Podziały zawodowe przybierają zatrważający obrót. Rów wykopywany w poprzek środowisk dawno sięgnął podłoża. I końca tych degenerującej polskie społeczeństwo wykopalisk nie widać. Interes wspólnoty, empatii dla osób z innego plemiona czy dobra ogólnego przestaje istnieć. 

Mamy sędziów niezawisłych i koniunkturalistów. Kościół otwarty i ten spod stempla ciemnogrodu. Kobiety oświecone, wsłuchujące się w potęgę „własnych jajników” i pielęgnujące zaściankowej idei macierzyństwa. Polityków nowocześnie pojmujących idee demokratycznego państwa prawa i tym, którym przyświeca interes własnych obywateli. Ekonomistów gloryfikujących globalną, niewidzialną rękę rynku i uważających, że wspólnie wypracowywany zysk powinien być dzielony w sposób sprawiedliwy.

Sam termin „elita” został już tak zglajchszaltowany, że każde środowisko samo decyduje, których przedstawicieli spośród siebie wynosi na piedestał, a których wtrąca do katakumb. Przy czym zniknęła z horyzontu myślowego cecha fundamentalna dla tej grupy obywateli. Za taką uważano jeszcze niedawno postawę działania na rzecz innych, współodpowiedzialność za los słabszych, altruizm. Dziś przyświeca skrajnie pojęty egoizm, perspektywa końca własnego nosa. Ekspertem może mienić się filozof rozwikłujący kwestie piastowskiego dorobku etycznego, ale już nie inżynier projektujący mosty, fabryki, samoloty. Dla nich istnieje osobna, pejoratywnie znaczeniowo kategorię inteligencji technicznej.

Najbardziej destrukcyjny podział w pojmowaniu rzeczywistości dotknęło środowiska dziennikarskiego. Bo to ludzie pióra opisują otaczający świat, meblują ludziom w głowach, porządkują sieciową malignę na sprawy istotne i te bez znaczenia. Dziś media to dwa plemiona. Dzielą je nawet nie tyle poglądy ideologiczne i wrażliwość społeczna, ale proweniencja i interesy reklamodawców łożących na dany tytuł prasowy czy stację telewizyjną. Kiedy szerokim strumieniem płynęły środki ze spółek Skarbu Państwa do redakcji „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka” czy „Krytyki Politycznej” rząd działał w interesie publicznym, był oświecony, postępowy i nowoczesny. Kiedy kurek z pieniędzmi został przykręcony, ekipa rządząca – na łamach tych samych mediów - to zło wcielone. Dziennikarze o sympatiach lewicowo-liberalnych tracą niekiedy umiejętność czytania ze zrozumieniem. Przykład pierwszy z brzegu. Nowelizacja ustawy o IPN mówi jasno: kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) lub zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne  (…)  podlega karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości. Kolejny punkt łagodzi karę w przypadku działania nieumyślnego. Ustawa zakłada także możliwość wytaczania za takie sformułowania jak "polskie obozy śmierci" procesów cywilnych, m.in. przez organizacje pozarządowe i Instytut Pamięci Narodowej. Odszkodowanie lub zadośćuczynienie będą przysługiwać Skarbowi Państwa.

Nic to. Piotr Pacewicz z portalu Oko.press doszukał się w tych słowach gróźb pod adresem nauczycieli języka polskiego historii i wychowania obywatelskiego. Nauczyciel może trafić na trzy lata więzienia, kiedy choć wspomni na lekcji o Jedwabnym. Portale internetowe dezinformują i straszą także artystów i naukowców in gremio. Z solenną karę finansową lub pozbawieniem wolności może się wiązać każda aktywność na niwie sztuki i nauki.  To „kneblowanie ust światu nauki” – puentują autorzy lewicowych mediów.  Tymczasem nowelizacja ustawy o IPN nie odnosi się do kwestii swobody działalności naukowej. Te dziedziny są wyłączone z nowelizacji. Ustawodawcy przychylili się tym samym do sugestii wyrażonych przez przedstawicieli ambasady Izraela w Polsce.

Dziennikarka „Superstacji”  Eliza Michalik zelektryzowała opinię publiczną wpisem na Twitterze, rozniecając dodatkowo konflikt na linii Polska – Izrael: „Polacy mordowali swoich Żydowskich sąsiadów w sposób zorganizowany, bez przymusu ze strony nazistów, z własnej woli, chciwości i podłości. Nie tylko w Goniądzu i Jedwabnem, ale wielu innych polskich miejscowościach. Taka jest prawda, a nie taka, jak chcielibyśmy, żeby była”. Dziennikarka nie podała żadnego przykładu. Zabrakło wyważenie racji, obiektywizmu.  Skąd taka nienawiść do własnego narodu? – pytali internauci. I – dodać trzeba  – manipulacji faktami lub co najmniej niedouczenia.

Dlatego warto przypomnieć o twardych faktach. Znanych powszechnie i to od lat. 17 grudnia 1939 Niemcy w okupowanej Polsce powołali do życia nowy twór  Polnishe Polizei im Generalgouvernement. Znany też nazwą policja granatowa, od koloru noszonych mundurów. W szeregi granatowej policji wcielano obowiązkowo wszystkich żyjących przedwojennych policjantów. Odmowa lub porzucenie służby było karane śmiercią lub zsyłką do obozu koncentracyjnego. Niekiedy darowano życie w zamian za służbę w policji. Śmierci w ten sposób uniknął choćby Kazimierz Mięsowicz, major przedwojennego Wojska Polskiego. Po 1 września 1939 próbował przedostać się do Armii Polskiej we Francji. Nie udało mu się to, trafił w ręce Niemców, a następnie do obozu jenieckiego Oflag VI E w Dorsten koło Dortmundu. W konwoju został przetransportowany do Generalnej Guberni i mianowany komendantem policji w Krośnie. Natychmiast nawiązał współpracę z polskim podziemiem. Wkrótce mianowano go oficerem kontrwywiadu Armii Krajowej. Z narażeniem życia, nie bacząc na zagrożenie ratował ludzi od śmierci, wywózki na przymusowe roboty i do obozów. Bohatersko uratował mieszkańców Dylągowej przed masową zagładą.

W przeciwieństwie do tego typu postaw, kolaborujący z niemieckim okupantem Żydzi nie wykazali się podobnym heroizmem. Na współpracę z Niemcami przystała duża część elit z tzw. Judenratów, rad żydowskich. Hannah Arendt w książce „Eichmann w Jerozolimie” napisała bez ogródek: „Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej historii. (…) O ile jednak członkowie rządów typu quislingowskiego pochodzili zazwyczaj z partii opozycyjnych, członkami rad żydowskich byli z reguły cieszący się uznaniem miejscowi przywódcy żydowscy, którym naziści nadawali ogromną władzę do chwili, gdy ich także deportowano”. I dodała, że bez pomocy Judenratów w rejestracji  Żydów, zgromadzeniu ich w gettach, a następnie pomocy w skierowaniu do obozów zagłady, zginęłoby dużo mniej Żydów.

Inny naoczny świadek gehenny Żydów na wschodnich kresach Rzeczypospolitej, ich krajan Baruch Milchw w „Testamencie”  relacjonował:  „Judenrat stał się narzędziem w rękach gestapo do niszczenia Żydów, a jak sami członkowie później się wyrażali, są >Gestapem na ulicy żydowskiej<. Powołali Ordnungsdienst jako organ wykonawczy składający się z najgorszych elementów (...) w gruncie rzeczy Judenrat zaczął prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi pieniędzmi przekupić władze i gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu swoich i najbliższej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat bezinteresownie pomógł któremuś Żydowi (...). Do wykonania swoich niecnych czynów, jak ściąganie ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapanie do łagrów i napadów na domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst, której dawali procent z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu napadali na ludzi, bijąc w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się dało, i to ze straszną bezwzględnością”.

W narracji obecnej dominuje zgoła inny przekaz, ponoć od Izraela, po Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Hiszpanię i Stany Zjednoczone. Ultrakonserwatywny rząd toleruje manifestację faszystów w centrum Warszawy, natomiast ustawowo chce zakazać debaty na temat udziału Polaków w zbrodniach wobec Żydów w czasie okupacji.  Tymczasem to w Warszawie istnieje Muzeum Polin, w którym  prowadzona jest otwarta debata na temat  udziału Polaków w mordach na Żydach i zaangażowania Żydów w aparacie bezpieczeństwa okresu stalinizmu. Wspomniane kraje nie zdobyły się nawet na taki rodzaj rozliczenia ze swoją przeszłością. Nie powstały też instytucje, które w jakikolwiek sposób rozprawiłyby się ze skutkami kolonializmu.

Karygodne są także kpiarskie dowcipy  ze strony dziennikarzy „dobrej zmiany”.  Na wieść o przegłosowaniu nowelizacji ustawy  o IPN dwóch dziennikarzy w programie „W tyle wizji” w stacji publicznej TVP Info żartowało o „żydowskich obozach śmierci”.  Bo – jak pisała Konfucjusz – na drzewie dobrych intencji jest wiele kwiatów, lecz mało owoców …

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl