeń będących ich przedmiotem i na takiej statystyce, że gdy w angielskojęzycznym wydaniu mowa jest o 200 tys. zamordowanych Żydów (Bóg wie, gdzie, kiedy i przez kogo konkretnie), to w polskojęzycznej edycji tego samego tekstu autor łaskawie zgadza się, by tę liczbę zmniejszyć ponad trzykrotnie, do 60 tys. Itd., itp. Dał tego rodzaju narracji najświeższy dowód były minister finansów Izraela, Jair Lapid, pisząc o „polskich obozach śmierci” i setkach tysięcy Żydów zamordowanych rzekomo przez Polaków w czasie ostatniej wojny. I szkoda, że jako pierwszy nie może być ukarany w myśl tej ustawy, która dopiero jest procedowana w Senacie.

 

Błędem jest też wpisane w ustawę zastrzeżenie, że penalizacji nie podlegają, jak to określono zgoła niezrozumiale, „badania” artystyczne. Rozumiem, że chodzi o jakieś twierdzenia czy tezy stawiane w utworach artystycznych. Łatwo tego (że to jest błędne) dowieść na przykładzie osławionego filmu niemieckiej telewizji ZDF „Nasze matki, nasi  ojcowie”, w którym niezgodnie z wiedzą historyczną, przedstawiono grupę polskich partyzantów z opaskami na rękach z napisem „Armia Krajowa” (w rzeczywistości żołnierze AK mieli opaski z napisem „WP”, czyli „Wojsko Polskie”) jako zbrodniczych antysemitów, którzy mając możliwość ocalenia od zagłady całego transportu Żydów, zamiast tego odsyłają ich do (niemieckiego wszakże) obozu śmierci, potraktowawszy na dobitkę epitetami godnymi „nadludzi”, z którymi walczyli. Intencją tej sceny, nie mającej żadnego związku z rzeczywistością,  było zgeneralizowane oskarżenie o zbrodniczy antysemityzm całej AK jako wojskowej ekspozytury Polskiego Państwa Podziemnego, a więc oszkalowanie Państwa i Narodu polskiego.

 

Tymczasem Polskie Państwo Podziemne jako jedyne w Europie utworzyło Radę Pomocy Żydom „Żegota” (z inicjatywy wybitnej pisarki katolickiej, Zofii Kossak-Szczuckiej, która owo fikcyjne nazwisko „Konrada Żegoty” dla tego celu specjalnie wymyśliła), wpisano ją w agendę działań państwowych i asygnowano z budżetu środki, a dzięki działaniom Rady uratowano od zagłady kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Otóż gdyby chciano wedle tej ustawy (jeśliby w dniu emisji tego filmu już działała) pozwać twórców i producenta filmu do sądu za oszczerstwo, to z powodu opisanego wyżej zastrzeżenia nie byłoby to możliwe.

Warto też przypomnieć, że Polskie Państwo Podziemne osądzało na śmierć przestępców (nb. nie tylko Polaków, lecz także Ukraińców, Białorusinów i… Żydów) szantażujących ukrywających się Żydów (szczególnie zamożnych, którzy mieli czym się szantażystom opłacić) i wydających ich Niemcom oraz dokonywało na nich egzekucji. Wykonano takich egzekucji około 300, lecz musiano ich zaniechać, gdyż to bandyckie plemię zapewniało sobie ochronę, która likwidowała egzekutorów. Kryminaliści ci spotykali się z powszechnym potępieniem i pogardą ze strony Polaków, którzy obdarzyli ich haniebnym mianem „szmalcowników”.

A wspomniana Zofia Kossak, która wraz ze swoimi dorastającymi dziećmi osobiście przyczyniała się do ratowania Żydów, uhonorowana została pośmiertnie medalem Yad Vashem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”, co nie uchroniło jej od zarzutu antysemityzmu ze strony pewnej żydowskiej publicystki z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie.

 

Ustawa, o której mówiłem na wstępie, spóźniona niemal o 30 lat, wobec ciągłego nasilania się oszczerczych sformułowań o „polskich obozach śmierci” w mediach Europy (przodują w tym media niemieckie) i USA, a także uogólnionych oskarżeń Polaków o współsprawstwo Holokaustu,  jest absolutnie niezbędna dla powstrzymania tej eskalacji. I jest to wewnętrzna sprawa Państwa Polskiego, do której nikt nie ma prawa się wtrącać. Wydaje mi się tylko, że nie warto proponować, tak jak to jest w ustawie, kar więzienia, ponieważ w wielu przypadkach nie będą one egzekwowalne, lecz poprzestać na wymierzaniu wysokich kar finansowych, a uzyskane w ten sposób środki przeznaczać na dofinansowanie muzeów byłych obozów: Auschwitz-Birkenau, Majdanek, Stutthof i in. Choć gdyby mnie osobiście pytano, co z nimi zrobić, optowałbym za przeniesieniem każdego z nich na terytorium Niemiec, wtedy kwestia „polskich obozów zagłady” zniknęłaby bezpowrotnie. Mówiąc zaś poważnie, uważam, że obiekty te powinny być finansowane przez państwo niemieckie, naturalnego następcę III Rzeszy, ich twórczyni.


 

Polska się nie zmieniła. Niemal od tysiąca lat, a więc prawie od początków swego istnienia jako państwo przyjmowała Żydów  z otwartymi ramionami. Istnieje gruba księga, napisana i wydana w trzech językach: polskim, łacińskim i hebrajskim, pióra profesora Uniwersytetu Jerozolimskiego Jacoba Goldberga, o przywilejach królewskich nadanych Żydom polskim w XVI, XVII i XVIII stuleciu. W 1884 roku bodajże, jak obliczono, na terytorium Polski, będącej pod zaborami, mieszkało ¾  światowej diaspory żydowskiej. Jeden z rabinów nazwał Polskę paradis iudeorum – rajem dla Żydów.  Przed wojną Żydzi stanowili ok. 10 proc. polskich obywateli. Tylko niewielka część z nich asymilowała się. Reszta żyła w żydowskich dzielnicach większych miast lub w tzw. sztetlach, niewielkich miastach i osadach, niemal w 100 proc. zamieszkałych przez społeczność żydowską. Chronili przed wpływami obcymi swoją kulturę, religię i podlegali własnemu prawu .

 

Rzecz jasna, w tej sytuacji stosunki miedzy Polakami i Żydami, chrześcijanami i wyznawcami religii mojżeszowej musiały być niejednokrotnie szorstkie i nie bez zadr różnego rodzaju. Jedni i drudzy wzajemnie się doświadczali, przy tak radykalnych różnicach kulturowych, etycznych, religijnych, a nawet fizjonomicznych. To wszystko miało znaczenie. Wszelako nieporównanie więcej było współpracy i poprawnego, a niekiedy nawet bardzo bliskiego współżycia, niż konfliktów, które wybuchały z różnych, niekoniecznie etnicznych czy rasistowskich powodów, jak na przykład w Tykocinie, gdzie podłożem konfliktu było po prostu przestępstwo kryminalne – zabójstwo. Czasami dążenie do jak najlepszych stosunków ulegało degradacji pod wpływem prymitywnych odruchów, zwłaszcza zbiorowych, jak na przykład w działaniach korporacji studenckich indoktrynowanych przez endecję; wtedy dochodziło do przemocy. Faktem jest też, że w czasie wojny i okupacji najbardziej znani krytycy polskich Żydów, tacy jak ks. Trzeciak czy Adolf Nowaczyński, pisarz i zjadliwy felietonista, stali się żarliwymi obrońcami i ratownikami Żydów zagrożonych Zagładą.  

Całą epopeję ratowania Żydów przez Polaków opisano już po wielokroć. Tylko w Polsce za pomoc udzielaną ukrywającym się Żydom groziła kara śmierci całej rodzinie, łącznie z niemowlętami (wedle dekretu Hansa Franka), a mimo to Polacy mają na swym koncie najwięcej drzewek w Jerozolimie i medali Instytutu Yad Vashem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Kara  dla Holendrów czy Belgów za podobne postępowanie ograniczała się do grzywny, w najgorszych, wyjątkowych przypadkach było nią wywiezienie do obozu koncentracyjnego. Liczba uhonorowanych Polaków jest przy tym z całą pewnością wielokrotnie zaniżona, gdyż Instytut przyznaje medale jedynie na podstawie świadectw tych, którzy ocaleli i przestrzega tej zasady rygorystycznie.

Podoba mi się niezwykle pomysł mecenasa Stefana Hambury, by utworzyć w Berlinie kopie Muzeum Ulmów w Markowej oraz Kaplicy Męczenników Polskich z sanktuarium toruńskiego oo. Redemptorystów, zbudowanej z inicjatywy o. Tadeusza Rydzyka (o której pisałem niedawno na tych łamach przy okazji  uroczystości jej otwarcia z udziałem Johnnyego Danielsa, założyciela Fundacji From the Depth, przedstawicieli izraelskiego Knesetu i rabinów żydowskich oraz osób ocalałych z Holokaustu i sióstr zakonnych, które je uratowały), gdzie znajduje się ponad tysiąc nazwisk Polaków zamordowanych przez Niemców za ratowanie Żydów. Trzysta metrów od Bramy Brandenburskiej znajduje się budynek, należący do Polski, który wedle Mecenasa nadaje się wyśmienicie do tego celu. Należy to zrobić jak najszybciej.

 

Po wojnie, gdy z polskiego krajobrazu zniknęli dawni Żydzi, głównie biedota, rzemieślnicy, przysłowiowi krawcy i szewcy, a na wsi karczmarze, gdy ze Związku Sowieckiego przyszła zbolszewizowana żydokomuna ubecka, by nadzorować i wykonywać zbrodnie na polskich patriotach w tzw. okresie stalinowskim  i przeminęła po kilku latach rozpraszając się na Zachodzie po marcowym exodusie, pozostał wśród Polaków i pewien sentyment (nie do żydowskich komunistów, rzecz jasna) i resentymenty, objawiające się w postaci, jak to określił trafnie Robert Tekieli, antysemityzmu werbalnego; teraz (niektórzy tylko!) Polacy po prostu lubią, jak to się mówi, gadać na Żydów. Na ogół jest to nieszkodliwe (każdemu wolno różnicować swój stosunek do różnych narodowości, ja na przykład nie przepadam za głośną i butną jakoś niemiecką ferajną), chyba że zastępuje to komuś rzetelną analizę zjawisk społecznych, politycznych itp. Wtedy taki osobnik ponosi intelektualną i moralną klęskę, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę.

 

Polska się nie zmieniła. Nadal jest gościnna i otwarta na obcych. Przyjęliśmy dziesiątki tysięcy Czeczeńców, ponad  milion Ukraińców, mając w pamięci zły czas rzezi około 120 tys. Polaków, dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów, UPA i SS „Galizien”, ale i bliskich sąsiadów, zwykłych ukraińskich chłopów. Prof. Ryszard Szawłowski, wybitny znawca prawa międzynarodowego i biograf Rafała Lemkina (polskiego prawnika, który wprowadził termin ludobójstwo do prawa międzynarodowego), nazwał tę zbiorową zbrodnię na Polakach genocidium atrox, ludobójstwem ze szczególnym okrucieństwem. Wiemy, dlaczego.

Nie możemy natomiast przyjmować nie dających się zidentyfikować nielegalnych nachodźców z Bliskiego Wschodu i z Afryki, narzucanych nam w postaci relokacyjnych kwot przez Komisję Europejską. Sami potrafimy decydować o tym, kogo mamy przyjąć. Naprawianie politycznych błędów Angeli Merkel i Martina Schultza nie jest naszym zadaniem.

 

Polska się nie zmienia, ale kończy z okresem pedagogiki wstydu. Mamy swoją historię i swoją tożsamość, w której postawy antysemickie (jak powiedziałem, przejawiające się głównie werbalnie) są marginalne i nie akceptowane przez społeczeństwo. Polska nigdy nie była i nie jest ksenofobiczna. Historycznie to zatroskani o ojczyznę  pisarze zarzucali rodakom miłość do „cudzoziemczyzny” (Aleksander hr. Fredro) czy papugowanie innych (Juliusz Słowacki). Ludzie odczuwający strach przed obcymi nie wyjeżdżaliby milionami na emigrację (całkowitą, na zawsze, lub częściową, na jakiś czas), by poprawić sobie warunki życia, gdy rządzący w kraju nie potrafili im tego zapewnić. A tak było w minionych latach, zanim do władzy przyszła Zjednoczona Prawica ze swoimi programami gospodarczymi i społecznymi, które skutecznie i szybko wciela w życie, dotrzymując wyborczych obietnic.

 

Nieprawdą jest, jakoby Niemcy zbudowali obozy zagłady w Polsce, bo tutaj rzekomo było antysemickie podglebie i liczyli na pomoc Polaków. Jak wiadomo, takie konstrukcje myślowe są powszechnie uprawiane i aprobowane w Izraelu i w środowiskach Żydów amerykańskich, a także wśród młodych Amerykanów nie żydowskiego pochodzenia, którzy nic nie wiedzą o Polsce i mówią, że naziści to Polacy. Tak mogą myśleć tylko ludzie, którzy nie mają pojęcia o okupacji niemieckiej w Polsce, o straszliwym terrorze niemieckim wobec Polaków, o ich masowej eksterminacji (oficjalnie mówi się o 6 milionach zamordowanych obywateli polskich, w rzeczywistości musiało być tych ofiar więcej, skoro ludność z 35 milionów przed wojną skurczyła się do 23 milionów po wojnie.  Spora część ofiar – niestety, nie wiadomo jaka – obciąża konto drugiego okupanta Polski, Rosję sowiecką).  Pod terrorem obcej władzy Polacy nie mieli nic do powiedzenia, mogli jedynie stawiać opór i budować państwo podziemne, by zebrawszy siły rozpocząć walkę wyzwoleńczą. W ten sposób 1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie i po 63 dniach bohaterskich walk poniosło militarną klęskę. Ale osiągnęło zwycięstwo moralne i przyczyniło się do odzyskania niepodległości po latach.

Marginesem marginesów są też chore zupełnie, ujawnione ostatnio przez TVN, wyczyny kilku miłośników Hitlera, którzy składane mu hołdy jakoś próbują łączyć z przejawami polskiego patriotyzmu, co jest, oczywiście, myślową aberracją. Odpalenie tej petardy przez TVN w określonym momencie wizyt ważnych osób ze świata w naszym kraju oraz ofensywy dyplomatycznej rządu w Stanach Zjednoczonych i w Unii Europejskiej każe po prostu myśleć o prowokacji, zwłaszcza że zdarzenie miało miejsce na wiosnę ubiegłego roku. Czekano na dobry moment?....Naturalnie organizację odpowiedzialną za to zdarzenie trzeba natychmiast zdelegalizować, ludzi ukarać zgodnie z polskim prawem i zamknąć sprawę, która jest incydentem bez żadnego znaczenia. Jest to zagadnienie dla psychiatrów.

Niezależnie od tych działań i od ustawy, która będzie uchwalona bez względu na jakiekolwiek i czyjekolwiek zastrzeżenia, jest jeszcze jedna sprawa, mogąca spędzać Polakom sen z powiek. Jest to ustawa amerykańskiego Senatu nr 447, upełnomocniająca niejako władze amerykańskie do pomocy żydowskim organizacjom społecznym w „odzyskiwaniu” bezspadkowego mienia pożydowskiego w różnych krajach europejskich , utraconego na rzecz tych państw podczas drugiej wojny światowej. Tutaj najważniejsze są dwa argumenty. Pierwszy to argument prawny: zgodnie z prawem międzynarodowym i z prawem poszczególnych państw, w tym Polski (która w największym stopniu jest na celowniku w tej sprawie), w przypadku braku spadkobiercy jakiejkolwiek majętności, przechodzi ona automatycznie na rzecz skarbu państwa. Drugi argument jest natury moralnej. Znane jest stanowisko elit amerykańskich Żydów, którzy w czasie wojny egoistycznie nie zgadzali się na emigrację Żydów europejskich (zwłaszcza biedoty) do USA. Sławna jest sprawa odmowy przybicia do portów amerykańskich statku z blisko tysiącem Żydów europejskich na pokładzie, uciekających przed groźbą Holokaustu; statek musiał zawrócić do Europy, a w odmowie jego przyjęcia wielką rolę odegrali Żydzi amerykańscy. Wobec tego teraz amerykańskie organizacje żydowskie nie mają moralnego prawa, by domagać się „zwrotu” na ich rzecz mienia pożydowskiego znajdującego się w Polsce. I nie ma to nic wspólnego z brakiem (karygodnym co prawda, ale z innych względów) ustawy reprywatyzacyjnej w naszym kraju.

Państwo polskie w sprawie ustawy 447 powinno działać szybko i stanowczo, na miarę swoich możliwości, wykorzystując swoją dobrą pozycję sojuszniczą, nie można bowiem zgadzać się na bezprawie i niemoralność jednocześnie.

 

Jerzy Biernacki

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl